Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:PRAWDZIWA HISTORIA

D'APRES UNE HISTOIRE VRAIE

PRAWDZIWA HISTORIA

ocena:9
Autor:Delphine de Vigan
Tłumaczenie:Joanna Kluza
Wydanie oryginalne:2015
Wydanie polskie:2016
Wydawnictwo:Sonia Braga
Ilość stron:416
Autor recenzji:Anna Plich
Ocena autora:9
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Delphine de Vigan to poczytna, wielokrotnie nagradzana francuska pisarka, która debiutowała w 2001 roku autobiograficznym utworem „Dni bez głodu”, opublikowaną pod pseudonimem Lou Delvig. Wydana w 2007 roku powieść „No et moi” obecnie uważana jest za przełomowe dzieło de Vigan - uhonorowane Prix des libraires i Prix du Rotary International oraz przeniesione na ekran w 2010 roku przez Zabou Breitman. Najnowsza powieść Delphine de Vigan, thriller psychologiczny pt. „Prawdziwa historia”, też doczekała się swojej filmowej wersji, wyreżyserowanej przez Romana Polańskiego, który jest także współautorem scenariusza i również otrzymała dwie nagrody: Prix Renaudot i Prix Goncourt des lyceens.

Powieściopisarka Delphine odnosi nieoczekiwany sukces za sprawą swojej ostatniej książki, w której konfrontowała się ze swoją przeszłością. Teraz zbiera materiały do kolejnej powieści, tym razem zamierzając opowiedzieć całkowicie fikcyjną historię. Jej plany ulegają jednak zmianie, gdy poznaje L., kobietę zajmującą się pisaniem biografii sławnych ludzi, które są rozpowszechniane jako autobiografie. Kobiety od razu znajdują wspólny język. Ich znajomość szybko przeradza się w przyjaźń, o której nie wie nikt z otoczenia Delphine. L. z jakiegoś powodu unika spotkań z bliskimi powieściopisarki, do czego ta ostatnia przez długi czas nie przywiązuje większej wagi. Kiedy Delphine dotyka kryzys twórczy L. jest dla niej jedyną podporą, tylko ona wie, że poczytna pisarka nie jest już w stanie zbliżyć się do komputera, ani nawet sporządzić krótkiej odręcznej notatki. Gdy L. traci mieszkanie Delphine pozwala jej zatrzymać się u siebie do czasu znalezienia nowego lokum. Po przeprowadzce L. roztacza troskliwą opiekę nad zagubioną przyjaciółką, za jej zgodą odpisując również na wiadomości zaadresowana do niej i podpisując je nazwiskiem Delphine. Niektóre zachowania L. z czasem zaczynają niepokoić jej przyjaciółkę. Najwięcej konfliktów generuje charakter planowanej kolejnej powieści Delphine. L. wydaje się nie móc zaakceptować faktu, że jej przyjaciółka chce opowiedzieć fikcyjną historię, próbuje więc przekonać ją, że czytelnicy oczekują od niej książki autobiograficznej.

„Prawdziwa historia” nie jest powieścią łatwą – lekką, odprężającą lekturą „do poduszki”, do której można podejść bezrefleksyjnie i w stosunkowo szybkim tempie dobrnąć do ostatniej strony. Tę książkę należy dawkować, została wszak napisana tak, że umysł czytelnika potrzebuje czasu, aby przyswoić sobie wszystkie informacje w niej zawarte. I poddać je odpowiedniej interpretacji. Pisana w pierwszej osobie, z punktu widzenia francuskiej powieściopisarki, omawiana powieść Delphine de Vigan miała tworzyć pozory utworu autobiograficznego. Autorka celowo nadała głównej bohaterce i zarazem narratorce swoje imię i zamierzenie przedstawiała ją w sposób, który tworzył ułudę obcowania z osobistymi wyznaniami de Vigan. W „Prawdziwej historii” aż roi się od różnego rodzaju zagadnień, poglądów, wynurzeń i analiz. Jest ich tak wiele, że doprawdy nie sposób omówić wszystkich w jednej krótkiej recenzji, nie można jednak pominąć tych najistotniejszych. Delphine de Vigan na kartach tej powieści konfrontuje czytelnika między innymi z dwojakim spojrzeniem na charakter opowieści. A ściślej pogląd głoszący, że współcześni czytelnicy (i widzowie) łakną historii opartych na faktach, że są już zmęczeni wyimaginowanymi opowieściami, że nieporównanie chętniej sięgają po pozycje, w których tkwi Prawda zderza z przekonaniem, że fikcja nadal ma rację bytu, że opinia publiczna doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że owoce wyobraźni twórcy niejednokrotnie przewyższają rzeczywistość, a w wielu przypadkach wręcz stanowią swoiste okno umożliwiające wgląd do umysłu autora. Innymi słowy, de Vigan mówi nam, że w tak zwanej czystej fikcji może tkwić więcej prawdy niż w utworach opatrzonych etykietką „zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami”. To znaczy takie stanowisko zajmuje główna bohaterka „Prawdziwej historii”, Delphine, jej nowa przyjaciółka bowiem zgoła inaczej zapatruje się na owo zagadnienie. Wziąwszy pod uwagę wielkość przestrzeni, jaką autorka poświęca temu problemowi i analizując rolę jaką odgrywa w jej opowieści szybko dochodzi się do wniosku, że tytuł powieści nie ma jedynie tworzyć ułudy obcowania z utworem autobiograficznym. Nie tylko na takim złudzeniu zasadza się gra, jaką Delphine de Vigan podejmuje z czytelnikiem. Francuska pisarka z porównywalną determinacją stara się tworzyć również pozory zanurzania się w fikcyjne ramy opowieści, która może, ale wcale nie musi być naszpikowana prawdziwymi wydarzeniami z życia autorki. I osobistymi przemyśleniami... no właśnie kogo? Delphine de Vigan, czy stworzonej przez nią postaci literackiej noszącej to samo imię? A może ich obu – może, jak niejednokrotnie daje nam do zrumienia narratorka pisarz i wykreowany przez niego bohater są nierozerwalnie ze sobą związani, jeden jest odbiciem drugiego. Niekoniecznie wiernym, być może zniekształconym, wypaczonym. Niewykluczone, że relacja, w jaką pisarz wchodzi ze stworzoną przez siebie postacią nosi znamiona więzi toksycznej i równocześnie odżywczej, paradoksalnie zbawiennej... Wiem, jak to brzmi – ot, pomieszanie z poplątaniem, w którym trudno znaleźć nić umiejscawiającą czytelnika w tej opowieści. Ciężko pojąć jej sens, odnaleźć punkt zaczepienia, który pozwoli nam spojrzeć na tę historię z odpowiedniej perspektywy. Teorie mnożą się wszak w zastraszającym tempie – jedna przeczy drugiej, czytelnik z czasem zaczyna gubić się w domniemaniach. Ogromnych trudności nastręcza mu dopasowanie kolejnych sugestii podrzucanych przez autorkę do dotychczas przyswojonych informacji. Błądzi niczym dziecko we mgle, a w tym czasie Delphine de Vigan bezlitośnie się nad nim znęca. Sprawia, że odbiorca zaczyna dosłownie wszystko podawać w wątpliwość. Nie zdziwiłabym się, gdyby niektórzy z czasem zwątpili nawet w swoje zdrowe zmysły, bo w inteligencję to na pewno. To naprawdę strasznie frustrujące: mieć w rękach tyle kart i nie móc ich wykorzystać, ciągle pozostawać o jeden (dosłownie jeden) krok za autorką, która wydaje się wędrować spacerowym krokiem, a mimo tego biegnący odbiorca nie jest w stanie się z nią zrównać. Sytuacja wypisz wymaluj, jak w niektórych slasherach... Wspomniana frustracja, a miejscami nawet nieodparte zniechęcenie w moim przypadku z czasem przerodziły się w czystą fascynację. Gdy już pogodziłam się z przegraną, gdy zaakceptowałam swoje miejsce w szeregu tj. pogodziłam się z myślę, że palma pierwszeństwa należy do Delphine de Vigan wcześniej nadmienione utrudniające lekturę emocje zostały wyparte przez czysty podziw. I piorunujące wręcz napięcie, którego źródło ciągle mi się wymykało. Nie wiedziałam skąd tak naprawdę płynie zagrożenie, byłam jedynie w pełni świadoma jego sukcesywnego zagęszczania się. Nie mogłam nie być, skoro tak silnie mi się udzielało.

Delphine de Vigan wcale nie ukrywa tytułów dzieł, które w mniejszym bądź większym stopniu natchnęły ją do napisania „Prawdziwej historii”. Wydaje się jednak, że najbardziej zainspirowały ją trzy powieści Stephena Kinga, cytatami wyjętymi z dwóch z nich opatrzyła nawet strony tytułowe poszczególnych części składających się na omawianą powieść. Tytuł trzeciej z nich pada podczas jednego z celowo chaotycznych ustępów pozbawionych kropek, ale zaznajomiony z rzeczonym utworem Stephena Kinga czytelnik już dużo wcześniej odnajdzie powiązanie. „Prawdziwa historia” w ogólnym zarysie jest swoistym miksem trzech konkretnym powieści Stephena Kinga, ale jeśli zajrzeć głębiej znacznie odbiega od każdej z nich. Pomysły Kinga stanowią co najwyżej fundament tej opowieści, są punktem wyjściowym (nie tylko one, bo autorka wplata w tę historię również inne wątki, niektóre zainspirowane twórczością innych pisarzy, inne będące owocami jej własnej wyobraźni). Na ich grzbietach de Vigan buduje swoją własną historię, w szczegółach znacznie odbiegającą od koncepcji Kinga. Rozgałęziającą się i reinterpretującą zapożyczone motywy przeplatane z własnymi pomysłami, co siłą rzeczy rozpościera przed czytelnikiem inne obszary z czasem odsuwając od niego zrodzone wcześniej podejrzenie, że „Prawdziwa historia” jest „odgrzewanym kotletem”, że jej autorka bezwstydnie czerpie z dorobku innych pisarzy, bo jej samej brakuje kreatywności. Nawet silnie wyeksploatowany motyw toksycznej przyjaźni, złowrogiej relacji dwóch kobiet, która jak już na początku daje nam do zrozumienia de Vigan (uprzedza fakty zupełnie jak Stephen King) musi doprowadzić do jakiejś tragedii, cechuje niezwykła świeżość. W „Prawdziwą historię” nie wklejono tak po prostu wątku, który powinien być doskonale znany wielbicielom thrillerów, a więc którego znamionowałaby ogromna przewidywalność. Nie, ten motyw poprzekształcano, poddano obróbce, która nadała mu takiej mglistości, niedookreśloności, może nawet osobliwości, że chyba każdy po skończonej lekturze dojdzie do wniosku, że skonfrontowano go ze zgoła innym motywem, czymś, czego nijak nie da się zestawić z pospolitym wątkiem niszczącej przyjaźni dwóch kobiet. Nie twierdzę, że z czasem okazuje się, że „Prawdziwa historia” nie traktuje o toksycznej relacji dwóch przedstawicielek płci pięknej – może tak jest, a może sensu tej opowieści rzeczywiście należy wypatrywać zupełnie gdzie indziej – ale niezależnie od tego, jaką interpretację wybierzemy, jak po skończonej lekturze sobie to wszystko poukładamy wrażenie będzie takie samo. A przynajmniej tak przypuszczam, bo możliwe, że znajdą się czytelnicy, którzy w staraniach de Vigan nie dostrzegą owej świeżości, którzy nie znajdą w tym ani krztyny oryginalności. Nawet jeśli zauważą pewien szczegół widniejący na ostatniej stronie i połączą go z informacją, o której zaledwie napomknięto dużo wcześniej - jeden znak, który mnie osobiście przyprawił o prawdziwy zawrót głowy...

„Prawdziwa historia” Delphine de Vigan nie jest powieścią całkowicie pozbawioną wad – trzeba czasu, aby odnaleźć wspólny rytm z autorką, aby nadążyć za jej tokiem rozumowania, rozeznać się w tym często przesadnie chaotycznym gąszczu pozornie przypadkowych (na pierwszy rzut oka niemających większego związku z motywem przewodnim) aktualnych wydarzeń i wstawek retrospektywnych oraz bezwładnych myśli przemykających przez umysł narratorki. We wstępnych fazach lektury bardzo mnie to męczyło, chwilami miałam nawet ochotę zarzucić zamiar doczytania do końca, ogarniało mnie bowiem przekonanie, że nie zdołam przyzwyczaić się do tego warsztatu na tyle, abym mogła czerpać przyjemność z lektury. Teraz cieszę się, że nie uległam pokusie odłożenia tej powieści na półkę po zapoznaniu się jedynie z pierwszymi jej partiami, bo wkrótce udało mi się całkowicie wsiąknąć w tę opowieść. Co więcej początkowo tak bardzo zniechęcający styl Delphine de Vigan zaczęłam postrzegać w samych superlatywach, doceniając przede wszystkim ogromną rolę jaką odegrał w kreśleniu portretu psychologicznego głównej bohaterki. Ale nie tylko, bo nie da się ukryć, że warsztat autorki okazał się bardzo pomocny w procesie „mieszania czytelnikowi w głowie”, że uatrakcyjnił wszelkie chwyty narracyjne, wykorzystywane przez Delphine de Vigan w celu wzbudzania w czytelnikach różnego rodzaju silnych emocji i częstego „wyprowadzania ich w pole”.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ oryginalne spojrzenie na znane motywy
+ mistrzowskie pogrywanie z czytelnikiem
+ wyczerpująca warstwa psychologiczna
+ pomysłowe wykorzystanie etykietki „oparte na faktach”, błyskotliwa analiza takich utworów i postrzegania ich przez opinię publiczną oraz zdumiewające umiejscowienie tego w fabule
+ mnogość możliwych interpretacji
+ doskonałe dawkowanie napięcia
+ wprost emanująca z kart powieści aura intrygującej tajemniczości i trudnej do umiejscowienia wrogości

Minusy:

- potrzebowałam trochę czasu, żeby odnaleźć się w słownictwie autorki, w często chaotycznej narracji i utrudniającej odbiór składni, ale z czasem przestało mi to przeszkadzać, a nawet zaczęłam odbierać obrany styl w kategoriach superlatywu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -