Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LOST, THE

LOST, THE

The Lost

ocena:8
Rok prod.:2005
Reżyser:Chris Sivertson
Kraj prod.:USA
Obsada: Marc Senter, Shay Astar , Alex Frost,
Autor recenzji:M@rio
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Proza Jacka Ketchuma jest nie tylko coraz bardziej rozpoznawalna, ale również coraz częściej sięgają po nią filmowcy. W końcu zekranizowano już „The Lost” oraz „The Girl Next Door”, a „Red” jest już w drodze. Grzechem zaniedbania byłoby więc pomijanie adaptacji powieści jednego ze współczesnych amerykańskich tytanów grozy. Zatem zapiąć pasy i jedziemy...

Charles Howard 'Smitty' Schmid (1942-1975) z Arizony, za sprawą swoich zbrodni, wpisał się na stałe w poczet amerykańskich seryjnych morderców. Patologiczny kłamca, mający bzika na punkcie swojego wyglądu, Schmid robił wszystko, aby podnieść wartość swojego wizerunku w oczach innych. To wsuwał do butów zgniecione puszki, tak że ledwie chodził, to robił sobie specjalny makijaż. Szalał na punkcie swojej seksualności i atrakcyjności. Schmid przyznał się do czterech morderstw, ale ostatecznie skazano go tylko za trzy. Jego wyrok śmierci został zamieniony na karę pięćdziesięciu lat pozbawienia wolności. Charles Schmid jednak nigdy nie odsiedział tego wyroku, bo w marcu 1975 roku został zamordowany przez dwóch współwięźniów. W sumie zadano mu ponad dwadzieścia ciosów nożem. „The Lost” inspirowany jest historią owego seryjnego mordercy.

Dla Raya (Marc Senter) oraz jego przyjaciół, Tima (Alex Frost) i Jennifer (Shay Astar), życie w małym miasteczku oznacza nieustanną pogoń za narkotykami, zabawą i seksem. Pewnego dnia, Ray postanawia poszukać mocniejszych wrażeń. Zabija dwójkę przypadkowo spotkanych dziewcząt, wciągając w całą zbrodnię swoich przyjaciół. Tym samym, Ray, Tim i Jennifer przekraczają pewną granicę. Dla nich nie ma już odwrotu.

„The Lost” zaczyna się dość niewinnie. Na ekranie widzimy słowa: „Dawno temu, był sobie niejaki Ray Pye, które wypełniał swoje buty zgniecionymi puszkami, żeby wydawać się wyższym”. Towarzyszy temu wesoła i skoczna muzyka, po czym nagle na ekranie pojawia się zupełnie nagie dziewcze. Świadkiem tego zdarzenia jest właśnie Ray Pye, który chcąc pokonać niezręczność sytuacji, pyta dziewczynę o papierosa. Brzmi dość komediowo, nieprawdaż? Jednak ten humorystyczny wstęp niech nikogo nie zwiedzie, bo to niewinne preludium jest tylko zapowiedzią spektaklu prawdziwego obłędu. Gdy padają pierwsze ofiary, posmak komedii znika szybciej niż się pojawił.

Nazwisko Chrisa Sivertsona być może jest zwiastunem swego rodzaju powiewu świeżości na scenie filmowej grozy. Człowiek ten współpracował parę razy z Luckym McKee (McKee jest również producentem „The Lost”), twórcą dość oryginalnego „May”, z którym zresztą współreżyserował mało znaną produkcję „All Cheerleaders Die”. Jak powiedział sam Sivertson w jednym z wywiadów, McKee ma na niego ogromny wpływ, zarówno jako filmowiec oraz jako przyjaciel. Kto wie, czy nie narodzi się z tego jakaś nowa jakość dla świata filmowego horroru. Jakby tego było mało, Chris Sivertson zamierza zekranizować inne dzieła Ketchuma, którego prywatnie jest wielkim fanem.

Tym, co od razu rzuca się w oczy, jest zaskakująca wierność adaptacji w stosunku do powieści Ketchuma. Co prawda Sivertson przenosi akcję w czasy bardziej współczesne (akcja w oryginale literackim miała miejsce pod koniec lat sześćdziesiątych) i nie stawia kropki nad „i” w zakończeniu, jednak oglądając filmową ekranizację, miałem przed oczami sceny niemal żywcem wyjęte z książki. Produkcja ta roi się od scen seksu i przemocy (niekoniecznie fizycznej). Apogeum brutalności przypada na finał tej opowieści. Tu krew leje się niemal strumieniami. Nie ma litości dla nikogo. Cierpią niewinni ludzie, z czego czerpie wręcz sadystyczną przyjemność filmowy socjopata. Zresztą kreacja Marca Sentera, który wcielił się w rolę Raya jest wręcz fenomenalna. Początkowo miałem pewne obawy, jednak Senter rozkręca się dosłownie z minuty na minutę, a scena po zakończonej przez policję imprezie, czy finałowy „rozrachunek” to prawdziwy popis w jego wykonaniu. Jego rozmazany tusz, w połączeniu z prawdziwym obłędem w oczach i nieustającym słowotokiem, robi piorunujące wrażenie. Chris Sivertson, reżyser, powiedział nawet, że dzięki tej roli Senter wyrobił sobie markę jednego z najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. Coś w tym chyba jest, bo Marc Senter dosłownie przygasza pozostałych aktorów. Realizm aż bucha z ekranu! Duża w tym zasługa samego Ketchuma, który w swej powieści stworzył tak wiarygodne pod względem psychologicznym postacie, że chyba lepszego prezentu nie mógł filmowcom podarować. Co ważne, Sivertson, wydaje się nie marnować potencjału głównych bohaterów i całej tej gamy emocji, które wzniecają oni wokół siebie. Jest tu bowiem sporo miejsca na zwykły ludzki dramat i życiowe porażki. W zasadzie większość bohaterów boryka się z jakimiś rozterkami. Ed ma wyrzuty sumienia z powodu swojego związku z o wiele młodszą Sally, Tim odczuwa klasyczny „ból istnienia” z powodu nieodwzajemnionej miłości, natomiast Jennifer czuje, że traktowana jest przedmiotowo przez Raya. Znalazło by się tego pewnie znacznie więcej, jednak faktem jest, że „The Lost” wyzwala całą paletę emocji. Jest tu bowiem zwykły humor, ale jest także smutek, gniew i łzy. Mieszanka iście wybuchowa, która znakomicie udziela się odbiorcy.

„The Lost” jest kolejnym filmem, który porusza problem zła, które czai się nie w wielkich metropoliach, ale na zwykłej amerykańskiej prowincji. Pomysł nie jest nowy, bo wystarczy przywołać takie klasyki jak „The Texas Chainsaw Massacre”, czy „The Hills Have Eyes”.
W „The Lost” nie odnajdziemy elementów nadprzyrodzonych, z którymi nader często utożsamia się gatunek horroru. Produkcja Chrisa Sivertsona jest filmem grozy, w którym potwór przybiera ludzką postać... postać Raya Pye. Wizualnie dzieło Chrisa Sivertsona prezentuje się bez zarzutów. Dodatkowo, przyjemne dla oka zdjęcia i dość oryginalny montaż powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych widzów.

Adaptacja powieści Ketchuma prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Film posiada niemal tą samą moc i siłę przekazu, co książka. Jest to rzecz, która nie zdarza się często. Co prawda niektóre postacie nie są tak wyraziste, jak w oryginale literackim (mowa o Katherine i Timie), jednak wszystko to rekompensuje osoba Marca Sentera jako Raya Pye. „The Lost” to dwie godziny pierwszorzędnej rozrywki i stale rosnącego napięcia, czego kwintesencją jest fantastyczny finał, który naprawdę daje w kość.

Screeny

HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE HO, LOST, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ zdjęcia
+ montaż
+ Marc Senter jako Ray Pye
+ wierna adaptacja powieści

Minusy:

- brak Ketchumowskiego zakończenia

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -