Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:30 DAYS OF NIGHT

30 DAYS OF NIGHT

30 Dni Nocy

ocena:6
Rok prod.:2007
Reżyser:David Slade
Kraj prod.:USA
Obsada:Josh Hartnett, Melissa George, Danny Huston, Ben Foster, Mark Boone Jr,
Autor recenzji:mihaugal
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:6.66
Głosów:29
Inne oceny redakcji:
Adach - 7
Skaraś - 8
M@rio - 8

Niemal każdemu znane są sposoby na walkę z wampirami. Po pierwsze – czosnek i to najlepiej w dużych ilościach. Po drugie – woda święcona, także w dużych ilościach. Po trzecie – osinowy kołek, który posłuży początkującemu pogromcy wampirów jako oręż. Po czwarte – i tu natura sama zadbała o najsilniejszą broń przeciw krwiopijcom – światło słoneczne. Lecz co mają począć ci, którzy na promienie słońca muszą czekać aż trzydzieści dni?

W miejscowości Barrow na Alasce właśnie zaczyna się trzydziestodniowa noc polarna. Tym razem nie będzie jednak taka, jak wcześniejsze. Tym razem nie można nawet powiedzieć, że na długo pozostanie w pamięci mieszkańców miasteczka, bo niewielu z nich doczeka upragnionego świtu. W Barrow pojawia się bowiem horda krwiożerczych i wygłodniałych wampirów. Potwory zaraz po zajściu ostatnich promieni słońca przystępują do krwawej uczty, na której głównym daniem są oczywiście mieszkańcy miasteczka. Szeryf Eben Oleson (Josh Hartnett) wraz z grupką przyjaciół próbują stawić czoło wampirom i przetrwać kolejne dni, dzielące ich od zakończenia przepełnionej grozą nocy polarnej.

Tak naprawdę poza powyższym streszczeniem akcji w filmie nie dzieje się nic więcej. Cała fabuła podporządkowana jest zmaganiom grupki mieszkańców Barrow z wampirami (w zasadzie przez większość czasu zmagania te polegają na ucieczce i zabawie w chowanego). Potwory ucztują i sieją wokół siebie grozę i śmierć, a garstka ludzi próbuje uniknąć losu tych, którzy dostali się w szpony i kły krwiopijców. Nie ma czosnku, nie ma święconej wody, nie ma osinowych kołków... i nie ma dziennego światła.
Film jest adaptacją komiksu Steva Nilesa i Bena Templesmitha. Czy trzeba być miłośnikiem komiksu by docenić i właściwie ocenić film? Co więcej – czy trzeba znać komiks, na podstawie którego nakręcono obraz? Osobiście ufam, że nie. W końcu komiks i film nie zostały przeznaczone do „użytku” jedynie w zestawie. Co więcej – twórcy filmu musieliby być szaleńcami, by nakręcić film jedynie dla miłośników komiksu i tym samym okroić potencjalną widownię wyłącznie do fanów pisma obrazkowego.

Zekranizowanie komiksu jako takiego to moim zdaniem spore nieporozumienie. Albo jest dowodem na brak pomysłów u reżysera na oryginalną fabułę, albo wyrazem jego uznania dla ulubionego komiksu, hołdem dla pisma obrazkowego. W obu przypadkach nie jest to zadowalające. W pierwszym – bo mamy do czynienia z odtwarzaniem, a przecież kino powinno kreować. W drugim zaś – o ile hołdy godne są pochwały jako wyrazy uznania, należy jeszcze mieć na względzie to czemu się hołduje...

Oczywiście równie dobrze ekranizacja komiksu „30 Days of Night” może być chęcią sprawdzenia się reżysera i pragnienia stworzenia w miarę uniwersalnej wersji opowieści, nie tylko dla miłośników komiksu (opcję najbardziej pesymistyczną – tzn. film jako efekt kalkulacji marketingowej i bezduszny produkt służący jedynie jako źródło dochodu – zbywam milczeniem). Niestety film Davida Slade`a nie zdołał mnie przekonać do sięgnięcia po swój „literacki” pierwowzór.

Wróćmy jednak do samego filmu. Lokalizacja wydaje się być trafnie dobrana – osamotnione miasteczko, zimowa zawierucha i tytułowy miesiąc ciemności powinny poskutkować wybornym klimatem w filmie. I rzeczywiście w przypadku „30 Days of Night” można powiedzieć o całkiem udanej atmosferze, odrobinę przypominającej odizolowanie od reszty świata w „The Thing” z 1982 roku (w obu filmach panują dość podobne „okoliczności przyrody” – w jednym była to odosobniona stacja badawcza na Antarktydzie, w drugim mieścina na Alasce – w obydwu przypadkach mamy do czynienia z miejscami, w których diabeł mówi dobranoc), choć oczywiście do obrazu Carpenthera brakuje filmowi Slade`a jeszcze bardzo dużo.

Choć na pozór wydaje się, że mamy do czynienia z całkiem zgrabnym kinem - coś jednak jest w nim nie do końca udane. Akcja w wielu momentach zaczyna być niebezpiecznie nudna, jakby nie potrafiła zaangażować widza w wir wydarzeń. Zabrakło chyba pomysłu na nastrojowe wypełnienie całego metrażu. Kilka scen sprawia wrażenie doszytych dość grubymi nićmi do całości, a główną odpowiedzialność za atrakcyjność obrazu biorą na siebie sceny rąbania siekierą i ataków wampirów – bo pozostałe są po prostu mdłe. Bohaterowie dobrani są niemal według schematu: mamy postać pozytywną – szeryfa, który zrobi wszystko, by ratować miasteczko i swoją ukochaną, mamy twardziela – który zrobi piękną rozpierduchę i bohatersko zginie w odpowiednim momencie, mamy niewiastę, która stanowi impuls dla zmagań bohatera z przeciwnościami, mamy przyjaciela szeryfa, który pobłądził i w decydującym momencie próbuje odkupić swoje winy. Wszystko to jest nam niestety znane (i nie mam na myśli wyłącznie tych osób, które znają historię Barrow z komiksu). Ograne i schematyczne.

Naprawdę udane okazały się postacie wampirów – choć trzeba wyraźnie zaznaczyć, że chodzi tu najbardziej o ich wygląd. O ile powierzchowność jest oryginalna i ciekawa – to w scenach ataku zbyt przypominają zombie-sprinterów znanych choćby z „Dawn of Dead” Snydera, czy zarażonych mieszkańców Londynu z „28 Days Later” Boyle`a. Główny wampir buduje swoją charyzmę bazując na wygłaszaniu natchnionych quasi-filozoficznych sentencji mających na celu podsumowanie naiwności i głupoty ludzi, i ogłoszenie nadejścia czasów wampirów. Za to zdecydowanie na plus trzeba zaliczyć ciekawy w brzmieniu język, jakim posługują się pijawki.

Rozczarowuje aktorstwo, szczególnie rola szeryfa miasteczka. Hartnett wygląda jak drewniany kołek, diametralny spadek formy, chociażby w porównaniu do „Black Hawk Down” Ridleya Scotta. Do tego widać, że najwyraźniej mróz mu nie służy, pomimo zapewnień padających z ekranu („znamy zimno, życie w trudnych warunkach to nasz atut” etc.). Wygląda jak niedobudzony, skacowany zmarźlak. Wcale nie dziwiłby smark zwisający mu do pasa i zęby wybijające rytm kukaraczy.

Rozczarowuje także zakończenie i scena finałowa. Zakończenie wywołuje irytację, tym bardziej, że zostało zagrane z zaangażowaniem i przekonaniem rodem ze szkółki niedzielnej. Pomysł, jak pomysł – miewa się lepsze i gorsze – jednak po trzydziestu dniach desperackiej walki o przetrwanie można spodziewać się czegoś innego niż... to, co zaproponowano w filmie (i komiksie). Scena finałowa być może zrobiłaby odpowiednie wrażenie w obrębie kilku pomysłowo nakreślonych kadrów; w filmie wypada co najmniej pretensjonalnie i tandetnie.

Podsumowując – „30 Days of Night” obiecywało świeży oddech w gatunku wampirycznego horroru. W rezultacie oddech ten okazał się nie na tyle świeży, na ile się tego po nim spodziewano.

Screeny

HO, 30 DAYS OF NIGHT HO, 30 DAYS OF NIGHT HO, 30 DAYS OF NIGHT HO, 30 DAYS OF NIGHT HO, 30 DAYS OF NIGHT HO, 30 DAYS OF NIGHT

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ klimat odosobnionego alaskańskiego miasteczka
+ wampiry

Minusy:

- zakończenie
- irytująca schematyczność zachowań bohaterów
- Josh Hartnett
- nudna, schematyczna akcja

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

DVD:

Zobacz recenzję wydania DVD

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -