Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:FAŁSZYWY DEKRET

Fałszywy dekret

FAŁSZYWY DEKRET

ocena:5
Autor:Grzegorz Kopiec
Tłumaczenie:
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:2015
Wydawnictwo:Wydawnictwo Świętego Macieja Apostoła
Ilość stron:160
Autor recenzji:Shadock
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Polski horror rozwija się coraz lepiej, kolejne tytuły coraz częściej można zauważyć w księgarniach, coraz częściej miłośnicy gatunku nie są postrzegani jako kompletni wariaci. Jeszcze bardziej cieszą te chwile, kiedy twórców grozy doceniają osoby publiczne. Niewątpliwym wydarzeniem jest wydanie pod patronatem burmistrza miasta Lublińca debiutanckiego zbioru opowiadań Grzegorza Kopca, „Fałszywy dekret. Opowiadania zakazane”. Staranne wydanie, pochwalny wstęp i nadchodzi zderzenie z prozą autora...

Nieprzypadkowo użyłem takiego właśnie czasownika na określenie twórczości informatyka z Lublińca. Zacznijmy jednak od wydania. Format zeszytu szkolnego (i podobna grubość), zakładka i twarda oprawa, oraz okładka przedstawiająca Michaela Sheena w roli Luciana z „Underworld”. Zasadność tego rysunku i sam projekt graficzny przemilczę, faktem jest jednak, że to ładnie wydany zbiorek i miło wziąć go do ręki, jak i na półce postawić. Najważniejsza jest jednak treść. I tu się zaczynają schody.

We wstępie Edward Przebieracz, uznany poeta i juror konkursu literackiego dla mieszkańców Lublińca wyjaśnia, jak to Grzegorz Kopiec oczarował wszystkich swoją własną legendą o rodzinnym mieście i jak świetnie sobie radzi ze współczesną grozą, nawiązując między innymi do twórczości Stephena Kinga. To akurat zwrot wytrych, bowiem przyciąga wszystkich, a prawdy nie da się obalić, bo każdy, kto pisze grozę, do Kinga nawiązuje, nawet jeśli twierdzi, że nie. Podobnie jest z Poe, czy Mastertonem, bo już z Lovecraftem czy innymi klasykami trzeba się trochę wysilić. Problemem tego wstępu, podpisanego wszak niebagatelnym nazwiskiem, jest fakt, że nastawił mnie on na obcowanie z literaturą co najmniej świetną, jeśli nie wybitną. Tymczasem już po pierwszym opowiadaniu miałem szczękę na ziemi, bynajmniej nie z zachwytu.

Na cały zbiorek składa się dwanaście krótkich opowiadań, zamykających się w obrębie niecałych 160-ciu stron. Pierwsze, „Walentynki” to lekka zabawa pomysłem o tajemniczym prezencie, która nie ma szans się rozwinąć, by zostać ucięta naciąganym zwrotem i finałem. Naprawdę, bardzo słabe otwarcie, kiepski pomysł, toporne wykonanie. Nie jest tajemnicą, że całym sercem jestem za polską grozą, wspieram ją i tworzę mniej lub bardziej udolnie, zawsze jednak staram się doceniać wysiłek włożony w pracę, nawet więc gdy dzieło danego autora do mnie nie przemawia (a jest kilku takowych na świeczniku), to chociaż milczę, gusta są bowiem rozmaite, a i ja nie lubię narzekać na, bądź co bądź, kolegów „po piórze”. Nie mam jednak nic przeciw, gdy mnie się dostaje, o ile jest to konstruktywna krytyka, dlatego też teraz milczeć nie będę. Z dwóch powodów. Cała akcja z „Fałszywym dekretem” sugeruje, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym, a jest zupełnie odwrotnie, co gorsza, nie jest to efekt zamierzony (jak choćby w przypadku programowo złego „Horroru klasy B” niżej podpisanego). Po drugie, Grzegorz Kopiec ewidentnie posiada potencjał, zapał i talent, szkoda więc, by zmarnował go na pisanie takich łopatologicznych przypowiastek jak „Na rozstaju dróg” czy króciutkich, naiwnych obrazków pokroju „Złe miejsce, zły czas”. Owszem, mogą one przypaść do gustu komuś, kto o literaturze grozy słyszał, ale na pewno nie czytelnikom w temacie obeznanym. Boli również styl, często toporny, czasem prymitywny, a choć jedno i drugie zarzutem samo w sobie nie jest, w zestawieniu ze słabą redakcją po prostu osłabia. Proszę o wybaczenie, ale weźmy taki akapit z „Tajemnicza postać” (pisownia oryginalna):

„... W każdym razie pozwalało ono na dokładne przyjrzenie się obcemu. Z miejsca, w którym obecnie stało trzech wartowników, do zwalonego budynku było około sto pięćdziesiąt metrów – dystans ten pozwalał na dojrzenie jednej istotnej cechy, a mianowicie, że ów osobnik niewiele się od nich różnił, na pewno nie pod kątem wyglądu. Mimo to jedna rzecz nie ulegała wątpliwości, a nawet i dwie. Po pierwsze – strój bojownika, jaki miała na sobie tajemnicza postać, był już przeżytkiem i zaprzestano go nosić przed kilkunastoma laty. A po drugie – i co chyba najistotniejsze – była to kobieta. Mimo ciasnego kombinezonu i nasuniętej na twarzy maski przeciwgazowej to jedno było niepodważalne. Jacek nie wiedział, skąd w nim ta pewność, ale był święcie przekonany, że się nie myli. Później dowiedział się, że faktycznie tak było.”

Tutaj przecież wszystko rozjeżdża się w tylu miejscach, że dziw bierze, że przeszło to przez redakcję w wydawnictwie. Nie zamierzam się jednak pastwić nad tekstem, ani roztkliwiać nad poszczególnymi opowiadaniami, z których większość zaczyna się od dobrego pomysłu wyjściowego („Musca Domestica”, „Świąteczne przesłuchanie”), by ostatecznie rozłożyć się i skończyć nim się zacznie.

Myślę też, że jednym z większych błędów było ułożenie tekstów w kolejności chronologicznej, widać bowiem wyraźny progres z tekstami, gdzie najjaśniej (nomen omen) błyszczą „Biedaczyna z Asyżu” i „Gniazdo”. Teksty oryginalne, dobrze pomyślane i zaplanowane. Nie są to może arcydzieła, ale biją na głowę osobno wszystkie razem wzięte utwory w zbiorku i świadczą o bardzo dużym potencjale autora i zapowiadające, że o Grzegorzu nie tylko usłyszymy, ale i znajdzie on na rynku swoją własną niszę. W tym momencie książki zacząłem podnosić głowę znużoną pierwszymi tekstami. Czyżby nie była to porażka? Wszak mężczyznę poznaje się po tym jak kończy... Na koniec zaś następuje tytułowe opowiadanie, zwycięski „Fałszywy dekret”. I tu skok jakościowy jest tak ogromny, że aż się chce czytać więcej, a Grzegorz Kopiec pokazuje, że kiedyś może doczeka się zapowiadanych przez Przebieracza słów „polskiej literatury złoty chłopiec”. Życzę mu tego, póki co jednak, jeszcze sporo pracy przed nim. 1/4 udanych opowiadań to zdecydowanie za mało. Może to wina zbyt wysokich oczekiwań rozbudzonych wstępem i reklamą? Przykro mi. Lubliniec mi nie wybaczy.
Patronat medialny: Horror Online
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ wydanie
+ tytułowe opowiadanie, "Gniazdo" i "Biedaczyna z Asyżu"
+ niektóre pomysły wyjściowe
+ oryginalny styl...

Minusy:

-... który wymaga jeszcze wiele pracy
- opowiadania kończą się, nim naprawdę zaczną
- toporność pierwszej części zbiorku
- redakcja

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -