Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:Sztorm Stulecia

Storm of the Century

Sztorm Stulecia

ocena:8
Autor:Stephen King
Tłumaczenie:Łukasz Praski
Wydanie oryginalne:1999
Wydanie polskie:2017
Wydawnictwo:Prószyński i S-ka
Ilość stron:448
Autor recenzji:Anna Plich
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

„Sztorm stulecia” to oryginalny scenariusz pióra Stephena Kinga, który został przełożony na ekran w formie miniserialu. Jego premiera odbyła się w lutym 1999 roku na kanale ABC. Kilkanaście dni wcześniej w amerykańskich księgarniach pojawił się scenariusz „Sztormu stulecia”, nad którym King zaczął pracować już w 1996 roku. Z dosyć obszernego wstępu jego autorstwa dowiadujemy się, że wszystko zaczęło się od obrazu białego mężczyzny siedzącego na pryczy, który ni z tego, ni z owego pojawił się w jego głowie. Przez jakiś czas nosił się z zamiarem napisania powieści, ale gdy już wykreślił w swoim umyśle ramy opowieści uznał, że lepiej wypadnie ona na ekranie. Z przekonaniem ABC do tego projektu nie miał żadnych problemów, ale Mick Garris, artysta, z którym King pracował już wcześniej („Lunatycy”, miniserial „Lśnienie”) nie mógł podjąć się reżyserii „Sztormu stulecia” z powodu innych zobowiązań. Traf chciał, że Kingowi wpadł w ręce film Craiga R. Baxleya pt. „Postać z mroku” („Twilight Man”), który tak przypadł mu do gustu, że postanowił podjąć próbę zawiązania z nim współpracy na potrzeby „Sztormu stulecia”. Wybrany przez niego reżyser przyjął propozycję i jak wiemy na tym jednym projekcie nie skończyła się współpraca tych dwóch panów („Czerwona Róża”, „Szpital 'Królestwo'”).

Rok 1989. Mieszkańcy wyspy Little Tall leżącej u wybrzeży stanu Maine przygotowują się do potężnej śnieżycy i porywistych wiatrów, które na jakiś czas odetną ich od świata zewnętrznego. W tym samym czasie na wyspie zjawia się niejaki Andre Linoge, nieznany nikomu mężczyzna, który swoją laską z głową wilka zabija kobietę w podeszłym wieku i zostaje w jej domu do czasu przybycia miejscowego konstabla i zarazem właściciela sklepu wielobranżowego Michaela Andersona. Linoge nie stawia oporu przy zatrzymaniu, jest bierny w trakcie transportu do celi, ale po wyjściu z samochodu udowadnia paru wyspiarzom, że posiada niezwykłe zdolności. Linoge zna najgłębiej skrywane sekrety każdego z nich i chętnie obnaża ich grzechy przed sąsiadami. Wkrótce wyspiarze poznają inne, jeszcze bardziej przerażające moce tajemniczego przybysza. Całkowicie odcięci od świata mieszkańcy Little Tall będą musieli sami poradzić sobie z niezwykłym zagrożeniem, które z jakiegoś sobie tylko znanego powodu nawiedziło ich wyspę. Andre Linoge obiecuje, że odejdzie, jeśli tylko dadzą mu to, czego chce. Nikt jednak nie wie, czego od nich oczekuje, a tymczasem kolejni wyspiarze padają ofiarami tajemniczego przybysza.

Myślę że wstępy Stephena Kinga zasługują na jakąś wyczerpującą, oddzielną analizę, na szerszą recenzję punktującą wszystkie ich walory. Przybliżając czytelnikom genezę swoich utworów ten autor unika suchego, dziennikarskiego języka – już prędzej snuje kolejną opowieść, którą czyta się tak dobrze, jak jego beletrystykę. Oczywiście, wstęp do „Sztormu stulecia” nie może się równać z przedmową do „Nocnej zmiany”, ale i tak trzeba przyznać, że ten dodatek znacznie wzbogaca ową publikację. Stephen King snuje w nim autentyczną historię powstawania „Sztormu stulecia”. Nie tylko scenariusza, ale także miniserialu, nie szczędząc sobie odautorskich komentarzy do nagich faktów (ocena cenzorów była zdecydowanie najlepsza). W ten sposób powstała kolejna perełka pióra Stephena Kinga – błyskotliwa, dowcipna i niezwykle wciągająca opowieść o długiej drodze, jaką przeszedł „Sztorm stulecia”. Od wyobrażenia mężczyzny siedzącego na pryczy, przez scenariusz, po miniserial w reżyserii Craiga R. Baxleya. Forma „Sztormu stulecia” dla wielu zachęcająca pewnie nie będzie, bo obcowanie ze scenariuszem wymaga od odbiorcy dużo więcej, że tak to nazwę, wkładu własnego. Lapidarne wskazówki dla reżysera i dialogi muszą nam wystarczyć do odmalowania w głowach odpowiednich obrazów. Innymi słowy King każe nam ruszyć wyobraźnią - dopowiedzieć sobie to, co nie zostało powiedziane, co może być szczególnie problematyczne w przypadku postaci zaludniających karty tej publikacji. O ich wyglądzie zewnętrznym King mówi niewiele (wyjątkiem może tu być jedynie Andre Linoge), a osobowości najważniejszych postaci wyłaniają się gównie z dialogów i ich zachowań, w bardzo niewielkim stopniu z fragmentów opisowych. Ja miałam o tyle ułatwione zadanie, że po pierwsze zanim omawiane dziełko trafiło w moje ręce miałam okazję kilkukrotnie obejrzeć produkt końcowy (czyli miniserial) i po drugie miałam już za sobą (wielokrotną) lekturę innego scenariusza Stephena Kinga. Mowa o dużo krótszym „Przepraszam, to nie pomyłka” zamieszczonym w zbiorze „Marzenia i koszmary”. Łatwiej było mi więc złapać odpowiedni rytm, umiałam przestawić się na taką formę, znacznie odbiegającą od moich zwyczajowych lektur, a to czego być może nie zdołałabym sobie wyobrazić gdyby kolejność była odwrotna, wypełniły wciąż żywe w mojej pamięci obrazki z miniserialu. Zresztą wydawca wspomógł zapominalskich i tych, którzy nie oglądali produktu końcowego poprzez opatrzenie tego wydania czarno-białymi kadrami z telewizyjnej wersji „Sztormu stulecia”. Niemniej szczerze żałuję, że Stephen King porzucił swój pierwszy zamiar napisania kolejnej powieści, bo chociaż nie miałam większych trudności z odnalezieniem się w takiej formie to na pierwszym miejscu zawsze będą u mnie powieści. I to te bardziej obszerne, a akurat ta historia dawała Kingowi ogromne pole do popisu. Same opisy życia na wyspie, rysy psychologiczne wielu jej mieszkańców i oczywiście nieubłaganego zjawiska atmosferycznego, które odcina ich od reszty świata dodałyby gabarytów tej opowieści. Dzięki czemu miałabym zapewnioną rozrywkę na kilka długich wieczorów. I zapewne nieporównanie silniej bym to przeżywała. Wszystkie emocje targające mną podczas lektury omawianego scenariusza i seansu miniserialu uległyby zwielokrotnieniu, a po przeczytaniu ostatniej stronicy miałabym poczucie porzucania ludzi (tak, prawdziwych ludzi), których doskonale znam. Może nawet lepiej niż swoich najbliższych. Innymi słowy mam nieodparte wrażenie, że można było wycisnąć z tego więcej, że gdyby ta koncepcja przerodziła się w powieść mocno zyskałaby na wartości. Długo zastanawiałam się więc, jaką ocenę powinnam wystawić tej publikacji, bo z jednej strony miałam wprost znakomitą opowieść, w którą na dodatek bez trudu udało mi się wsiąknąć (acz nie w aż takim stopniu, w jakim bym chciała), ale równocześnie miałam pełną świadomość tego, że potencjał nie został do końca wykorzystany, że King mógł dać mi dużo więcej.

Mam słabość do takich historii. Do opowieści grozy rozgrywających się w małych społecznościach, tym lepiej gdy kompletnie odciętych od reszty świata. Little Tall, wyspa doskonale znana odbiorcom „Dolores Claiborne” staje się areną osobliwych wydarzeń wraz z przybyciem tajemniczego mężczyzny przedstawiającego się jako Andre Linoge. Wyspiarze nie mają czasu na przedsięwzięcie odpowiednich środków, na przetransportowanie mordercy na ląd, bo z powodu śnieżycy tracą wszelką łączność z lądem. Na liczącej sobie około czterystu mieszkańców wyspie w trakcie sztormu przebywa w tej chwili mniej więcej dwieście osób, reszta zdecydowała się bowiem przeczekać te trudne dni na lądzie. Wśród nich znajduje się konstabl Mike Anderson, który szybko wysunie się na pierwszy plan. Mężczyzna ma żonę i czteroletniego syna, którzy również znajdują się obecnie na wyspie i tak jak pozostali bohaterowie scenariusza znajdują schronienie w ratuszu, gdy zaczyna się potężna śnieżyca. Ale to nie ona stanowi największe zagrożenie dla zahartowanych wyspiarzy, to nie ona zdejmuje ich największym lękiem, a przynajmniej nie wtedy, gdy dla każdego dorosłego osobnika znajdującego się na Little Tall staje się jasne, do czego zdolny jest człowiek, który nieproszony zawitał w tych stronach. Kim jest Linoge? I co równie ważne, czego żąda od zaszczutych wyspiarzy? Obiecuje, że jeśli dostanie to, po co przybył opuści to miejsce, ale zanim przedstawi komukolwiek swoje życzenie udowodni, że dysponuje mocami, które nikomu nie pozwolą czuć się bezpiecznie. Klasyczny wybieg. Najpierw agresor daje pokaz siły, między innymi pozbawia życia (nawet na odległość) niektórych wyspiarzy, zamienia wybrane osoby w istne marionetki, jednostki całkowicie podległe jego woli, wszystkim pełnoletnim osobom uwięzionym na wyspie daje odczuć, że jest niezwyciężony, po to aby sami zapragnęli dać mu wszystko, czego zażąda. Zastrasza ich, męczy wizjami katastrofy, jaką na nich sprowadzi, jeśli nie dadzą mu tego, czego chce. Podpiera te groźby licznymi manifestacjami swoich niezwykłych mocy, dzięki nim zyskują one na wiarygodności, ale to wcale nie oddala od czytelnika wszelkich wątpliwości. Czy Linoge istotnie wprowadzi w życie swoje groźby, czy raczej to właśnie sprzeciw jest jedynym wyjściem z tej arcytrudnej sytuacji? Chwila próby w końcu nastąpi, ale już długo przed tym jakże mocnym uderzeniem odbiorca będzie wiedział, jaką ścieżkę wybiorą ludzie zniewoleni przez śnieżycę i Andre Linoge'a. Stephen King zdradza dość, żeby z czasem czytelnik mógł wyzbyć się wszelkich wątpliwości co do prawdziwej natury antagonisty, powoli rozwiewa aurę tajemnicy, która wcześniej tak szczelnie do niego przylegała. A interpretacja Kinga, jego podejście do pewnego znanego motywu, świeżość jaką tchnie w niniejszy wątek dzięki dodaniu swoich własnych, jakże atrakcyjnych pomysłów i dzięki całkiem złowieszczej (jak na scenariusz) otoczce, klaustrofobicznej atmosferze, z której wyraźnie i to w dodatku nieustannie przebija element zagrożenia pewnie dosłownie zelektryzują niejednego wielbiciela nastrojowego horroru, dając mu przy tym poczucie spotkania z czymś przynajmniej mniej skostniałym, jeśli już nie dziewiczym. W „Sztormie stulecia” King sprowadzi na bohaterów (i złudnie na nas) takie zagrożenie, od którego wydaje się, że nie ma ucieczki. Takie, z którym prędzej czy później trzeba będzie się zmierzyć, stanąć z nim oko w oko i... podjąć decyzję. Walczyć, czy po prostu się poddać? Jaki wybór jest tym właściwym? I czy któryś z nich w ogóle można takowym nazwać?

„Sztorm stulecia” nie jest lekturą dla każdego wyjadacza literatury grozy. Niestandardowa forma tej publikacji nie pozwala mi z czystym sumieniem rekomendować tej opowieści każdemu wielbicielowi książkowych horrorów. Jednocześnie jednak mam przeczucie, że nawet wśród tych, którzy nie przywykli do czytania scenariuszy znajdą się osoby, którym uda się zsynchronizować z taką narracją. Bo duch takiego Stephena Kinga, jakiego znają z innych jego publikacji, z powieści, opowiadań, minipowieści, nowel, wyraźnie przebija nawet z tej uboższej w słowach historii. Fenomenalnej historii, co warto zaznaczyć.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na książkę.
Plusy:

+ fabuła
+ przedstawienie antybohatera Andre Linoge'a
+ świeże spojrzenie na pewien znany motyw
+ miejsce akcji
+ mocna kulminacja
+ umiejętność zaangażowania czytelnika w snutą opowieść pomimo niewdzięcznej (z punktu widzenia osób obcujących głównie z prozą) formy
+ stworzenie dobrego, jak na scenariusz, klimatu

Minusy:

- wrażenie niedosytu, przekonanie, że gdyby Stephen King przedstawił „Sztorm stulecia” w formie powieściowej moje wrażenia byłyby nieporównanie silniejsze, że wybranie tej bardziej preferowanej przeze mnie narracji podniosłoby wartość tej publikacji


Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -