Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HORSEMEN

HORSEMEN

Horsemen - Jeźdźcy apokalipsy

ocena:6
Rok prod.:2009
Reżyser:Jonas Akerlund
Kraj prod.:Kanada / USA
Obsada:Dennis Quaid, Barry Shabaka Henley, Ziyi Zhang, Peter Stormare, Patrick Fugit, Lou Taylor Pucci
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:5.67
Głosów:9
Inne oceny redakcji:

A gdy otworzył czwartą pieczęć, słyszałem głos czwartego zwierzęcia mówiący: Chodź, a patrzaj!
I widziałem, a oto koń płowy, a tego, który siedział na nim, imię było Śmierć, a Otchłań mu towarzyszyła; i dana im jest moc nad czwartą częścią ziemi, aby zabijali mieczem i głodem, i morem, i przez zwierzęta ziemskie.

(Ap 6, 1-8)

Czterej jeźdźcy Apokalipsy. Nie ma bodaj bardziej mrocznego i sugestywnego symbolu końca czasów, zagłady i unicestwienia świata, jaki wszyscy znamy. Apokalipsa to koncept biblijny, który już dawno wykroczył poza ramy Chrześcijaństwa i stał się słowem-kluczem pozbawionym konotacji religijnych, czymś w rodzaju uniwersalnej idei, budzącej natychmiastowe skojarzenia z końcem świata. Nie wiem czy takie zjawisko jest korzystne, ponieważ pozbawia koncepcję Apokalipsy nie tylko indywidualizmu, ale także pozwala jej wchłaniać dodatkowe treści, zamieniać w swoisty „supermarket” pełen różnych, czasem najdziwaczniejszych, znaczeń. Gdyby zrobić sondę i zapytać, zwłaszcza Amerykanów, o prawdziwe pochodzenie i znaczenie Apokalipsy Św. Jana mogłoby się okazać, że mają o niej takie samo pojęcie, jak o Stalinie. O nim mówili, że był chyba rosyjskim aktorem…


Prawdę rzekłszy cały najnowszy film Akerlunda jest właśnie taki, poklejony z różnych kawałków, które reżyser próbuje łączyć w całość pod wspólnym mianownikiem thrillera o seryjnym zabójcy. Problemem reżysera wydaje się być jego przeszłość jako uznanego twórcy teledysków i filmowych produkcji muzycznych, ponieważ do stworzenia omawianego obrazu wykorzystana została metoda montowania teledysków. Bardzo utrudnia to odbiór filmu, ponieważ skróty, niedopowiedzenia, sklejki i inne zastosowane do przyspieszenia, a jednocześnie powikłania całej akcji metody spowodowały, że cały film streszcza się w warstwie wizualnej.

Od strony technicznej nie można mu wiele zarzucić. Akcja dzieje się w zimie, co nadaje wydarzeniom aurę ostateczności, jakiejś niemocy. Zima to wszakże symbol śmierci, biały całun pochłaniający cały świat, zabijający życie. Idealne tło dla nadchodzącej Apokalipsy. Wybór pory roku wypada więc zapisać reżyserowi na plus. Podobała mi się również praca kamery umieszczanie jej w nietypowych miejscach, np. na masce jadącego samochodu. Znać w tym rękę mistrza od teledysków, mocnych, szybkich ujęć, które zmieniają perspektywę postrzeganej rzeczywistości, zmuszają mózg i wzrok do podążania za gonitwą obrazu. Jest to dobre do kanalizowania widzianego obrazu, zawężania go do maleńkich szczegółów, gubienia szerszego pola widzenia, zapominania o tym, że wokół dzieją się inne rzeczy. Niestety, tego typu podejście do montażu nie sprawdza się w całym filmie. Scena goni scenę, nie ma czasu na pogłębianie psychologii postaci, na zbudowanie tła świata, w którym rozgrywa się akcja, fabuła nie zostaje szczelnie opakowana dodatkowymi znaczeniami, niuansami, wielowymiarowością. Cała akcja rozgrywa się wokół fabuły, wszelkie zachowania i dialogi bohaterów zdają się być podporządkowane tylko jednemu celowi - znalezieniu rozwiązania morderstw.

Już od początku filmu mamy do czynienia z mroczną, pełną symboli atmosferą. Rzecz rozgrywa się zimą, w jednym z amerykańskich miast, które nie wygląda jakoś szczególnie nowocześnie, co tylko podbija atmosferę tajemnicy. Na uwagę zasługują także same mordy, popełniane na przypadkowych ludziach i z wykorzystaniem przemyślnych narzędzi. Ofiary zawieszane są na rusztowaniu i mocowane za pomocą haków wbijanych w ciało. Ofiara jest „podwieszana” w sposób, który sugeruje rytualizację, a mniej wtajemniczonym kojarzy się z praktykami SM. Do tej chwili film wciąga, zapowiada się na mocne, brutalne kino grozy o maniakalnym zabójcy, który na miejscu zbrodni pozostawia inskrypcję Come and See (Chodź i patrz). Na tropie zwyrodnialca jest detektyw Breslin (Dennis Quaid), policjant z problemami życiowymi, rozbity i żyjący w chaosie. Całe jego życie jest podporządkowane pracy, dwóch dorastających synów żyje niemal bez ojca, trudno im się porozumieć. Opieka nad dziećmi sprowadza się do dawania starszemu synowi pieniędzy codziennie rano. Jest to metafora jakże aktualnego problemu społecznego, który dotyczy wielu nowoczesnych społeczeństw: nieumiejętności rozmowy, współżycia i zrozumienia własnych dzieci, które żyją w odrębnym świecie. Szkoda, że reżyser nie pogłębia problemu na gruncie socjologicznym, ale zamienia go w nadmiernie prostą symbolikę pogniecionej dwudziestodolarówki, rzuconej na odchodne na stół kuchenny. Dużo później, bo pod sam koniec filmu, reżyser stara się pogłębić problem, gdy okazuje się, że cała spirala zbrodni ma wiele wspólnego ze współczesnymi problemami społecznymi, ale nie jest to próba udana. Powiem nawet, nie chcąc zdradzać le grande finale, że puenta filmu może najwyżej wywołać na twarzy uśmiech pobłażania swoim tanim moralizatorstwem i płycizną metaforyczną. Film nie mierzy także wysoko pod względem aktorskim. Dennis Quaid nie interpretuje swojej roli w żaden nowatorski sposób - jego detektyw Breslin to mieszanka wiecznie zmęczonego Willa Dormera z „Bezsenności” (Al Pacino) i doświadczonego życiowego rozbitka Jericho Cane'a z „I stanie się koniec” (Arnold Schwarzenegger). Postać jest papierowa. Nawet relacje z synami, które powinny nadać postaci jakiś ślad człowieczeństwa tutaj są tylko zestawem pustych symboli i smutnych min, nader często serwowanych nam przez Dennisa Quaida. Breslin to postać beznadziejnie zaprzedana pracy, żyjąca tylko nią, niezdolna do zbudowania i utrwalenia więzi społecznych nawet we własnym środowisku pracy (jedynym wyjątkiem jest jego partner), słowem – outsider. Rozczarowuje jednak fakt, że tego wszystkiego widz domyśla się niejako z doświadczenia innych tzw. filmów policyjnych, wcześniej widzianych ról i ogólnego wyobrażenia na temat życia policjanta-tropiciela, którego życie prywatne to pasmo klęsk. Quaid nie ofiarowuje swojej postaci nic od siebie, odcina kupony od innych ról, nie dorasta im do pięt. Przez cały film nie mamy najmniejszej szansy utożsamić się z jego osobistym dramatem po stracie żony czy ciągłego życia w morderczym tempie. Zarzut słabego aktorstwa postawię także Ziyi Zhang, chińskiej gwieździe, która wchodzi aktualnie w szczytową fazę swojej kariery. W "Horsemen" jej rola jest jedynie kalką klasycznych horrorów japońskich, w których głównym sprtitus movens jest dziewczynka z długimi czarnymi włosami, której samo pojawienie się powoduje, że świat się wali. Cóż, w przypadku naszego filmu ten schemat nie działa, a jedynie drażni. Tak nachalne zapożyczenie z tzw. nowej fali japońskiego horroru XXI wieku to dla mnie zbyt wiele. Sceny w więzieniu, gdy Kristen (grana przez Ziyi) siedzi na krześle z rozpuszczoną rzeką czarnych włosów i posyła Breslinowi mroczne spojrzenia, okraszone metaforycznymi dialogami pełnymi zagadek, to kicz, jakich mało. Znów widać tu skłonność reżysera do posługiwania się mocnymi i wyrazistymi nawiązaniami do kultury popularnej. Nadal oglądamy teledysk. Średnio grają także inni aktorzy, którzy nie tworzą wyrazistych postaci o indywidualnym charakterze. Nieco na ich tle wyróżnia się starszy syn Breslina, Alex (grany przez Lou Taylora Pucciego), ale jego rola nie jest na tyle uwypuklona, aby mógł on w pełni pokazać swoje możliwości. Dziwi to o tyle, że Alex ma dla treści filmu duże znaczenie.

Identycznie rzecz ma się z fabułą. Wspomniałem o przemyślnych narzędziach, które sprowadzają śmierć na swoje ofiary. Cóż, i tutaj reżyser nie uciekł od posłużenia się swoistą stygmatyzacją pewnych zjawisk. Użycie stalowych rusztowań do podwieszania ciała na hakach prowadzi Breslina do podziemnego getta salonów tatuażu i „zabawek” dla poszukiwaczy mocnych wrażeń. Z wizji Akerlunda wyraźnie wynika, że ta nisza kulturowa pełna jest ludzi o niebezpiecznych skłonnościach, dziwaków, maniaków, narkomanów i satanistów. Scena w salonie tatuażu jest bardzo wymowna i pokazuje zderzenie prawego szeryfa ze światem deprawacji i nierządu. Jeżeli Akerlund chciał do nas puścić oko, to w moim odczuciu się to nie udało. Cały film ma dość poważną, a nawet ponurą wymowę i prezentowanie salonu tatuażu jako miejsca o podejrzanej proweniencji to spore nadużycie. Do tego dochodzą fatalne wprost dialogi, całkowicie podporządkowane prowadzeniu akcji, będące kliszami typowych dialogów łączących tajemnicze sformułowania (wypowiadane zwykle zatroskanym, głębokim głosem), urwane w pół zdania oraz kwestie, które są za bardzo oczywiste (ma się wrażenie, że samemu odruchowo powiedziałoby się właśnie taką kwestię w identycznej sytuacji). Mówiąc skrótowo, z rozmów bohaterów nie dowiemy się wiele o nich samych. Co najwyżej dostaniemy do analizy kolejny kawałek układanki z góry wiedząc, że reżyser i tak nie pozwoli nam jej poskładać przed końcem filmu.

W zasadzie od chwili, gdy śledztwo nabiera rozpędu, film zaczyna żonglerkę symbolami. Breslin odkrywa, że w mieście nie działa jeden zabójca, a cała grupa, która powiła misterny plan zapanowania nad światem, posługując się w tym celu symboliką religijną i Internetem. Zaczynamy więc obracać się wokół cytatów z Biblii, czego nie można uniknąć w filmie, którego akcja obraca się wokół Apokalipsy. Nie jest ich tu na szczęście nadmiernie dużo i szybko okazuje się, że sami „mroczni jeźdźcy” nie są nadmiernie bogobojni. To kolejny przykład rozumienia koncepcji Apokalipsy we współczesnym świecie - to tylko metafora, garnitur gotowych skojarzeń i przesłań, w który łatwo się ubrać i przystroić w zupełnie dowolne ozdobniki. Reżyser wrzuca do jednego worka cytaty biblijne („Come and see” pochodzi z Apokalipsy Św. Jana), słynny drzeworyt Albrechta Dürera (patrz niżej), witrynę internetową szafującą hasłami nihilistycznymi (We are the nothing), tortury o zabarwieniu sadomasochistycznym oraz, co zakrawa na kuriozum, problemy psychologiczne i tożsamościowe współczesnej młodzieży. Wszystko to razem daje nam konglomerat sztucznie pozszywanych ze sobą kwestii, które, w rozumieniu reżysera, stanowią tygiel, z którego może wypełznąć bestia.

I tutaj docieramy do meritum filmu. Nie wiadomo właściwie, o co w nim chodzi. Akerlund starał się ze wszelkich sił nasycić swój obraz możliwie najbardziej nośną symboliką, ale narzędzia te nie służą przekazaniu złożonego, głębokiego komunikatu. Mamy raczej do czynienia z grupą młodych ludzi, którzy mają problemy sami ze sobą i promieniuje to na stosunek do całego otaczającego świata. Problem to ważki, nie powiem, ale nie widzę powodu, dla którego koniecznym jest podawanie go w formie filmu grozy. Stawianie wspólnego mianownika między problemami psychologiczno-społecznymi młodych ludzi i skłonnościami do popełniania zbrodni to prostackie uproszczenie zagadnienia, na które składają się niuanse. Reżyser sugeruje nam, że młodzi ludzie to środowisko niebezpieczne, które należy monitorować i które, pozostawione same sobie, stanie się wylęgarnią patologii i zbrodni. Nie będę jednak niesprawiedliwy. Nie tyle może widzę, co staram się uwierzyć, że film Akerlunda miał być w zamierzeniu krzykiem młodych ludzi, którzy domagają się uwagi i miłości. Krzykiem ludzi zagubionych we współczesnym świecie, szukających wartości poza systemem utartych dogmatów i autorytetów, skonfrontowanym z pędzącą rzeczywistością, której nie umieją sprostać. Jeżeli reżyser miał w głowie tak altruistyczny zamysł, to przekucie go na film skończyło się fiaskiem. Dostajemy bowiem do oglądania film, który jest teledyskiem pożyczającym na prawo i lewo schematy i rozwiązania z innych filmów, choćby „Siedem”, „I stanie się koniec” czy „Odkupienie” (z Christopherem Lambertem). W tym sensie film jest pusty i pozbawiony jakiejkolwiek głębi. Owszem, istnieje także możliwość spojrzenia film Akerlunda jako na zgrabnie zrobione kino akcji przyprawione jedynie metaforyczną symboliką, która ma za zadanie tworzyć iluzję złożoności i ukrytych przekazów. Jeśli jednak w założeniu miał to być po prostu zgrabnie zrobiony film o niczym to przykro mi, ja tego nie kupuję.

Akerlund miał w ręku nienajgorzej skrojoną historię z potencjałem poruszenia ważkich problemów społecznych i dotknięcia czułych nut, wywołania mocnych emocji, które dotyczą poniekąd każdego z nas. Film mógł być słyszalnym głosem, który poruszy serce widza, zmusi do myślenia, zostawi jakiś ślad. Niestety, rzucony kamień trafia w próżnię.

Screeny

HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN HO, HORSEMEN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ bardzo dobry montaż, sprawnie prowadzona kamera i duży dynamizm akcji
+ wciągająca atmosfera miasta zimą, wiele mrocznych ujęć w ciemnych pomieszczeniach
+ opowiadana historia opiera się na ważnym problemie społecznym
+ sporo ciekawych pomysłów na poszczególne sceny

Minusy:

– płytki scenariusz, który sygnalizuje problem, ale go nie pogłębia
– zbyt wiele kalek i zapożyczeń z klasyków gatunku policyjnych thrillerów
– postaci nie mają głębi, autentyzmu i indywidualizmu
– słabe, schematyczne dialogi
– karkołomne zestawianie symboli i zjawisk współczesnego świata, które niekoniecznie ze sobą współgrają

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

DVD:

Zobacz recenzję wydania DVD

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -