Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:REVERB

REVERB

Pogłos

ocena:5
Rok prod.:2007
Reżyser:Eitan Arrusi
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Leo Gregory , Eva Birthistle, Luke de Woolfson , Stephen Lord, Neil Newbon,
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:4.67
Głosów:9
Inne oceny redakcji:
Adach - 5

„Jestem krwią, grzechem, życiem i śmiercią”
/cytat z filmu/

Przeżywający twórczy kryzys, muzyk rockowy, Alex stara się odbudować swoją karierę. Ma tego dokonać dzięki skomponowaniu nowego przeboju, który ma zamiar nagrać w wynajętym na dwie noce studiu muzycznym. W nagraniu towarzyszy mu Maddy, dziewczyna -dźwiękowiec. Alex ma kompletną pustkę w głowie, ale w studiu odkrywa stare nagranie, pt. „Blood Room”, którego kawałek postanawia wykorzystać. Maddy podczas rejestracji utworu odkrywa tajemnicze głosy zawarte w pożyczonym fragmencie dziwnej piosenki. Wydaje się, że ktoś woła pomocy...Tymczasem w studiu zaczynają dziać się niepokojące rzeczy a bohaterów nawiedzać przerażające wizje. Maddy wyczuwa złą moc, która zawładnęła budynkiem. Ale nie tylko. Wszystko wskazuje, że pod jej wpływ dostał się także Alex. Wiele też wskazuje, że tajemnicze wydarzenia i coraz bardziej zatrważające zachowanie Alexa ma związek z mroczną przeszłością i niejakim Mark`iem Griffinem - kompozytorem „nawiedzonej piosenki”.

Pomysł był przedni. Jak sięgam pamięcią nie przypominam sobie patentu na grozę w postaci nawiedzonej i złowieszczej (a przy tym naprawdę nieźle brzmiącej) piosenki. Przypominam sobie za to kilka tytułów filmów, w których utwór muzyczny wpływał na zachowanie słuchaczy w sposób wysoce nietypowy: albo popełniali samobójstwo za jego przyczyną („The Kovak Box”), albo mordowali („Klątwa Skorpiona”). Przypominam sobie również tytuły filmów, w których dźwięki ukrywały niesłyszalne dla ludzkiego ucha przekazy, a przy tym niekoniecznie dla niego miłe. W „Event Horizon” była to łacińska maksyma „Libere Me”, pochodząca z samych piekielnych czeluści, w „White Noise” głos zmarłej żony bohatera, a w „Frequency” z radiowych szumów bohater wyławiał głosy z przeszłości. Żeby jednak rockowy, ciężki kawałek z mocnym tekstem okazywał się źródłem grozy i zła? Za pomysł reżyserowi filmu, Eitanowi Arrusiemu należy się uznanie. Niestety za jego rozwinięcie -porządny klaps w tyłek.

„Pogłos” prezentuje bowiem nam sytuację niczym z „Fausta” Goethego. Oto, artysta w dołku, a właściwie wielkim dole. Zespół, którego liderem był Alex, opuściła posiadająca charyzmatyczny głos, Nicky - dziewczyna bohatera. Kapela się rozpadła a Alex wylądował w centrali telefonicznej, zarabiając na życie jako operator. Los jednak nie przekreślił go całkowicie. Dzięki znajomościom jego przyjaciółki, Maddy, Alex dostaje do wyłącznej dyspozycji na dwie noce profesjonale studio. Problem jednak w tym, że muza go zupełnie opuściła. Co więc zatem może zrobić? Zaprzedać dusze diabłu. Alex bez skrupułów dokonuje plagiatu podkradając fragment „Blood Room”, nie zdając sobie sprawy, z jego szatańskiej mocy. Nie zdaje sobie sprawy także z tego, że podpisuje na siebie cyrograf. Przeklęta piosenka okazuje się metodą, dzięki której potępiona dusza jej kompozytora, demonicznego Marka Griffina, opanowuje Alexa.

Ileż w tym pobieżnym fabularnym zarysie interpretacyjnych możliwości. Makabryczna satyra na muzyczne piractwo, na wypalonych twórczo artystów, uciekających się do wszelkich sposób by powrócić na scenę, a nawet więcej - na rockowych muzyków zabawiających się z demonicznym image`m, okultyzmem i innymi okołosatanistycznymi atrybutami. „Pogłos” jest także ostrzeżeniem przed mocą ukrytą w muzyce (a w szerszym kontekście - sztuce), która może fascynować, nie zawsze w pozytywnym sensie. Wiele tragicznych wydarzeń, morderstw czy masakr, które zdarzyły się w realnym świecie, związanych było pośrednio z oddziaływaniem na ich sprawców czy to szczególnie brutalnych odmian muzyki czy filmów. Oczywiście chodzi o wpływ pośredni, i tylko na osoby wyjątkowo podatne - dzieci i chorych psychicznie, niemniej zagrożeń, które nieść może artystyczna działalność człowieka lekceważyć nie należy. Jest więc (a raczej mógłby być) film Arrusiego także opowieścią o konsekwencjach braku odpowiedzialności artysty za swoje dzieło.

Warto też zwrócić uwagę, że reżyser próbuje odświeżania formuły haunted movie. „Pogłos” jest bodaj pierwszym filmem, który wykorzystuje scenerię studia muzycznego jako tła dla filmowych wydarzeń. Nie często spotykamy też w kinie grozy opętanych przez szatańskie moce rockowych muzyków. Trzeba przyznać, że oba pomysły: na miejsce akcji i bohatera, są strzałami w dziesiątkę. Z niezłym skutkiem wykorzystywana jest także ścieżka dźwiękowa. Pełno w obrazie Arrusiego szumów, zgrzytów, trzasków, pisków, jęków, a nawet zniekształconych ludzkich głosów. W niektórych scenach to właśnie owe przerażające odgłosy straszą skuteczniej niż obrazy kałuży krwi czy przebiegającej zza plecami bohaterów widmowej postaci.

Niestety na tym kończą się pozytywne wrażenia, jakie wywołuje „Pogłos”. Pomysł na piosenkę, która odmienia głównego bohatera, nie znajduje na ekranie efektownego i interesującego przełożenia. Utwór brzmi nieźle, ale to za mało by historia niosła się filmowym impetem. Zwłaszcza, gdy o żadnym impecie nie ma mowy. Bohaterowie snują się po studiu jakby sami byli już nieboszczykami a zniecierpliwiony widz nadaremnie oczekuje na przyspieszenie ospałej niczym miś koala akcji. Obraz Arrusiego, owszem, z początku przykuwa uwagę atmosferą tajemniczości i oczekiwania na manifestację sił zła. Kiedy jednak w połowie czasu trwania filmu związek między tajemniczymi wizjami nawiedzającymi bohaterów oraz między przeklętą piosenką a coraz bardziej nietypowym zachowaniem Alexa zostaje wyjaśniony pozostaje jedynie rozczarowanie, które nie opuszcza nas już do końca filmu. Finał wypada dość intrygująco (zdarzył się w realnym świecie czy już w zaświatach?), lecz i tak nie jest w stanie uratować filmu.

Największym mankamentem „Pogłosu” jako horroru jest dawka grozy i sposób jej zaprezentowania. Co prawda, strona dźwiękowa wypada sugestywnie, lecz pomysł na przerywanie bieżącego toku narracji krótkim, gwałtownym ujęciem lub serią ujęć tylko może irytować. Co więcej jest obcy naturze filmowego straszenia, które najskuteczniejszy efekt przynosi, gdy groza jest powolnie wydobywana ze świata przedstawionego. Można widza zaskoczyć tzw. jump scene, ale dobrze, jeśli istnieje między nagłą ewokacją grozy a filmowym wydarzeniem związek Jeśli takiego związku nie ma, powstaje wizualny chaos. Obraz Arrusiego jest więc, niestety, smutnym przykładem kompletnie niestrasznego horroru i zmarnowanego potencjału.

Screeny

HO, REVERB HO, REVERB

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pomysł na nawiedzoną piosenkę
+ sceneria
+ próba odświeżenia formuły haunted movies
+ początkowo atmosfera tajemniczości
+ ścieżka dźwiękowa
+ potencjał...

Minusy:

-..., który został zmarnowany
- dłużyzny
- tempo
- niestraszny
- irytujący sposób na straszenie

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

DVD:

Zobacz recenzję wydania DVD

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -