Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE

IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE

A Jednak Żyje 3: Wyspa Żyjących

ocena:5
Rok prod.:1987
Reżyser:Larry Cohen
Kraj prod.:USA
Obsada:Michael Moriarty, Karen Black
Autor recenzji:BartX
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:5
Głosów:3
Inne oceny redakcji:

Kiedy ludzie z Warner Home Video poprosili Larry Cohena o nakręcenie drugiej części “Miasteczka Salem” reżyser zgodził się bez problemu. A potem zaproponował im żeby z tą samą ekipą nakręcić jeszcze jeden film, co znacznie obniży koszty produkcji. „Może by tak kolejną część ‘A jednak żyje?’” - spytał Warner. Cohen nie miał nic przeciwko. Tym bardziej, że nigdy jeszcze nie miał tak wysokiego budżetu na film z tej serii – pomimo tego, że trzecia część miała trafić bezpośrednio na półki wypożyczalni wideo wytwórnia najwyraźniej węża w kieszeni nie miała.

Zalane deszczem ulice Manhattanu, samotna taksówka w opuszczonym zaułku. Taksówkarz przeklina, że nie powinien był zabierać kobiety w ciąży. Ta, z niemiłosiernym krzykiem, zaczyna rodzić na tylnym siedzeniu. Noworodek natychmiast po przyjściu na świat zagryza i matkę i mężczyznę, który chciał pomóc krzyczącej kobiecie, i nieszczęsnego taksówkarza. Wniosek: dzieci-potwory wciąż się rodzą i wcale nie są przyjaźniejsze dla otoczenia niż kiedyś. Następna scena odbywa się w sądzie: Stephen Jarvis (świetny Michael Moriarty) musi udowodnić, że jego dziecko nie jest bezdusznym mordercą ale po prostu istotą atakującą kiedy się czegoś boi. Aby tego dokonać musi zebrać się na odwagę, podejść do wniesionej na salę klatki i zidentyfikować uwięzionego w niej potworka jako swojego potomka. Kiedy Jarvis za bardzo wczuwa się w nową rolę i wyciąga do zębatego dziecka dłoń, w sądzie rozpętuje się panika, dziecko traci nerwy, bez trudu rozrywa kraty swojego mini-więzienia i skacze ku sędziemu. Ojciec, wykrzesując z siebie biblijne wprost umiejętności krasomówcze, przekonuje małego żeby pozostawił pana sędziego przy życiu. Może i się spocił, poczerwieniał na twarzy a w oczach błysnęły mu przypadkowe łzy – ale dokonał swego. Dziecko postanawia nie zagryzać sędziego i grzecznie wraca do klatki z powyłamywanymi kratami. Dzięki temu cała sprawa kończy się jedynie zesłaniem zmutowanych dzieci na bezludną wyspą (alternatywnym rozwiązaniem byłoby ich zabicie). Jarvis, choć dał w sądzie prawdziwy popis, wcale nie jest jednak zadowolonym człowiekiem: dotąd pracował jako aktor występujący w reklamówkach, a po tym jak wszyscy zaczęli kojarzyć go ze sprawą małych mutantów żadna firma nie chce aby były z nim też kojarzone ich produkty. Do tego odeszła od niego żona – także bojąc się napiętnowania skandalem. Kiedy do tego wszystkiego mężczyzna dostaje pracę w sklepie obuwniczym dla dzieci i musi regularnie użerać się z kilkuletnimi klientami, zaczyna zbliżać się niebezpiecznie blisko do krawędzi załamania psychicznego. Aby otrząsnąć się z tych codziennych koszmarów Jarvis nie mówi "nie" kiedy policja prosi go o wzięcie udziału w wyprawie na wyspę, gdzie pięć lat temu przetransportowano mordercze dzieci.

Larry Cohen od razu postanowił, że trzecia część serii będzie się zdecydowanie różniła od dwóch poprzednich filmów: tym razem nie miał to być ponury dramat a czarna komedia. Zmianę tonu widać niemal od razu: dekoracje i zdjęcia cieszą teraz oko jasnymi i optymistycznymi kolorami, podczas gdy części poprzednie tonęły w odcieniach sepii, sprawiały wrażenie uroczo wyblakłych. Także kreacja Moriarty’ego zdecydowanie różni się od tych, które wcześniej stworzyli John P. Ryan i Frederick Forrest; jego przemówienie w sądzie jest może jeszcze nawiązaniem do dramatycznych ról poprzedników, ale aktor tworzy zupełnie innego bohatera kiedy przychodzi mu grać w scenach, gdzie pojawiają się pierwsze oznaki szaleństwa. Wyśmienitym dowodem na to - zaświadczającym jednocześnie o wybitnych umiejętnościach aktora - jest scena na łodzi płynącej w kierunku wyspy: podczas gdy wszyscy pozostali bohaterowie prowadzą mniej lub bardziej sensowne rozmowy Jarvis, z burzą włosów groteskowo poszarpanych przez wiatr, zaczyna śpiewać jakąś żeglarską pieśń i kompletnie nie zwraca uwagi na to, co dzieje się wokół niego. Scena ta jest całkowicie zaimprowizowana przez Moriarty’ego, o czym świadczy też reakcja siedzącego obok Jamesa Dicksona, który początkowo nie potrafi powstrzymać się od śmiechu a potem, żeby nie zaprzepaścić sceny, przyłącza się do śpiewania. Takie momenty sprawiają, że "Wyspę żyjących" ogląda się z prawdziwą przyjemnością – choć na pewno nie jest to film pozbawiony wad. A geniusz Moriarty’ego widać tu jeszcze nie raz: świetna jest wcześniejsza scena w sklepie z butami, kiedy jego bohater próbuje zachować spokój choć widać, że w jego oczach gotuje się nienawiść do małych, wybrednych klientów; bardzo zabawne są próby podrywu koleżanki, z którą Jarvis ląduje na wyspie - choć niewątpliwie czuć tu też sporą gorycz: "Widziałaś przecież moje dziecko..." - próbuje zareklamować przed nią swoją osobę - "...a zapewniam cię, że to zaledwie cień zwierzęcia, które we mnie tkwi!"

Co więc się tu nie udało? Przede wszystkim – jest to sequel niekonsekwentny. Scena w sądzie pokazuje nadnaturalną siłę małych mutantów, podczas gdy w poprzednich częściach siedziały one przecież grzecznie w swoich klatkach i dopiero po wypuszczeniu ich stamtąd rozpętywało się piekło. Wcześniejsze rozwiązanie wydawało się lepsze, bo pozwalało nam traktować tych morderczych bohaterów również jako istoty bezbronne – przynajmniej w niektórych sytuacjach. Założenia części trzeciej, jeśli byłyby konsekwentnie wykorzystywane przez fabułę filmu, powinny sprawić, że potworki już na samym początku rozrywają wszystkie łańcuchy, wyłamują wszystkie kraty, przebijają się przez wszystkie drzwi i zaczynają zagryzać każdego kto ich zdenerwuje. Wyszedłby z tego film dużo krwawszy, owszem, ale na pewno nie byłoby to coś, z czego mógłby być zadowolony sam reżyser – pamiętajmy, że Cohen był zawsze przeciwny pójściu na łatwiznę i stworzeniu czegoś, co byłoby tylko krwawym widowiskiem. Tę samą ambicję widać w "Wyspie żyjących" – bo fabuła wcale nie jest tu tak prosta jak w standardowych horrorach – ale reżyser daje się też uwieść efekciarstwu pojedynczych scen, zapominając o spójności filmu. To zresztą błąd, który popełniał już w poprzednich częściach serii, nigdy jednak na aż tak wielką skalę. Tym razem, ironicznie, w paradę weszły mu pieniądze od Warnera: skoro wreszcie mógł sobie dzięki nim pozwolić na animację poklatkową, to chciał maksymalnie wykorzystać ten efekt i stąd właśnie wzięło się całe to wyłamywanie krat. W poprzednich filmach cyklu monstra musiały chować się w cieniu, bo albo były niedoskonałymi technicznie lalkami albo ich rolę odgrywał pies, i naprawdę wyszło to tamtym filmom na dobre (a szczególnie pierwszemu, gdzie odnosiliśmy wrażenie, że potworka było widać zaledwie przez ułamki sekund). Tu, nie dość, że mamy tę nieszczęsną animację, to do odtworzenia mutantów w wieku pięciu lat Cohen postanowił zatrudnić ludzi, przebierając ich w kostiumy, które nie mają w sobie nic z uroku dzieł Ricka Bakera, który pomagał w realizacji pierwszego i drugiego filmu.

Całe szczęście, że nie zawodzi Cohen-scenarzysta. Jeśli wybaczymy mu krytykowany już brak konsekwencji, to trzeba docenić fakt, że "Wyspa żyjących" nie jest jednym z tych horrorów, których wartość oblicza się sumując brutalne sceny i mnożąc wszystko przez współczynnik głupkowatości bohaterów. Tu mamy jednak do czynienia z grupą przekonujących bohaterów, którzy zyskują jeszcze na wartości poprzez świetną grę odtwarzających ich aktorów. Żeby nie wracać już do Moriarty’ego, który chyba i tak dość często był tu chwalony, proponuję zwrócić uwagę na scenę kłótni eks-żony Jarvisa z próbującym zaciągnąć ją do łóżka mężczyzną: w przeciętnym horrorze albo zostałaby ona zdecydowanie skrócona, albo w ogóle wycięta, a już na pewno nie opierałaby się na tak wspaniałej improwizacji, a tu widać przecież wyraźnie, że aktorzy na bieżąco wymyślają te wszystkie przekleństwa. I za to należy z kolei cenić Cohena-reżysera – jego dzieła nigdy nie są sztywne, sztampowe, pozbawione energii.

Zawsze też bardziej niż ilość trupów interesuje nas w filmach Cohena jak skończy się cała ta historia. Tak jest też w "Wyspie żyjących" - fabuła nieustannie ewoluuje i sprawia, że jesteśmy ciekawi w jakim miejscy się urwie. Porównując jednak ten film z dwoma poprzednimi częściami musimy stwierdzić, że także puenta jest tutaj bledsza a metaforyczność filmu (pionierskie wówczas odniesienia do zagrożenia AIDS) gubi się w gąszczu ponurych żartów i nieudanych efektów specjalnych.

Screeny

HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE HO, IT’S ALIVE III: ISLAND OF THE ALIVE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ aktorzy (zwłaszcza Michael Moriarty)
+ nieprzewidywalna fabuła
+ zdecydowanie nie jest to powtórka czegoś, co już znamy

Minusy:

- brak konsekwencji w prowadzeniu fabuły
- efekty specjalne i charakteryzacja potworów

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -