Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:THE BIGHEAD

THE BIGHEAD

THE BIGHEAD

ocena:6
Autor:Edward Lee
Tłumaczenie:
Wydanie oryginalne:1999
Wydanie polskie:0
Wydawnictwo:Overlook Connection Press
Ilość stron:354
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Pozwólcie, że rozpocznę recenzję od zwrócenia się do osób o słabych nerwach, sercach, bądź o wzmożonej perystaltyce jelit. Oddajcie sobie przysługę i wyłączcie swoje przeglądarki internetowe, a potem jak najszybciej zapomnijcie nazwisko Edwarda Lee. Najlepiej zróbcie sobie przerwę na kawę, zaparzcie melisę, albo zróbcie coś, co Was odpręża. Do wszystkich pozostałych: jeżeli uważacie, że widzieliście już wszystko, i że „The Bighead” nie będzie już w stanie Was zniesmaczyć, przerazić czy zszokować – po prostu spróbujcie. Nie ma innej rady, bo słowa nie oddadzą tego, co wyprawia na naszych oczach Edward Lee.

Powiedzmy sobie szczerze – żeby zyskać wiarygodność w tej recenzji powinienem krótko przedstawić swoje referencje. Czytałem najkrwawsze książki Mastertona bez choćby jednego mrugnięcia okiem; Clive Barker nie zraził mnie swoimi cielesnymi obsesjami i uwielbieniem dla perwersyjnej makabry; Richard Laymon nie zaskoczył ogromną dozą bezpretensjonalnej przemocy; Jack Ketchum mną poruszył, ale dzięki ładunkowi emocjonalnemu, nie zaś samej rzezi. Po przeczytaniu tego wszystkiego sądziłem, że mój uodporniony przez życie w erze Internetu i globalnej (dez)informacji umysł wszystko jest w stanie przetrawić, zemleć i odesłać w zapomnienie.

Jednak Edward Lee przekroczył najodleglejsze granice przesady, których istnienia nawet nie podejrzewałem. I powiem szczerze – jeśli istnieje pisarstwo bardziej hardkorowe od tego, co znajdziemy w „The Bighead”, to zapewne od kontaktu z nim ludzki mózg bezwarunkowo eksploduje lub popełnia samobójstwo.

Książka zaczyna się od zdania, które opisuje rozbijanie czaszki niemowlęcia. To jednak tylko dwustronicowy prolog, który z początku będzie niezrozumiały; zaraz potem autor stopniowo wprowadza główne wątki. Jest ich kilka i wszystkie prędzej czy później splatają się ze sobą, tworząc wydumaną, momentami iście kretyńską fabułę. Otóż mamy tutaj dwie kobiety, jedną niespełnioną miłośnie, drugą nieposkromioną nimfomankę na odwyku, które jadą razem na odludne amerykańskie zadupie w zupełnie różnych celach. Mamy też księdza, który zostaje wysłany na misję reanimowania starego opactwa – w czym przeszkadzać mu będą zjawy dwóch perwersyjnych zakonnic. Mamy wreszcie tytułowego Wielkogłowego (czy jakkolwiek przetłumaczyć imię owego stwora), zdeformowanego maszkarona, który przemierza kraj, za sobą pozostawiając szlak zgwałconych na śmierć i na wpół pożartych kobiet. Do tego dodać należy jeszcze wątek dwóch psychopatów, którzy rozbijają się autem po prowincjach, od czasu do czasu porywając jakąś osobę, gwałcąc ją, każąc jej spożywać własne wydzieliny, torturując, a na końcu litościwie zabijając.

Potem dzieją się rzeczy coraz dziwniejsze: starczy powiedzieć, że będziemy świadkami licznych objawień Jezusa, który… pali papierosy i rzuca zdecydowanie najlepszymi tekstami w całej książce. Zakończenie zaś to festiwal cudownie idiotycznych pomysłów, którymi Edward Lee skutecznie wymusił na mnie obłąkańczy śmiech. Tak czy inaczej, fabuła może się podobać lub nie – ta powieść to przede wszystkim krwawa, perwersyjna, odrażająca rzeź do nieznanej potęgi. Edward Lee prezentuje podejście iście pornograficzne, nieważne, czy podczas sceny wyuzdanego seksu nimfomanki i niepełnosprawnego, świętokradczego momentu, gdy duch zakonnicy oddaje mocz od odbytu księdza (!), w chwili, gdy Wielkogłowy wysysa nienarodzone dziecko wprost z łona okaleczonej matki (!), czy wtedy, gdy psychopatyczny morderca gwałci bezgłowe zwłoki… w szyję (!!!). A to nawet nie były najgorsze z momentów, które znajdziecie na kartach powieści… Zapewniam, że prawie co druga scena jest w stanie zniechęcić Was do dokończenia lektury, nie mówiąc o spożyciu obiadu. Ja osobiście miałem niemalże półroczną przerwę w czytaniu „The Bigheada”, i choć chciałbym móc powiedzieć, że to wyłącznie z przyczyn osobistych, nie jestem tego do końca pewien.

Co ciekawe, styl Edwarda Lee jest względnie profesjonalny. Śmiem powiedzieć, że za całą tą masakrą kryje się naprawdę przyzwoity pisarz. Jeżeli zresztą mieliście szansę czytać wcześniej wydanego na polskim rynku „Sukkuba” (który w porównaniu jest powieścią wręcz delikatną…), wiecie, że na poziomie warsztatu Lee trudno jest cokolwiek zarzucić. Tworzeni przez niego bohaterowie są ciekawi, nietrudno też się z nimi utożsamiać. Postaci negatywne to zazwyczaj istne potwory, co również uznaję za plus, bo Lee elektryzująco portretuje tkwiące w ludziach zło.

Dodajmy, że „The Bighead” nie jest powieścią napisaną na poważnie. Nie mamy tutaj wcale prób utrzymania całości w ponurym, pełnym grozy tonie, ani tym bardziej silenia się na ambitne przesłanie. Znajdziemy za to mnóstwo czarnego jak smoła humoru, który generalnie dzieli się na momenty błyskotliwe, znośne i skrajnie żenujące. Choć czasami Lee udaje się zabawa schematami i wywracanie do góry nogami przewidywań czytelnika, niemal tyle samo razy zniesmacza nas albo załamuje toaletowym poczuciem humoru. Lepiej, żebyście sobie uświadomili następującą rzecz – „The Bighead” to książka zamierzenie zła. To dzieło napisane przez rzetelnego pisarza, który postanowił stworzyć coś tak okropnego, wstrętnego, odpychającego i tandetnego, by stało się jednocześnie fascynujące – i właściwie niemalże hipnotyzowało. Miłośnicy bizarro pewnie będą się dobrze czuli w tych klimatach, o ile rzecz jasna przetrwają serwowane przez autora ekstrema.

Podsumowując, „The Bighead” to książka bardzo specyficzna. Napisana niezwykle sprawnie, fabularnie wydaje się potworem posklejanym z zupełnie losowych fragmentów, a do tego – a może przede wszystkim – jest najbrutalniejszym, najbardziej wulgarnym, odrażającym i bezczelnie szokującym horrorem, jaki czytałem. Z jednej strony Edward Lee sięga do bardzo niskich instynktów; z drugiej, jeżeli uznać, że jedynym celem książki było zszokowanie odbiorcy tak, by zaniemówił, to autorowi za wykonanie zadania należy się dziesiątka. Nie mam pojęcia, jaką powinienem wystawić ocenę, ale zdając się na własne odczucia podejmuję taką a nie inną decyzję. Książki nie polecam – a jeżeli ktoś jest dość odważny, pewnie trudno o lepszą rekomendację niż moje zniesmaczenie.

Trzygroszówki

M@rio przyznał ocenę 8 i napisał:

Pełna szaleństwa, wielowątkowa powieść, która mimo swej groteskowości, posiada olbrzymi faktor rozrywkowy. Jej legendarna obrzydliwość jest chyba nieco przesadzona, za to mnóstwo tu chwytów z horrorów klasy B i niższych. Dla „niedzielnych” czytelników książka może okazać się zbyt ciężka, natomiast wielbiciele mocnej literatury z pewnością docenią odwagę autora i złożoną fabułę z ciekawymi postaciami oraz przewrotnym zakończeniem.

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ styl autora
+ sprawna narracja
+ w gruncie rzeczy dość wciągająco i czasami nawet zabawnie napisana
+ szokująca przez duże „sz”

Minusy:

- rodzi pytanie, czy w literaturze może chodzić tylko o wulgarność, masakrę i szokowanie
- fabularnie nie robi większego wrażenia (oprócz zakończenia!)
- może porządnie nadwerężyć uczucia religijne i urazić nieprzygotowanego czytelnika
- ludzi nieobytych z krwawą grozą z pewnością doprowadzi do skrajnie negatywnych emocji
- …a tych obytych zapewne również

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -