Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LIGHTHOUSE

LIGHTHOUSE

Latarnia morska

ocena:2
Rok prod.:2000
Reżyser:Simon Hunter
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:James Purefoy, Rachel Shelley, Christopher Adamson
Autor recenzji:mihaugal
Ocena autora:2
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Osamotniona latarnia morska, ciemna noc, targane falami morze i maniakalny morderca, czyhający na rozbitków – przyznacie chyba sami, że zapowiada się na całkiem ciekawy horror. Nic bardziej mylącego, bo za obiecującą zapowiedzią kryje się bardzo kiepska produkcja.

Statek transportujący więźniów rozbija się o brzeg wysepki, na której znajduje się tytułowa latarnia morska. Grupka ludzi ratuje się z katastrofy i znajduje schronienie w murach latarni. Szczęśliwe wybawienie dość szybko okazuje się śmiertelną pułapką, bo razem z bohaterami kraksę transportowego statku przeżył także psychopatyczny morderca – Leo Rooks, który natychmiast zabiera się do eksterminacji ocalałych.
Tak w skrócie wygląda fabuła filmu. Zapewne domyślacie się, że akcję wypełniają zmagania rozbitków z psychopatą, ucieczki, próby podjęcia z nim walki, a w finale… to co zazwyczaj dostajemy w finale podobnych historii.
Po nawet obiecującym początku otrzymujemy niestety mniej niż przeciętny film. Akcja opiera się na jednym jedynym pomyśle, który został nadmuchany do formatu pełnometrażowego obrazu. O podobnych konstrukcjach, w odniesieniu do fabuły zwykło się mawiać „proste jak drut”. Wszystko idzie jak po nitce. Bez zbędnych dygresji, bez zawracania sobie głowy wątkami drugoplanowymi, a w rezultacie całkowicie bez polotu. Producent nęci widzów reklamą, że film utrzymany jest w klimacie historii o Hannibalu Lecterze. W rzeczywistości jedynym szczegółem, który od biedy mógłby połączyć te produkcje, jest fakt obecności maniakalnego mordercy. Nic więcej. I o ile Hannibal-Kanibal był postacią pełną ekspresji, wyrazistości, z bogatą osobowością, fantazją i złożoną psychiką, to w „Latarni morskiej” dostajemy jego marne ksero – Leo Rooksa, który porusza się krokiem Jasona Voorhees`a i podobnie jak on morduje maczetą (zagadka za sto punktów: skąd rozbitek wziął na kamienistej plaży maczetę?). Samo imię tego psychopaty wystarcza, by wzbudzić w rozbitkach paniczny strach. Nie wiemy kim jest i dlaczego morduje, ale wiemy, że to prawdziwa bestia. Potwierdza to fizjonomia bezwzględnego faszysty i milcząca determinacja, z jaką szlachtuje kolejne ofiary. Milcząca, bo Rooks nie wypowiada w filmie ani jednej kwestii.
Razem z więźniami i eskortującymi ich strażnikami z katastrofy ratuje się lekarka - psychiatra doglądający Rooksa i badający jego maniakalne usposobienie. Ze wszystkich bohaterów to ona (a nie morderca) zdaje się mieć najbardziej złożoną osobowość, na którą składają się jej wspomnienia i niepokojące sny (sekwencja snu doktor McCloud jest jedną z ciekawszych scen w filmie, niestety trwa tylko niecałą minutę). Dziewczyna znajduje oparcie w jednym ze skazańców, mężczyźnie posądzonym o zamordowanie własnej żony – Richardzie Spaderze. Utartym szlakiem setek innych, podobnych produkcji, to między nimi dochodzi do specyficznego porozumienia, które jednemu każe dbać o drugie, aż do samego finału.
Wykonanie aktorskie wcale nie pomaga filmowi, jeszcze bardziej pogrążając ten słaby obraz. Aktorów odciąża w kwestii winy naprawdę słaby scenariusz, miejscami proponujący zupełnie bezsensowne kwestie bohaterów i banalne sceny w filmie. Jamesa Purefoy`a, odtwarzającego jednego z więźniów, mogliśmy poznać z lepszej strony chociażby w „Resident Evil”, w „Lighthouse” oferuje nam wykonanie dość powiedzieć: oszczędne. Postać Leo Rooksa to już całkowita klapa, chyba, że tak widział ją reżyser i wykonawca: jako jełopa z niedoborem tyroksyny…
Klimat grozy zapewnia gama zabiegów scenograficznych: akcja rozgrywa się w nocy, przy niesprzyjającej, deszczowej pogodzie, na morzu szaleją fale, a bohaterowie lądują na małej, osamotnionej wysepce. Trzeba przyznać, że przynajmniej scenografia nie zawiodła i spełnia swoją rolę co najmniej odpowiednio. Pomóc grozie mogła muzyka, ale kompozytor postanowił ograniczyć się do ciągłego maglowania głównego motywu, który po trzydziestu minutach zaczyna irytować i męczyć.
Całość nie skutkuje dobrym odbiorem u widza. Film jest nudny, a przecież fabuła wymagałaby dynamicznej, pełnej napięcia akcji. Scenariusz posługuje się schematem, od początku, do końca, nie siląc się na jakiekolwiek oryginalne rozwiązania i trwając w trywialności i banale. Ani nie szokuje, ani nie zaskakuje.
Film opatrzony został nijakim i głupim zakończeniem. Cóż – finał godny całego przedsięwzięcia.

„Lighthouse” jest pełnometrażowym debiutem Simona Huntera. W tym roku na ekranach kin ma pojawić się jego kolejny film p.t.: „The Mutant Chronicles”, opowiadający o walkach ludzi z armią podziemnych NekroMutantów (udział w filmie wzięli m. In. Ron Perlman, John Malkovitch, Sean Pertwee). Wystarczy mieć nadzieję, że „Lighthouse” był nieudanym pierwszym krokiem reżysera i w następnych filmach będzie już tylko lepiej, czego reżyserowi, wszystkim widzom i sobie samemu życzę. Amen.

Screeny

HO, LIGHTHOUSE HO, LIGHTHOUSE HO, LIGHTHOUSE HO, LIGHTHOUSE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ anturaż akcji
+ naprawdę ciężko jakieś znaleźć coś więcej… może króciutki motyw snu bohaterki

Minusy:

- wszystko po kolei, od scenariusza po aktorstwo
- nudny, schematyczny, nijaki

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -