Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DARK WATER

DARK WATER

Dark Water - Fatum

ocena:3
Rok prod.:2005
Reżyser:Walter Salles
Kraj prod.:USA
Obsada:Jennifer Connelly, Ariel Gade, Tim Roth
Autor recenzji:Kamiko
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:3.28
Głosów:32
Inne oceny redakcji:
Sabbath - 5
Skaraś - 9
Skaraś - 9
Skaraś - 9

Japoński poeta Kenkō napisał kiedyś, że człowiek dobrze wychowany nigdy nie zapomina się w zabawie i zachowuje powściągliwość w okazywaniu wzruszeń. Prostakom zaś powściągliwość jest zupełnie nieznana. Są barbarzyńscy w swoim zadufaniu, gdy zamiast podziwiać kwitnące wiśnie z daleka i kontemplować je w milczeniu, oni wybałuszają oczy, rubasznie potańcują, a na koniec łamią gałęzie nieszczęsnego drzewa i obnoszą się z nimi z dumą. Jakoś ostatnimi czasy słowa Kenkō zawsze przychodzą mi na myśl, ilekroć słyszę, że Amerykanie znów mają zamiar prawie że ubliżyć jakiemuś dobremu japońskiemu filmowi, robiąc swój bezwstydny, pusty i zupełnie nikomu niepotrzebny remake, taki na przykład jak "Dark Water - Fatum".

Dahlia Williams miała trudne dzieciństwo, co zaowocować musiało problemami emocjonalnymi. Dorosłe życie również nie jest usłane różami: Dahlia rozwodzi się i toczy z mężem bój o ukochaną córeczkę, Ceci. Poszukując taniego lokum, znajduje wreszcie obskurne, ciemne mieszkanie w równie ciemnym, przygnębiającym budynku, gdzieś na Wyspie Roosevelta, nie podejrzewając nawet jak wiele będzie ją kosztować ta decyzja. Na suficie mieszkania powiększa się obrzydliwy zaciek, kapiąca zewsząd woda zdaje się otaczać Dahlię coraz ściślejszym kręgiem, niby zaciskający się stryczek, zaś mała Ceci zaczyna porozumiewać się z duchem dziewczynki imieniem Natasha, która podobno mieszkała kiedyś w tym samym budynku.

"Dark Water -Fatum" powstał w oparciu zarówno o książkę Koji Suzukiego ("Honogurai mizu no soko kara") jak i jej ekranizację wyreżyserowaną przez Hideo Nakatę i jest kolejnym przykładem amerykańskiej tandety, gdzie wielkość budżetu stanowi najwyższą wartość, wobec której nic innego się nie liczy.

Urzekająca w japońskim oryginale była jego ascetyczność, tak w użyciu efektów specjalnych jak i w ogólnym przedstawieniu historii, delikatnym i nie natrętnym zarysowaniu postaci i wątków, gdzie pozostawiono widzów w roli obserwatorów ślizgających się łagodnie po powierzchni wody, tak by nie zmącić jej tafli - ukazywano nam zarysy, kontury sedna rzeczy, ale nie robiono tego nachalnie, jak mają w zwyczaju amerykańscy filmowcy. Zresztą można tu chyba wytyczyć przepastną granicę między filmoteką japońską i amerykańską - ktokolwiek zacznie się zagłębiać w japońską literaturę i sztukę szybko spostrzeże, że w japońskiej mentalności sygnalizowanie czegoś jest ważniejsze od samego przedmiotu, na który się wskazuje. Na przykład przywodzenie na myśl jakiegoś obrazu poprzez stosowanie łagodnych skojarzeń jest samo w sobie istotniejsze niż po prostu przedstawienie nam tego obrazu; tworzenie zarysów, które pobudzają wyobraźnię jest piękniejsze i szlachetniejsze niż ukazanie czegoś w całej okazałości. Podobnie to, co pozostaje w cieniu urzeka bardziej niż to, co opromienia słońce, a niedokończona kolekcja ma w sobie coś wspanialszego niż najlepszy, kompletny zbiór. Amerykanie zaś uprawiają ohydną łopatologię. W ich przypadku nawet ukazanie tego sedna, tego obrazu, który w japońskim filmie ujawniał się tylko jako mglisty zarys, nie jest wystarczające. Oni muszą ten obraz wyolbrzymić, przejaskrawić, pokazać, co są w stanie zrobić ze swoimi workami pełnymi dolarów, stawiając na rażące w oczy efekciarstwo, w którym osiągają nieraz granice samego wulgaryzmu. Japończycy mieli wodę? To my będziemy mieć tyle wody, że zatopiłoby tę ich Japonię! Ot, co!

Nie tylko bezwstydne efekty są tu problemem, nie tylko ilością i rozmiarem przytłaczają, niszcząc w ten sposób intrygującą historię stworzoną przez Suzukiego. Chodzi tu także o podejście do spraw czysto duchowych i psychologicznych, wobec których Japończycy generalnie przejawiają szacunek i których starają się dotykać delikatnie, a które dla Amerykanów nie istnieją, jeśli nie da się ich przetworzyć w efektywny kicz ku uciesze pozbawionej głębszej wrażliwości, prostackiej gawiedzi.

Historia w "Dark Water Fatum" również została przejaskrawiona, przerysowana, a to, co Japończycy z całym wdziękiem przemilczeli lub tylko sygnalizowali, tutaj zostało brutalnie wydarte na sam wierzch i podobnie jak cała reszta przekształcone w łatwo przyswajalny kicz, który równie szybko się połyka co i wydala. To jak przedstawiono historię Natashy, ta jawna bezczelność, namacalna fizyczność małej zjawy, wbrew intencjom reżysera, nie budzi nawet najmniejszego dreszczyku strachu, a raczej znużenie i agresję - no bo ile można znieść lejącej się wody, gdy reżyser dosłownie zdaje się krzyczeć do nas zza kadru: "O, to jest ten moment! Bój się! Drżyj! Właśnie to cię miało przestraszyć! Właśnie to!", jakby w (słusznym poniekąd) strachu, że zaraz widz odwróci się od ekranu i zajmie czym innym.

No dobrze, skoro z historią obeszli się tak wulgarnie, to może chociaż wulgarnie i nachalnie postraszą - może zaraz wyskoczy coś zza kadru, może jakieś bezczelne, prostackie uderzenie dźwiękiem poderwie mnie w fotelu? No dajcie spokój! W końcu to horror! Ale i tu rozczarowanie na całej linii. Nawet przebłysku napięcia, nawet odrobiny niepokoju! Tylko woda, woda i woda. Ocean nudy.

Cóż, kolejna amerykańska papka dla nienasyconej amerykańskiej widowni. Można to obejrzeć, owszem, czasem nawet taki kicz jest lepszy niż ogarniająca umysł nuda. Zwłaszcza, że od strony technicznej film jest całkiem sprawnie zrealizowany. Oświetlenie i praca kamery podobają mi się bardziej niż w "The Ring" i "The Grudge". Ale cóż z tego, gdy reszta poraża nas niczym niezmącona nudą w obrazie, który miał być horrorem, a zatem który miał budzić strach, a który na tym polu sprawuje się gorzej niż kilkuletnie dziecko wyskakujące z krzaków z okrzykiem: "Bu!".

Na okładce amerykańskiego wydania DVD dystrybutor zamieścił cytat pewnego krytyka: "Nawet Hitchcock nie zrobiłby tego lepiej". Biedny pan Hitchcock, nie powinno się ubliżać zmarłym.

Może kiedyś zdarzy się cud i Amerykanie pojmą, że większy budżet nie oznacza lepszej produkcji. Prędzej chyba jednak świnie nauczą się latać. Powściągliwość, oto czego im brak. Nawiązując do początki tej recenzji, wolę podziwiać wiśnie z daleka, niż kaleczyć nieszczęsne drzewo i garściami rwać kwitnące kwiaty.
Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ technicznie bez zarzutu

Minusy:

- bezczelne, nachalne efekciarstwo kosztem nastroju i samej historii
- nuda
- absolutnie nie straszy
- w tej zamerykanizowanej wersji opowieści nawet woda została zepsuta - zamiast przerażać, drażni
- kolejny amerykański remake, kolejna nikomu niepotrzebna produkcja

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -