Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:CANNIBALS

CANNIBALS

CANNIBALS

ocena:2
Autor:Guy N. Smith
Tłumaczenie:
Wydanie oryginalne:1986
Wydanie polskie:0
Wydawnictwo:The Sheridan Book Company
Ilość stron:208
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:2
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Doug Geddis będzie od dziś moim idolem: ten niezwykle śmiały i obrotny człowiek zbudował kilka nieszczególnie luksusowych domków letniskowych w małej, zapomnianej przez Boga i ludzi walijskiej miejscowości Invercurie. Nie przeszkodziły mu w tym protesty mniej kreatywnych mieszkańców ani nagana z ust gruboskórnego sołtysa. Postanowił, że ten odludny skrawek wybrzeża, co jakiś czas odcinany od stałego lądu przez żarłoczny przypływ, świetnie nada się na rozkręcenie turystycznego biznesu. Już wkrótce pierwsi ludzie zaczęli zjeżdżać się z dużych miast w odpowiedzi na sprytne ogłoszenie w gazecie. I pal licho bandę krwiożerczych kanibali zrodzonych z kazirodztwa, którzy grasują na zboczach pobliskiej góry.

Niestety, optymizm Geddisa już wkrótce znacząco zbladł. Z niejasnych powodów przyjezdni nie dzielili bowiem jego wyobrażenia o idealnym urlopie. Zamiast siedzieć zabarykadowani w swoich domkach od rana do nocy, postanowili – o zgrozo! – zdobywać szczyty. Z braku innych atrakcji poza lokalną plażą oraz rozlicznymi uszczypliwościami ze strony wieśniaków, durni wczasowicze postanowili wejść na zbocza Blair Long i pozwiedzać okolicę. Zupełnie bez sensu! Na nic zdały się też rozpaczliwe próby odwiedzenia ich od tego szalonego pomysłu, choć Geddis dwoił się i troił, by dać im do zrozumienia, że „eee, wiecie, no… te góry… tam są te, no… dzikie psy! Właśnie, dzikie psy! I lawiny! Lawiny jak jasny gwint! Nie idźcie tam, bo na pewno na jedną traficie!”

Turyści nie dali się zwieść. Najwyraźniej jak już raz uparli się, by postradać życie w zębiskach bandy kanibali, to nie tak łatwo ich od tego pomysłu odwieść. Geddis załamał ręce i postanowił zgodnie ze starą taktyką mieszkańców Invercurie całą sprawę zignorować. W ten sposób padły dwie pierwsze ofiary: Sarah Bryant i Eddie Drake. Ten smutny – bo smutno i gwałtownie zakończony – romans między studentką i wykładowcą stał się jednocześnie pretekstem do prawdziwej walki o przeżycie. Wkrótce do domków letniskowych przybywa więcej turystów, a wraz z nimi pojawia się też Phil Drake, policjant i brat zaginionego w tajemniczych okolicznościach nauczyciela akademickiego. Phil wydał się Geddisowi szczególnie irytującym typem: wyglądało na to, że od razu zorientował się w sytuacji, a od tego został już tylko krok do służbowej interwencji. Phil jednak preferuje najwyraźniej działanie w pojedynkę, bo wbrew zdrowemu rozsądkowi zamiast wezwać wsparcie, samodzielnie wyruszył na zbocza Blair Long w poszukiwaniu zaginionego dziecka…

Przydługie streszczenie, które przed chwilą przeczytaliście, to ogólny zarys fabuły powieści „Cannibals” – przeuroczego dzieła, które wyszło na świat spod pióra Guy’a N. Smitha. Ten tracący na popularności brytyjski pisarz, choć z pewnością nie zasługuje na miano mistrza grozy, z pewnością swego rodzaju „mistrzostwo” osiągnął. Po lekturze „Kanibali” można swobodnie przyjąć, że nie ma sobie równych na polu grafomańskich porównań, komicznych dialogów czy dramatycznie słabych pomysłów. W świecie Smitha nie ma nic dziwnego w tym, że rodzina na urlopie w zaledwie parę minut przechodzi do porządku dziennego nad śmiercią psa. Dodajmy, że zwierze zostało rozszarpane w środku nocy przez tajemniczą istotę. Ów stwór – do diabła, darujmy sobie pozory, owi kanibale – lubią łazić po ciemku dookoła domków letniskowych Geddisa, drapać w drzwi, stukać w szyby i generalnie bawić się jak dzieci podczas Halloween. Wspomniany Phil, kreowany na twardego glinę, nie wzywa wsparcia nawet, kiedy jest to najbardziej naturalnym odruchem. Absolutnym kuriozum jest natomiast Doug Geddis, od którego cała afera się zaczyna – ten człowiek najwyraźniej ma między uszami stóg siana, bo wystarczyłyby chyba choć dwie samotne komórki mózgowe, by zniwelować tak monstrualnych rozmiarów głupotę.

Zresztą inni wieśniacy z Invercurie także nie grzeszą rozumem. Mamy tutaj barwny korowód papierowych postaci, które zachowują się jak stereotypowy literacki zaścianek – zanim nawet zaczną wypowiadać swoje najważniejsze kwestie (takie jak: „Gdyż to właśnie nocą Invercurie zrzuca swoje piękne szaty!”), język, jakim się posługują zdradza natychmiast, że nie będziemy mieli do czynienia z orłami intelektu. Guy N. Smith doskonale poradziłby sobie z opisaniem zachowań upośledzonych dzieci – o ile za bardzo nie skupiałby się na tym zadaniu – ale tworzenie relacji między zdrowymi, „normalnymi” ludźmi zdecydowanie mu nie wychodzi.

Dialogi w „Kanibalach” są tak śmieszne, że nie sposób oprzeć się ich urokowi. Konkurować z nimi mogą chyba tylko opisy, których niestety nie uświadczymy zbyt wiele. Guy litościwie oszczędza nam westchnień nad pięknem lokalnych krajobrazów. Wystarczy, że przy każdym pojawieniu się bandy tytułowych zwyrodnialców raczeni jesteśmy przypomnieniami, że ich palce są połączone błoną pławną, a na czole znajduje się niewykształcone, groteskowe trzecie oko. Jakby tego było mało, wygląd owych maszkar został cudownie wiernie odwzorowany na okładce wydania, co tylko uwypukliło ich kiczowatość. Gdybym miał wystawić ocenę samej okładce, to pewnie byłbym zdruzgotany, że skala Horror Online nie dopuszcza użycia punktów ujemnych.

W ogólnym rozrachunku „Kanibale” to powieść, którą trudno znienawidzić. Za symbolicznego pensa, którego przeznaczyłem na zakup, otrzymałem mnóstwo nieskrępowanej rozrywki. Guy wzbudził mój śmiech tyle razy, że w sumie mógłby zakwalifikować się do kategorii „komedii roku”. Powiem więc tak: jeżeli interesuje Was porządna literatura grozy, to zapomnijcie o tej książce. Najlepiej wyrzućcie też z pamięci samego Smitha, ze wszystkimi krabami-gigantami, SS-manami zombie i demonicznymi nietoperzami, jakie spłodziła jego wyobraźnia. Jeśli poszukujecie horroru ekstremalnego bądź też po prostu szybkiej, intensywnej lektury, to także źle trafiliście. Jeżeli jednak macie apetyt na coś równie kiczowatego i zabawnego w swej tandetności, co niskobudżetowe filmy z lat 80-tych, to strzał w dziesiątkę. Czego by o Guy’u N. Smithie nie mówić, jest pierwszym autorem w tym roku, który o mało nie doprowadził mnie do łez.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ doskonała niezamierzona komedia

Minusy:

- absolutnie wszystko prezentuje się źle, od żenująco słabego stylu aż po idiotyczną fabułę
- okładka tak bardzo mnie wzruszyła, że zasłużyła na osobny minus

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -