Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DOM ŚMIERCI

77 SHADOW STREET

DOM ŚMIERCI

ocena:5
Autor:Dean R. Koontz
Tłumaczenie:Danuta Górska
Wydanie oryginalne:2011
Wydanie polskie:2013
Wydawnictwo:Albatros
Ilość stron:512
Autor recenzji:Anna Plich
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Mam wrażenie, że od początku XXI wieku amerykański pisarz, Dean Koontz, boryka się z ewidentnym spadkiem formy, konsekwentnie odchodząc od specyfiki, którą zaskarbił sobie sympatię wielbicieli literatury grozy. Nie przykłada już takiej wagi do mieszania gatunków, jak w ostatnich dekadach minionego wieku i nie koncentruje się już w równym stopniu na szczegółach. „Dom śmierci” miał być chyba powrotem starego, dobrego Koontza – kompilacją horroru, thrillera i science fiction z przewagą tego pierwszego, zważywszy na gabaryty książki, w wyczerpujący sposób podchodzącą do prezentowanej problematyki. Efekt najprawdopodobniej byłby w pełni zadowalający, choćby z powodu niemałej inwencji przebijającej z kart „Domu śmierci”, gdyby Koontz nie zechciał eksperymentować z formą.

Pod koniec XIX wieku na zlecenie Andrew Northa Pendletona wybudowano okazały budynek mieszkalny przy ulicy Cieni 77 i nadano mu nazwę Belle Vista. Niedługo po osiedleniu się w tym miejscu rodzina właściciela zaginęła, a on sam popełnił samobójstwo. Od tego momentu co trzydzieści osiem lat w budynku przemianowanym na Pendleton miały miejsce krótkotrwałe tajemnicze wydarzenia, na skutek których ginęli ludzie. W 2011 roku Pendleton nadal pełni rolę nowoczesnego budynku mieszkalnego, którego lokatorami są majętni obywatele. Między innymi emerytowany prawnik Silas Kinsley, który hobbystycznie zgłębia historię Pendletona. Dzięki temu odkrywa, że niedługo będzie miał miejsce kolejny incydent, który najpewniej doprowadzi do śmierci niejednego lokatora apartamentowca. Niezidentyfikowane hałasy, cienie z nagła wyrastające w różnych pomieszczeniach i ludzie z przeszłości pojawiający się wewnątrz budynku zdają się potwierdzać teorię Kinsleya. Pozostali lokatorzy również świadkują niesamowitym zjawiskom mającym miejsce w Pendletonie, ale gdy zdają sobie sprawę z ogromu niebezpieczeństwa jest już za późno, żeby wydostać się z budynku.

Osoby znające twórczość Deana Koontza doskonale zdają sobie sprawę, że nie zadowala się wyświechtanymi motywami, że często znajduje przyjemność bądź we wzbogacaniu ich niepospolitymi pomysłami bądź łączeniu z innymi wątkami charakterystycznymi dla literatury grozy i science fiction. Dla tych czytelników nie będzie więc niespodzianką, że początkowo jawiąca się niczym klasyczna ghost story opowieść, z czasem okazuje się czymś zgoła odmiennym. Akcję niemalże w całości zamknięto w imponującym budynku mieszkalnym nazwanym na cześć jego pierwszego właściciela, Andrew Northa Pendletona, co naturalną koleją rzeczy powinno generować klaustrofobiczną aurę. Powinno, ale wspomniana już narracja, jaką obrał Koontz sprawia, że tego rodzaju pożądany klimat jest praktycznie niewyczuwalny. Fabułę naświetlono z perspektywy kilku lokatorów Pendletona, paru pracowników i dwóch bytów, Jednego i Świadka, o długo niejasnej proweniencji. W krótkich rozdziałach Koontz zdołał jedynie szczątkowo zarysować charaktery wszystkich postaci, tworząc coś na kształt „atrap bohaterów”, a nie pełnokrwistych protagonistów na miarę tych, które kreował w swoich starszych najpopularniejszych powieściach. Koontz co prawda zadbał o zróżnicowane osobowości i takież przeszłe dzieje bohaterów (choć odniosłam wrażenie, że wszystkich łączył brak partnerów życiowych), ale poprzestał na wzmiankach, bez długiego zagłębiania się w ich psychikę. Takie podejście do protagonistów nie sprzyjało widowiskowemu rozwojowi akcji, którą notabene Koontz również uparł się wyłuszczać w poszarpanym, miejscami aż nazbyt chaotycznym stylu. Pomijając niemożność całkowitego stopienia się z bohaterami, na początku wielotorowa fabuła dawała interesujący ogląd całej sytuacji. Irracjonalne zjawiska, jakie mają wówczas miejsce w Pendletonie osnuto całkiem mroczną atmosferą, wzbogacono złowieszczymi pierwiastkami nieznanego, choć nie do końca wykorzystano potencjał przebijający z poszczególnych pomysłów, za sprawą przeskoków w narracji. Okresowe, krótkotrwałe wstrząsy, jakie mają miejsce w Pendletonie w 2011 roku, tajemnicze cienie przemykające po poszczególnych pomieszczeniach na oczach zaniepokojonych lokatorów, niepojęte zniknięcie byłego senatora w windzie, zagadkowy byt pływający w basenie usytuowanym w suterenie oraz głos wydobywający się z telewizora z zaśnieżonym ekranem, co nasuwa skojarzenia z kultowym „Duchem” Tobe’a Hoopera – wszystko to każe przypuszczać, że Pendleton stał się siedliskiem jakichś nadprzyrodzonych, wrogich bytów, manifestujących swoją obecność co trzydzieści osiem lat (jak w „Smakoszu” Victora Salvy, tyle, że w przypadku owej produkcji była mowa o dwudziestu trzech latach). Wszystkie manifestacje nieznanego nie grzeszą jakąś porażającą innowacyjnością, przykuwając uwagę raczej swoim tajemniczym charakterem i na początku towarzyszącym im klimatem niezdefiniowanego zagrożenia, aniżeli samą swoją istotą. Nawet bodaj najciekawszy zagadkowy element pojawiający się na początku, czyli chwilowe przeskoki w czasie nie są żadnym novum dla gatunku, ale brak wyraźnej oryginalności w pierwszych partiach powieści nie psuje ogólnego wrażenia. W przeciwieństwie do poszarpanej akcji i szczątkowych rysów psychologicznych protagonistów.

Mam nieodparte wrażenie, że Dean Koontz zrobiłby lepiej, gdyby rozbudował pierwszą część powieści zarazem skracając drugą, równocześnie poprzestając na narracyjnej ciągłości, bez obecnego skakania od postaci do postaci, które tak skutecznie niszczyło wszelkie zalążki atmosfery grozy, zwłaszcza w dalszych partiach książki. Po enigmatycznych, a co za tym idzie najbardziej chwytliwych irracjonalnych incydentach, którym świadkują mieszkańcy okazałego domostwa usytuowanego na tak zwanym Wzgórzu Cieni, aż nazbyt szybko przychodzi pora na dynamiczną akcję, na domiar złego praktycznie pozbawioną momentów sprzyjających zaczerpnięciu oddechu i przygotowania się na kolejne osobliwe wydarzenia. Po sfinalizowaniu jednego tajemniczego incydentu Koontz bez chwili zwłoki rozpoczyna kolejny sportretowany z perspektywy innej osoby, co wymusza na czytelnikach konieczność ciągłego „przestawiania się na inne postaci”, których mnogość z czasem niezmiernie dezorientuje - sprawia, że nazwiska i szczątkowe osobowości protagonistów zaczynają się nieco mieszać w pamięci czytelnika. A przynajmniej ja często borykałam się z tym problemem w trakcie lektury „Domu śmierci”. Oddając jednak sprawiedliwość autorowi nieustająca akcja nie bazuje na samych negatywach, bo choć nadzwyczajny pęd odziera ją z tak pożądanego klaustrofobicznego klimatu, szkaradne stwory polujące na protagonistów przykuwają uwagę swoim zróżnicowanym odstawaniem od zwyczajnych przedstawicieli różnych gatunków zaludniających Ziemię, a ich szczegółowo opisane metamorfozy przywodzą na myśl klasyczne body horrory. Ciekawie prezentują się też poruszające się, świecące grzyby rosnące w Pendletonie, które „plują” zarodnikami zmieniającymi osobowość swoich nosicieli. Cieszyły mnie również tak typowe dla Koontza rozważania o destrukcyjnej naturze ludzkiej i (o czym wspominał już w paru swoich wcześniejszych utworach) dawanie wyrazu swojemu przekonaniu, że świat byłby lepszy, gdyby przodującym gatunkiem na Ziemi były psy. Oczywiście, w finale w typowy dla siebie przesłodzony sposób podaje w wątpliwość ten pesymistyczny ogląd rasy ludzkiej, przyznając, że jest jeszcze dla nas nadzieja, ale do tego momentu błyskotliwie analizuje mentalność rasy ludzkiej, również za pośrednictwem tajemniczego Jednego. Charakter niepokojących incydentów mających miejsce w Pendletonie również może pochwalić się dużą dozą atrakcyjności, ale nie innowacyjności, bo z podobnym motywem spotkałam się już podczas lektury jednej z książek Michaela Crichtona, notabene nieporównanie ciekawszej od „Domu śmierci”.

Szczerze powiedziawszy znając poziom współczesnej twórczości Deana Koontza nie nastawiałam się na nic nadzwyczajnego sięgając po jego „Dom śmierci” i dlatego nie mogę powiedzieć, żebym się zawiodła. Nie podejrzewałam jednak, że obcowanie z tą powieścią natchnie mnie takim przygnębieniem – smutkiem na myśl o tym, jak zjawiskowo mogłaby prezentować się jej problematyka, gdyby autor powściągnął pragnienie eksperymentowania z formą i zadbał o narracyjną ciągłość. Zaprzepaszczony potencjał, ale przy odpowiednim nastawieniu bądź konkretnym osobistym zamiłowaniu chyba może się podobać, albo przynajmniej jak w moim przypadku dostarczyć odrobiny jako takiej rozrywki.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ początkowe manifestacje nieznanego i towarzyszący im klimat
+ pomysł na fabułę, ze szczególnym wskazaniem na przeskoki w czasie i naturę zagrożenia
+ opisy odrażających stworów i ich zewnętrznych przemian oraz osobliwych grzybów
+ analiza natury rasy ludzkiej

Minusy:

- poszarpana narracja
- szczątkowe rysy psychologiczne bohaterów i ich zbyt duża ilość
- ciągła akcja niesprzyjająca stopniowaniu napięcia i zagęszczaniu się atmosfery grozy
- przesłodzony finał

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -