Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ŚPIĄCE KRÓLEWNY

SLEEPING BEAUTIES

ŚPIĄCE KRÓLEWNY

ocena:6
Autor:Stephen King Owen King
Tłumaczenie:Tomasz Wilusz
Wydanie oryginalne:2017
Wydanie polskie:2017
Wydawnictwo:Prószyński i S-ka
Ilość stron:736
Autor recenzji:Anna Plich
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Powieść „Śpiące królewny” to wspólne dzieło ojca i syna: niekoronowanego króla współczesnego literackiego horroru, Stephena Kinga i Owena Kinga, autora między innymi zbioru opowiadań „Jesteśmy w tym wszyscy razem” i powieści „Double Feature”. Szeroko zakrojona kampania reklamowa, wiele euforycznych wręcz recenzji pisanych głównie przez fanów twórczości obu panów (ale i część krytyków literackich nie szczędziła pochwał pod adresem tej pozycji) – to wszystko mogło przełamać wewnętrzny opór wielu niezdecydowanych, zachęcić do lektury nawet tych, którzy nie są wielkimi miłośnikami książek Stephena i Owena Kingów. Firma Anonymous Content zakupiła prawa do przeniesienia „Śpiących królewien” na ekran – planuje się stworzenie serialu, a więc i osoby, które nie preferują formy pisanej być może będą miały okazję zapoznać się z tą historią. Albo co bardziej prawdopodobne jej zmodyfikowaną wersją.

W amerykańskim miasteczku Dooling pojawia się tajemnicza kobieta, która dopuszcza się podwójnego morderstwa. Zostaje zatrzymana przez komendantkę miejscowej policji Lilę Norcross i przewieziona do Zakładu Karnego dla Kobiet w mieście Dooling, gdzie mąż tej ostatniej, Clinton, pracuje w charakterze psychiatry. Zatrzymana kobieta każe się nazywać Eve Black, a jej zachowanie mocno odbiega od normy. W tym samym czasie media informują o zagadkowej pandemii zwanej aurorą. Na całym świecie kobiety po zapadnięciu w sen nie są w stanie same się obudzić, a ich ciała owija coś na kształt pajęczyny, przypominając kokon. Gdy ktoś je obudzi wpadają w morderczy szał, po czym ponownie pogrążają się w nienaturalnym śnie. Mieszkanki Dooling wkrótce również dotyka ta niezwykła przypadłość. Tylko przebywająca w celi Eve Black jest odporna, tylko ona nie musi wzbraniać się przed snem, jeśli chce pozostać na tym świecie. Co więcej wszystko wskazuje na to, że tajemnicza przybyszka posiada też inne niezwykłe zdolności, mogące świadczyć o tym, że nie jest człowiekiem. Kim w takim razie jest i czego chce od mieszkańców Dooling? I co najważniejsze: czy potrafi zwrócić światu kobiety zanim płeć męska doprowadzi do jego upadku?

„Śpiącym królewnom” gatunkowo (choć chyba powinnam napisać podgatunkowo) najbliżej do dark fantasy, nurtu, w którym jak dla mnie króluje Clive Barker. To on jest moim mistrzem tego odłamu fantastyki, a Joe Hill, syn Stephena Kinga jak na razie w moim osobistym rankingu zajmuje miejsce drugie (w „Śpiących królewnach” padają ich nazwiska. Kingowie wspominają ponadto Petera Strauba i „Opiekunów” Deana Koontza). Stephen King ma na koncie wiele znakomitych horrorów. Bardzo dobrze odnajduje się też w science fiction i dramatach, a i nieraz udowodnił mi, że w stylistyce thrillera też czuje się jak ryba w wodzie. Ale skręty w stronę dark fantasy, które serwował mi w niektórych swoich książkach, czy to w „Rose Madder”, czy w „Regulatorach”, czy „Doktorze Sen” (który to klimatem bardzo przypomina „Śpiące królewny”), nigdy w pełni mnie nie satysfakcjonowały. I dlatego właśnie ciągle nie mogę się zmusić do rozpoczęcia przygody z „Mroczną Wieżą”. Z twórczością Owena Kinga wcześniej się nie zetknęłam, więc nie mam pojęcia, czy próbował już swoich sił w stylistyce dark fantasy – wiem tylko, że jego brat, Joe Hill, doskonale się w niej odnajduje. Miałam już przyjemność zapoznać się ze wspólnym projektem Hilla i jego ojca, Stephena Kinga, z niedługim utworem pt. „W wysokiej trawie”, który tak bardzo mi się spodobał, że gdy tylko dotarły do mnie pierwsze informacje o planowanym wydaniu „Śpiących królewien” pożałowałam, że Stephen King nie napisał ich ze swoim drugim synem. Wiem, że zważywszy na to, iż twórczość Owena była mi kompletnie nieznana takie podejście było z gruntu niesprawiedliwe, ale nic nie mogłam na to poradzić Ponadto mój entuzjazm studziło kilka ostatnich dokonań Stephena Kinga, fakt, że ostatnim jego utworem, które uznałam za istne arcydzieło była „Ręka mistrza” - w późniejszych latach nie wydał niczego, co w moich oczach by jej dorównywało, co wcale nie oznacza, że nie stworzył już niczego godnego uwagi. Teraz, po skończonej lekturze, cieszę się, że nie ogarnął mnie hurraoptymizm na wieść o zbliżającej się premierze omawianej powieści. Gdybym przygotowała się na prawdziwą bombę spotkałoby mnie ogromne rozczarowanie, które najprawdopodobniej zmusiłoby mnie do obniżenia mojej ogólnej oceny „Śpiących królewien”. Ostrożne, chłodniejsze podejście na coś się więc przydało.

W posłowiu Stephen i Owen Kingowie zdradzają, że wcześniejsza wersja „Śpiących królewien” była znacznie obszerniejsza. Nie wiem, jak wypada na tle tej ostatecznej, ta która trafiła w ręce czytelników z całego świata, ale chciałabym móc to sprawdzić, bo podczas lektury tejże pozycji towarzyszyło mi przeświadczenie, że mam do czynienia z jakimś „skrótowcem”. Stephen King słynie z gawędziarstwa i obsesyjnego wręcz zamiłowania do szczegółów, to pisarz, który już nie raz i nie dwa pokazał jak ważne są detale, jak bardzo przydają się w procesie pobudzania wyobraźni odbiorców, chociaż oczywiście zdarzało mu się też pisać z mniejszym rozmachem. Jeśli zestawić „Śpiące królewny” z „To” albo „Bastionem” to kontrast będzie uderzający, ale w porównaniu do np. „Pokochała Toma Gordona”, „Blaze”, czy „Buicka 8” omawiana powieść pod tym kątem w oczach wielu fanów twórczości Stephena Kinga pewnie wypadnie dużo korzystniej. Mnie jednak wydaje się, że fabuły tamtych utworów aż tak nie prosiły się o rozbudowanie, jak przypadek „Śpiących królewien”. Na skrzydełku okładki widnieje skrótowy opis fabuły, w którym znajdziemy informację, że akcja książki rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, a okazuje się, że osadzono ją w 2017 roku (autorzy mówią o tym wprost choćby na stronie 223. No, ale może sprzedano mi jakiś wadliwy egzemplarz...). W małym amerykańskim miasteczku Dooling. Typowej dla twórczości Kinga sennej mieścinie, do której pewnego dnia dociera niezwykłe zjawisko szybko ogarniające dosłownie cały świat. Po zapadnięciu w sen ciała kobiet jakaś dziwaczna pajęczyna zawija w kokony. Ten motyw co poniektórym automatycznie może nasunąć na myśl „Invasion of the Body Snatchers” - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby autorzy czerpali inspirację właśnie z tego źródła (czy to z pierwowzoru literackiego Jacka Finneya, czy z którejś filmowej wersji), ale szczerze powiedziawszy, jako że bardzo lubię tę opowieść, w ogóle nie przeszkadzały mi rzeczone podobieństwa. Zwłaszcza że Kingowie dobudowali do tego fantastyczne uniwersum, potraktowali aurorę jako zaczątek czegoś innego. Na początku może się wydawać, że „Śpiące królewny” to kolejna historia o zarazie dziesiątkującej ludzkość. Utrzymana w konwencji powieści apokaliptycznej wizja świata pozbawionego kobiet i rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Płeć żeńska nie pada ofiarą śmiertelnej choroby, kobiety nie umierają, a ich nienaturalny sen zdaje się być stanem odwracalnym. Pomijając kilka przedstawicielek płci pięknej, które nieustannie toczą boje z sennością na znanym nam świecie zostają tylko mężczyźni, a mając w pamięci destrukcyjne zapędy tak wielu z nich, krwawe wydarzenia z przeszłości, wojny wszczynane przez mężczyzn niewiedzących co to kompromis, to nie wróży dobrze. Stephen i Owen Kingowie poświęcają trochę miejsca punktowaniu poważnych przywar płci męskiej, chętnie obwiniają ich za wszelkie krzywdy zadawane kobietom. Na kartach „Gry Geralda” Stephen z dużo większym rozmachem unaocznił już swoją zdolność do wczuwania się w położenie i w psychikę kobiet, udowodnił, że napisanie powieści feministycznej nie stanowi dla niego żadnego problemu. Poza tym znam wielu mężczyzn, którzy mają podobne zapatrywania na tę kwestię, dlatego w ogóle nie zdziwiło mnie krytykowanie płci męskiej przez mężczyzn, coś na kształt samobiczowania. Czasami ogarniało mnie jednak nieprzyjemne przeświadczenie, że Kingowie generalizują, że wrzucają wszystkich mężczyzn do jednego worka opatrzonego etykietką „dręczyciele kobiet”. Ale na szczęście nie przez cały czas.

Gadające zwierzęta (tj. rozmawiające ze sobą nawzajem i tajemniczą Eve Black), ogromne, nienaturalne drzewo, w pobliżu którego znajdują się między innymi takie stworzenia jak tygrys i wąż, które są przyjaźnie nastawione do rasy ludzkiej, za sprawą siły, która wzięła ich we władanie. I pewne uniwersum, które przypomina znaną nam rzeczywistość, ale tak naprawdę nią nie jest. To wszystko zakrawa na jakąś bajeczkę, wiem, miejscami miałam właśnie takie wrażenie, ale gdy sytuacja się zaogniała, gdy do głosu zaczęły dochodzić destrukcyjne zapędy wielu mężczyzn, a zdolnościom pięknej, jakże intrygującej, zwariowanej przybyszki (która tak jak Andre Linoge ze „Sztormu stulecia” czegoś chce od mieszkańców Dooling i zdaje się odpowiadać za nieszczęście, które dotknęło cały świat) wtrąconej do celi w Zakładzie Karnym dla Kobiet w mieście Dooling, Kingowie zaczęli baczniej się przyglądać rzeczone elementy fantasy stały się na tyle złowrogie, żebym przestała patrzeć na nie, jak na składowe jakiejś bajki na dobranoc. Co wcale nie znaczy, że emanowały potężną grozą, bo czystego horroru w „Śpiących królewnach” jest tyle, co kot napłakał. Określenia dark fantasy nie należy więc rozumieć jako mieszanki horroru i fantasy podanej w równych proporcjach. Lepiej przyjąć dosłowne tłumaczenie, patrzeć na „Śpiące królewny” jak na mroczne fantasy. Które swoją droga mogło być nieporównanie bardziej klimatyczne i/lub drastyczne, ale jak się nie ma co się lubi to trzeba się zadowolić wersją lajt. W moim przypadku w pełni się nie dało, choć naprawdę bardzo starałam się czerpać z tej lektury więcej przyjemności. Świat zdominowany przez mężczyzn Kingowie wykreślili na tyle wyraziście, żeby moje starania odniosły jako taki skutek, pomimo pobieżnych jak na Stephena rysów psychologicznych absolutnie wszystkich mieszkańców Dooling i paru osób spoza miasteczka. Tak, nawet portrety Clinta Norcrossa i Franka Geary'ego wydawały mi się niedopracowane. Aczkolwiek bardzo podobało mi się podejście autorów do tego drugiego tj. niedopuszczanie do tego, aby czytelnik spoglądał na niego, jak na do szczętu zepsutego, godnego najwyższej pogardy dyktatorka, żeby nie poddawał go tak jednoznacznej ocenie. Najbardziej ubodło mnie jednak powierzenie Michaeli Morgan tak niewielkiej przestrzeni, tak mały udział tej postaci, bo jej zadziorny sposób bycia, cięte riposty i wrodzona twardość, sprawiły, ze stała się moją ulubioną postacią „Śpiących królewien”. Druga grupa, na czele której stoi Lila Norcross (też nieprzedstawiona ze szczególną wnikliwością, ale mimo tego dająca się lubić) musiała zadowolić się mniejszą uwagą Kingów. I właśnie to, a nie dosyć wąska analiza bohaterów książki doprowadziło mnie do wniosku, że mam do czynienia ze „skrótowcem”. Bo co jak co, ale akurat ta płaszczyzna powinna zostać odmalowana na kartach „Śpiących królewien” z największą pieczołowitością – większą nawet niż apokaliptyczna wizja świata niemalże całkowicie pozbawionego kobiet – dlatego, że na tej koncepcji opiera się duch tej opowieści, ten wątek stanowi jądro owej historii i niesie największą obietnicę. Bez pokrycia, jak okazało się w moim przypadku, ale niemający zamiłowania do szczegółów, do długich opisów miejsc i sytuacji czytelnicy, zapewne nie odczują takiego niedosytu, jaki ogarnął mnie. Oni pewnie dojdą do wniosku, że Owen i Stephen całkowicie wyczerpali ten temat, że powiedzieli wszystko, co trzeba było powiedzieć. Szczęściarze.

Ogólnie odbieram „Śpiące królewny” na plus. Niewielki, ale zawsze. Wielce rozczarowana nie byłam, bo i nie spodziewałam się niczego nadzwyczajnego. Zanim przystąpiłam do lektury omawianej powieści nawet przez myśl mi nie przeszło, że wynik współpracy Stephena i Owena Kingów w moich oczach okaże się prawdziwym arcydziełem, ale delikatny niesmak i tak pozostał, bo nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby popracować nad tą historią nieco dłużej i gdyby Stephenowi udało się obrać taki styl, jak chociażby w „Bastionie” to mogłoby z tego wyjść coś więcej niźli tylko umiarkowanie przyjemne czytadełko na nudne wieczory.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ pomysł na fabułę
+ analiza odwiecznej „wojny płci”
+ osobowość Michaeli Morgan, której jednak powinno się dać więcej miejsca
+ charakterystyka, zwariowane przemowy i niezwykłe zdolności Eve Black
+ jako taka wartość stricte rozrywkowa

Minusy:

- niezbyt szczegółowe portrety mieszkańców Dooling
- skrótowe podejście do fantastycznego uniwersum
- przydałoby się dużo więcej mroku i/lub drastyczności
- trochę (ale to i tak za dużo) bajkowości

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -