Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WAYWARD PINES. SZUM

PINES

WAYWARD PINES. SZUM

ocena:6
Autor:Blake Crouch
Tłumaczenie:Paweł Lipszyc
Wydanie oryginalne:0
Wydanie polskie:2014
Wydawnictwo:Otwarte
Ilość stron:360
Autor recenzji:Mateusz Mnich
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Skoro sam Blake Crouch nie ukrywa, co zainspirowało go do napisania trylogii o miasteczku Wayward Pines, warto tę recenzję od tej kwestii rozpocząć. Chyba żadnemu fanowi fantastyki i grozy nie trzeba tłumaczyć, jak wielkim kamieniem milowym dla rynku seriali telewizyjnych był rok 1990, kiedy David Lynch odsłonił przed publicznością swój sztandarowy projekt, genialne „Miasteczko Twin Peaks”. Nazwanie tej małej, ciasnej serialowej miejscowości dziwną i pełną tajemnic byłoby zdecydowanym niedopowiedzeniem, a określenie jej mieszkańców mianem nadzwyczajnych – mało precyzyjne. Twin Peaks potrafiło istotnie zrobić na widzach tak ogromne wrażenie, iż prezentowane im obrazy wyznaczyły swoisty kanon perfekcji realizatorskiej i fabularnej, pewien niedościgniony wzorzec, do którego nowsze produkcje uparcie dążyły, ledwo i z rzadka się o niego ocierając. Na fanatyka „Miasteczka…” wyrósł również Blake Crouch, który przez lata niesiony emocjami związanymi z serialem próbował oddać w swych powieściach to, co kotłowało się w jego głowie, próbował przelać na papier wizje, jakie powstały jako naturalny skutek żywej miłości do sprawy Laury Palmer i całej jej skomplikowanej otoczki. Ostatecznym efektem tego uwielbienia miała być, jak zarzeka się autor, trzyczęściowa saga o innym bardzo dziwnym miasteczku, o miasteczku Wayward Pines, a pierwszym aktem jego historii jest właśnie „Szum”.

Na brzegu szumiącego strumienia budzi się rosły mężczyzna w garniturze. Ubranie ma splamione krwią, w głowie mu pulsuje, świat zaczyna wirować mu przed oczyma, porusza się z wielkim trudem. Rusza przed siebie, w stronę widocznych w oddali domostw, jednak gdy do nich dociera, zdaje sobie sprawę, że miejsca, w którym się znalazł, absolutnie nie kojarzy. Piękne, ciche, małe miasteczko, wymuskane niczym Wisteria Lane i ułożone niczym Stepford. Pragnie dowiedzieć się, gdzie jest i co go tutaj sprowadziło, pragnie spotkać choć jedną znajomą twarz, zamienić z kimś słowo. Problem w tym, iż w zasadzie nie pamięta, które twarze są dla niego znajome. Ba, nie pamięta nawet własnej twarzy i własnej tożsamości. Nie ma przy sobie dokumentów ani telefonu komórkowego, nie ma ani grosza przy duszy. Gdy obrazy i wspomnienia w żółwim tempie zaczynają powracać, traci przytomność i trafia do najdziwniejszego szpitala, w jakimkolwiek się znalazł. Szybko przekonuje się, że personel stale go okłamuje, że nie mówi mu się prawdy o tym, co mu dolega i co mu się przytrafiło. Postanawia więc uciec ze szpitala i poszukać odpowiedzi na własną rękę. Zaczyna coraz bardziej utwierdzać się w przekonaniu, że z miasteczkiem coś jest nie tak – ludzie są tu bardzo sztuczni, mechanicznie ze sobą rozmawiają, są wiecznie uśmiechnięci, nie interesuje ich upływ czasu czy wydarzenia ze świata, zdają się ślepo zapatrzeni w swoją mieścinę, Wayward Pines, a cała reszta wydaje im się niepotrzebna do szczęścia. Jednak główny bohater bardzo chciałby się stąd wydostać i wrócić do rodziny, którą wydaje mu się, że ma – na próżno, gdyż droga wyjazdowa z miasteczka zakręca i powraca szerokim łukiem do Pines. Z tego miejsca nie ma ucieczki, co w połączeniu z sztuczną niczym z okładek czasopism dla pań atmosferą i przerażającą ciszą budzi w mężczyźnie ogromny niepokój. Wie na pewno, że nie będzie mu łatwo wydostać się z Pines, jednak jest gotów na wszystko, co tylko będzie trzeba, żeby wrócić do swojego dawnego życia. Wayward Pines szykuje dla niego jednak inny scenariusz.

Zapewne nie będę osamotniony w tym skojarzeniu, jednak historia Wayward Pines natychmiast przywodzi na myśl „Krainę chichów” Carrolla czy „W paszczy szaleństwa” Carpentera, przynajmniej z początku. I to do nich zdecydowanie bliżej „Szumowi” niż do Twin Peaks. Być może Crouchowi udało się wykreować miejsce akcji równie chłodne i spokojne co najsłynniejsze miasto Lyncha, jednak panujący w nim nastrój nie jest dziwny, nie jest irracjonalny, lecz najzwyczajniej w świecie tajemniczy i rodzący podejrzenia. Akcja toczy się równie powoli, dialogi brzmią podobnie oficjalnie, ale wciąż trudno doszukać się w Pines pierwiastka tej fuzji grozy i sztampowej mydlanej opery, skrzyżowania genialnego kiczu i przerażającego dreszczowca. Miasteczko Croucha faktycznie chowa pod płachtą blichtru tajemnicę gigantycznego kalibru, i za pomysł Crouchowi należy się pokłon do samej ziemi, jednak sposób i język realizacji tego pomysłu niczego szczególnego sobą nie prezentują. Można raczej odnieść wrażenie, że czyta się Pattersona czy słabsze momenty Lee Childa, a brnąc przez kolejne jednozdaniowe akapity, odnieść wrażenie, że to szablonowa beletrystyka ze środkowej półki.

Nie ma też w Wayward Pines żadnego silnego, barwnego charakteru – te zaczynają się klarować dopiero w drugiej części trylogii – przez co trudno przywiązać się do bohaterów, trudno ich polubić czy przynajmniej zapamiętać. Sytuacji nie ratuje też akcja, która nabiera rumieńców dopiero gdzieś w dwóch trzecich powieści i faktycznie od tego momentu stale pęcznieje, jednak przeprawa przez pierwszych dwieście stron z okładem to co najwyżej umiarkowany poziom napięcia. Gigantyczny potencjał pomysłu, który okazuje się w gruncie rzeczy naprawdę trafiony, bardzo długo się rozwija, przez większość czasu ledwie się tląc. Największym plusem jest wyraziste zakończenie, które pozostawia kilka szeroko otwartych furtek, za którymi Crouch może szukać wielu inspiracji do kontynuacji swojej historii.

Jak pisałem wcześniej, twórcy próbujący nawiązać do wzorca, jakim jest „Miasteczko Twin Peaks”, zaledwie się o niego ocierają. Z „Szumem” wcale nie jest inaczej i choć Crouch stara się, jak może, oddaje czytelnikom nieszczególnie porywającą historię – i to tylko dlatego, że nie jest w stanie swojego pomysłu ubrać w wyraziste obrazy i godny uwagi język. Czy jednak warto zrażać się do tej serii po jednym niekoniecznie wybitnym, lecz znośnym dziele? Czy ta monochromatyczna realizacja ma szansę rozwinąć się w coś barwnego, przekonującego, do reszty wciągającego? Niewątpliwie ma szansę, a zrażanie się nie ma najmniejszego sensu po tym, co autor nakreślił w ostatnich rozdziałach swojej książki. Taki cliffhanger, jak ostatnich kilkadziesiąt stron „Szumu”, to dobry prognostyk na o wiele lepszą drugą część. I z tą nadzieją warto spróbować pociągnąć tę miniserię do końca.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ fantastyczny pomysł będący hołdem dla Miasteczka Twin Peaks
+ nieprzewidywalność fabuły
+ trafiony dobór miejsca akcji

Minusy:

- bardzo nijacy bohaterowie
- zbyt ogólne i skondensowane opisy akcji
- potencjał pomysłu zrealizowany jedynie w niewielkim stopniu
- bardzo prosty, mało porywający język i tanie środki budowania napięcia

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -