Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:FRANKENSTEIN (1910)

FRANKENSTEIN (1910)

Frankenstein (1910)

ocena:5
Rok prod.:1910
Reżyser:J. Searle Dawley
Kraj prod.:USA
Obsada:Mary Fuller , Charles Ogle , Augustus Phillips ,
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:6.5
Głosów:2
Inne oceny redakcji:

Któż z miłośników, nie tylko kina grozy, nie zna tej charakterystycznej postaci? Zwalisty mężczyzna, powłóczący nogami, o kanciastych rysach twarzy, z ciężko opadającymi powiekami, o wielkim nawisłym czole, z szwami okalającymi ciemię. To oczywiście Monstrum Frankensteina ze swego najsłynniejszego wcielenia - filmu James`a Whale z 1931 r., w niedoścignionej kreacji Borisa Karloffa. Niewielu jednak amatorów filmowej grozy zdaje sobie sprawę, że postać Monstrum stworzona przez Karloffa chronologicznie jest dopiero czwartą w dziejach kina. Przed 1931 r. na ekranach kin potwór pojawił się we: włoskim „Il Mostro di Frankenstein” z 1921 r. z Umberto Guarracino w roli Monstrum, w „Life Without Soul” z 1915 r. (Percy Standing jako Stwór) oraz w pochodzącym z 1910 r., ledwie szesnastominutowym obrazie J. Searle Dawley`a, pt. „Frankenstein” - pierwszej filmowej adaptacji słynnej powieści Mary Shelley.

Student Frankenstein opuszcza uniwersytet, by odkryć sekret ludzkiej natury. Tworzy w wielkim kotle Istotę, która zamiast doskonałej, staje się potworem. Przerażony swym dziełem omdlewa. Gdy odzyskuje przytomność, porzuca stworzenie i udaje się do narzeczonej Elizabeth. Zazdrosne i złe Monstrum podąża za swym stwórcą. W końcu dochodzi do pojedynku między Frankensteinem a potworem, który pokonane, znika w lustrze. Bo w rzeczywistości uosabiało mroczną, złą naturę bohatera.

Obcowanie z filmem sprzed prawie wieku sprawia dość niezwykłe wrażenie. To tak jakby bibliofil natknął się na egipskie papirusy, archeolog na sumeryjską mumię a palentolog na szkielet dinozaura sprzed milionów lat. Obcujemy z czymś, co przez samą długowieczność wzbudza nas szacunek i przyciąga uwagę swą historyczną doniosłością. Trudno zresztą o inną miarę, skoro w przypadku filmu J. Searle Dawley`a wszelkie techniczne porównania z współczesnym kinem nie mają sensu. Bo to tak jakby porównywać dzidę pierwotnego człowieka z samonaprowadzającymi się pociskami klasy Tomahawk. „Frankenstein” z 1910 r. to filmowy zabytek. Jednak mimo podeszłego wieku - jeśli uświadomimy sobie miejsce, w jakim znajdowała się ówczesna sztuka filmowa i poziom filmowej techniki - okazuje się całkiem żwawym staruszkiem.

Zrealizowany przez wytwórnię Thomasa Alvy Edisona był jednym z ostatnich produktów studia a także jednym z ostatnich przykładów „jarmarcznej epoki” kina, kiedy sztuka filmowa utożsamiania była raczej z „ruchomymi obrazkami” i rozrywką dla gawiedzi niż artystyczną wypowiedzią.. „Frankenstein” jest pod tym względem obrazem granicznym. Z jednej strony, zrealizowany w czterech dekoracjach, z udziałem czwórki aktorów mamił widzów atrakcjami meliesowskimi w stylu: wielkim kotłem i tworzącym się w ogniu Monstrum (w tej roli Charles Ogle) oraz samym Monstrum w „szokującej” charakteryzacji z gazy. Z drugiej jednak strony, reżyser i scenarzysta filmu, J. Searle Dawley, pokazuje się jako artysta niepozbawiony ambicji i pomysłowości. Dla wytwórni Edisona nakręcił zresztą ok. 200 jednoszpulowych filmów. m.in., z początkującymi sławami niemego kina - Davidem W. Griffithem, i Edwinem S. Porterem. Spośród tych kilku, kilkunastominutowych obrazów „Frankenstein” oraz „The Charge of the Light Brigade” z 1912 r. uważa się za najciekawsze, dlatego, że Dawley próbował w nich indywidualnego stylu. We „Frankensteinie” poszczególne wydarzenia nakręcone są bowiem z użyciem innego filtra. Sceny w założeniu groźne, czyli narodziny Monstrum i pojedynek utrzymane są w tonacji sepii i ciemnego brązu, sceny radosne - spotkania z narzeczoną, snucia planów stworzenia doskonałej ludzkiej istoty - w jasnych, mocno oświetlonych. W ujęciach przedstawiających rodzącego się z ognia (piekielnego) potwora Dawley prezentuje się nam jako twórca z inwencją. Wykorzystuje taśmę z filmem puszczoną od tyłu, co na ekranie daje efekt, jakby Mostrum nabierało cielesnych kształtów za pomocą sprawczej mocy ognia. Godna zauważenia jest też scena z lustrem, gdy kamera pokazuje wchodzącego do pokoju Monstrum w lustrze oraz siedzącego na fotelu Frankensteina. Dziś nie zdajemy sobie sprawy, co jest w tym takiego niezwykłego, ale w 1910 r. patent na pokazywanie bohaterów bez ustawiania ich bezpośrednio przed statyczną kamerą, w planie ogólnym było znamieniem artystycznego zmysłu reżysera.

Dawley popisał się także jako scenarzysta, choć dokonane przez niego zmiany wynikały zapewne z technicznych ograniczeń oraz wpływów romantycznej literatury z motywem sobowtóra.. Frankenstein, tutaj student o romantycznej duszy wizjonera, przystępuje do eksperymentu (polegającego na wlaniu do kotła rożnych mikstur) z czystymi intencjami, lecz w trakcie powoływania „nowego życia” w jego serce wkrada się pycha i zło, więc ostateczny rezultat jego przełomowego eksperymentu nie może dziwić. Zamiast istoty doskonałej na świat przychodzi małpolud o rozmierzwionych włosach, szponiastych łapach i stopach jak u Yeti. Jego fizyczna brzydota (a masz możliwości ówczesnej sztuki charakteryzatorskiej?) odzwierciedla brzydszą moralnie, mroczną stronę Frankensteina. Po dziś dzień wielu widzów błędnie utożsamia Frankensteina ze swym dziełem. Jak się okazuje, nie bez powodu.

Film Dawleya powstał na trzy lata przed oficjalnymi narodzinami horroru, którym była premiera „Studenta z Pragi” Stellana Rye. Oba filmy łączy motyw złego „sobowtóra”, choć w filmie z 1910 r. podobieństwa miedzy bohaterami są jedynie symboliczne, a także motyw lustra, które jednak we „Frankensteinie” nie pełni roli złowrogiej, a raczej zbawiennej. Czy film Rye korzystał z inspiracji obrazem Dawleya? Niewiadomo. Wiadomo jednak, że Amerykanin był pierwszym reżyserem, który dokonała adaptacji na potrzeby sztuki kinematograficznej powieści Mary Shelley, wciąż nieśmiertelnej. J. Searle Dawley był także jednym z pierwszych reżyserów, który w sposób technicznie dalece niedoskonały, prymitywny i dosłowny pokazał w swoim filmie, że człowiek to tylko bardziej szlachetne uosobienie potwora. Motyw, które późniejsze i dojrzalsze kino grozy uczyni jednym ze swoich sztandarowych.

Screeny

HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910) HO, FRANKENSTEIN (1910)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pierwsza filmowa adaptacja słynnej powieści Mary Shelley
+ pomysłowość i inwencja reżysera
+ Frankenstein i Monstrum pokazani po raz pierwszy jako dwie strony tej samej osoby
+ jeden z pierwszych filmów odnoszący się do motywu dwoistości ludzkiej natury

Minusy:

- prawie 100 lat różnicy nie da się ukryć
- dziś zwraca uwagę jedynie jako ciekawostka historyczna

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -