Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:MY BLOODY VALENTINE (3D)

MY BLOODY VALENTINE (3D)

Krwawe walentynki 3D

ocena:4
Rok prod.:2009
Reżyser:Patric Lussier
Kraj prod.:USA
Obsada:Jensen Ackles, Jaime King, Kerr Smith, Betsy Rue, Tom Atkins, Kevin Tighe
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:5.44
Głosów:16
Inne oceny redakcji:

Patrick Lussier nie jest reżyserem, w którego dorobku znaleźć można jakieś szczególnie uznane pozycje z gatunków filmów grozy. Seria filmów o Drakuli czy sequel do, skądinąd udanego, dzieła „White Noise” nie zapisały się w historii kina złotymi zgłoskami. Można natomiast z całą pewnością powiedzieć, że pan Lussier wpisuje się znakomicie w nurt kina „popcornowego”, nastawionego na serwowanie nieskomplikowanej rozrywki, budowanej wokół schematów znanych do bólu. Nie inaczej jest z „My Bloody Valentine” (3D, jak kto woli), filmem będącym odrobieniem pracy domowej z typowo amerykańskiego filmu grozy – tyle, że z miernym skutkiem.

W tym filmie widzimy bowiem wszystko, co znamy aż nadto dobrze. Nie byłoby w tym może nic szczególnie złego, gdyby nie fakt, że z niewiadomych powodów, twórcy filmy postanowili bądź nie zdołali umiejętnie poskładać w całość poszczególnych elementów tej układanki. Film koncentruje się wokół schematu postaci maniakalnego zabójcy, Harry'ego Wardena, który jest jedynym ocalałym z wybuchu w kopalni Hanniger Mine (zginęło wtedy sześciu innych górników). Media twierdzą, że Harry Warden zabił swoich współtowarzyszy, ratując się po katastrofie wewnątrz kopalni (teoria głosi. że oszczędzał w ten sposób powietrze dla siebie, ale nie zostało to jednoznacznie potwierdzone). Nie dowiadujemy się niestety, dlaczego Harry zdecydował się wkroczyć na ścieżkę mordu i co spowodowało w nim wybuch tak nieokiełznanej agresji, że postanowił nagle zamordować kolegów, z którymi od lat dzielił mroczne korytarze kopalni w zapadłej, górniczej miejscowości. Wprawdzie Harry ginie w kopalni w Dniu Św. Walentego, krótko po zabiciu kilkorga młodych ludzi, ale niebawem okazuje się, że jego śmierć była tylko początkiem nowego koszmaru.

Poświęćmy chwilę postaci Harry’ego. Przyznam, że koncepcja postaci odzianej w górniczy strój, z maską tlenową na twarzy (starego typu, to ważne!) i dzierżącej w dłoniach kilof ma w sobie spory potencjał symboliczny i mogłaby stać się współczesną ikoną horroru, która przerażałaby nowych wielbicieli gatunku tak samo mocno, jak ongiś Freddie czy Cenobici straszyli pokolenie dorastające w latach 80. Niestety, Harry zostaje zredukowany do postaci papierowej, która nie ma do zaoferowania nic poza sugestywnym wyglądem (jako akcent humorystyczny można podać, że wiecznie obecna na twarzy naszego noir character maska tlenowa powoduje, że jego oddech przypomina Lorda Vadera). Nie znamy jego motywacji, nie wiemy nic o jego wcześniejszym życiu – słowem, postać nie zyskuje autentyczności i nie przekonuje nas jako maniakalny zabójca. Brutalność jego czynów widać jedynie w postaci spustoszenia, jakie czyni, najpierw podczas ucieczki ze szpitala, a potem w kopalni, o czym za chwilę. Jeśli spróbujemy zabawić się w policyjnego psychologa i postanowimy jakoś określić typologię zabójcy, posługując się „skalą zła” opracowaną przez psychiatrę sądowego Michaela Stone’a, to będziemy mieli niezły orzech do zgryzienia. Harry Warden jest bowiem zabójcą szczególnie okrutnym, który nie tylko morduje przypadkowych ludzi (widać to szczególnie wyraźnie w szpitalu), ale także dokonuje tych mordów w sposób bestialski, okaleczając i ćwiartując swoje ofiary. Często usuwa im także organy wewnętrzne, zwłaszcza serce (jest to bezpośrednie, groteskowe w wymowie, nawiązanie do Walentynek). W „skali zła” Stone’a taki morderca mieści się w zbyt wielu kategoriach na raz, aby go jednoznacznie przyporządkować. W tym właśnie tkwi jednowymiarowość tej postaci – nie znamy jego motywacji, nie mamy szansy poznać jego umysłu i nie wiemy wreszcie, dlaczego jego mordy są tak brutalne i jednocześnie tak nieukierunkowane – Harry zabija bowiem kogo popadnie, a ofiary łączy jedynie to, że stanęły na jego drodze. Już sam ten fakt powoduje, że trudno traktować ten film „na poważnie”, jako manifestację realnej grozy, czegoś, czego naprawdę można się bać. Wszak mordercy mają z reguły jakąś motywację, wdrażają jakiś schemat i wytwarzają atmosferę osaczenia i terroru. Postać Harry’ego spaja cały film, jest jądrem, wokół którego nakręca się cała akcja. Postać górnika-mordercy jest wystarczająco mroczna i odhumanizowana, aby uratować cały film, umożliwiając nam dotrwanie do końca. Podświadomie chcemy jeszcze zobaczyć zaciśnięte na stylisku kilofa dłonie i ujrzeć dziki szał zabijania. Osadzenie akcji w kopalnianym miasteczku także wychodzi filmowi na dobre – nie ma tu najnowszych zdobyczy technologii, jest raczej biednie i dość ponuro – widać wyraźnie, że miasteczko wyrosło wokół kopalni i nie oferuje nic poza pracą w sztolni i nieobecnością zgiełku wielkiego miasta i cywilizacji.

Reżyser wprowadza kilka wątków pobocznych: kopalniano-społeczny, związany z kwestią sprzedaży kopalni i wysłaniem na bruk wielu osób, którego były z nią związane całe życie (ośmielę się zasugerować, że dla Polaka jest to dość swojska sprawa); miłosny – mamy tu bowiem dwóch panów kochających się w tej samej pani, a także element zdrady niewiernego męża; oraz psychologiczny. Ten ostatni jest o tyle istotny, że dotyczy Toma Hanningera, syna właściciela kopalni Hanninger Mine, który uszedł z życiem z „walentynkowej masakry” Wardena. Wywołało to w nim taki wstrząs, że postanowił uciec z miasteczka (reżyser nawiązuje do tej traumy dopiero pod sam koniec filmu, gdzie widzimy jej finał). Jego powrót po 10 latach rozpętuje nową spiralę przemocy i sugeruje, że Harry Warden powrócił i znów morduje... Obecność dodatkowych wątków zdecydowanie „obciąża” film, powoduje, że traci tempo i zaczyna nużyć. Perspektywa sprzedaży kopalni, źródła utrzymania całego miasteczka, to dość ważka sprawa, wymagająca pogłębienia i nadania odpowiedniego dla rangi wydarzenia dramatyzmu - tutaj to się nie udaje. Bardziej wierzymy, że utrata kopalni jest dramatem, niż to de facto czujemy. Do tego dochodzi konflikt pomiędzy dwoma zakochanymi w tej samej kobiecie postaciami, Tomem i Axelem. Są to ważne dla fabuły i miasteczka osoby (Tom jest synem właściciela kopalni, a Axel szeryfem). Łączy ich niechęć i zaszłości, skoncentrowane wokół Sary, dawnej miłości Toma, a obecnej żonie Axela. Problem w tym, że nie wiemy, dlaczego panowie się tak mocno nie lubią i to powoduje, że napięcie między nimi jest sztuczne i nieszczere. Konflikt wynika ze scenariusza, a nie z życia. Szkoda, bo wątki poboczne mogłyby nadać filmowi więcej głębi zwłaszcza, że Tom wkrótce stanie się głównym podejrzanym. Tymczasem akcja toczy się wokół podpunktów scenariusza, a nie jest wynikiem rozwoju przyczynowo-skutkowego poszczególnych wydarzeń. Słowem – sztuczność i umowność w miejsce logiki i nieszczęśliwego, acz nieuchronnego, toku akcji.

I tu napotykamy kolejny problem. Filmu nie sposób się bać. Problemem nie jest tylko brak „zła z krwi i kości”, ale również sposób, w jaki reżyser postanowił filmować dokonywane przez niego mordy. Na tej płaszczyźnie film poległ zupełnie. Jeżeli nie przestraszyliśmy się górnika Wardena to już z całą pewnością nie uczyni to preferowany przez niego sposób zabijania. Tutaj film spotkał się z komiksem. Sceny zabijania odarte są nie tylko z „mięsistości”, jakiegoś swoistego naturalizmu, który powoduje, że widok rozłupywanej czaszki budzi w nas wstręt, ale także sposób filmowania mordów jest nadto plastikowy, wręcz humorystyczny. Ofiary zdają się być zdziwione tym, że za chwilę jakaś część ich ciała zderzy się z kilofem. Widok zezujących oczu, które próbują ujrzeć wbity w czubek głowy kilof to sprowadzenie filmu do poziomu Martwicy mózgu tyle, że z miernym skutkiem. Rezultat jest opłakany: sceny masakry w kopalni, gdy Harry Warden, po ucieczce ze szpitala, wpada w dziki szał i masakruje grupę młodych ludzi, którzy przybyli do kopalni obchodzić Walentynki, nie wzbudzają ani grozy, ani obrzydzenia. Dostajemy natomiast oszalałego górnika w masce tlenowej, który rąbie kilofem wszystko, co żywe, a ilość krwi i mięsa latającego po ekranie osiąga takie stężenie, że nie sposób się nie zaśmiać. Do tego jest to fatalnie filmowane. Nie wiem, czy reżyser postanowił oszczędzić na efektach specjalnych, czy też „nowatorstwo” w sposobie filmowania wymknęło się nieco spod kontroli, ale sztuczność wyłazi tu z każdej dziury. Nawet laik z łatwością wyobrazi sobie skalę okaleczeń, które powoduje wbijany, zwłaszcza w czaszkę, kilof. Jestem zwolennikiem naturalizmu w ukazywaniu śmierci, nie lubię, gdy bohater wpada na minę, a jedynym efektem tego spotkania jest kilkumetrowy lot po wybuchu. To samo dotyczy kilofów. Uderzenie w czaszkę skończyłoby się raczej jej zmiażdżeniem, a nie wybiciem niewielkiego otworu, z którego w dodatku wylatuje krew, a nie mózg...

Zastosowana w filmie technika kręcenia, polegająca na nieco dokumentalnym sposobie ukazywania obrazu, miała zapewne na celu zaoferować widzom iluzję uczestniczenia w czymś realnym, namacalnym. Przyznam, że z początku taki sposób wydał mi się wyborem słusznym, zważywszy, że taka technika sprawdziła się choćby w „Blair Witch Project” czy „Project: Monster” – kamera podąża za akcją, czujemy się jak uczestnicy wydarzeń i, siłą rzeczy, film nas pochłania. Niestety, w przypadku omawianego obrazu była to pomyłka. Film szybko zaczyna przypominać stylistykę serialowo-pornograficzną, gdzie kamera odziera obraz z atmosfery i obnaża całą jego sztuczność, plastik scenografii i ubóstwo tła. Jeśli połączymy to z komiksowymi mordami, dostajemy do rąk plastikową imitację owocu, który wygląda podobnie do oryginału, ale nie oferuje nawet namiastki jego smaku. Na koniec zarzucania filmowi nieudolności mógłbym wspomnieć o niekonsekwencjach w zachowaniach bohaterów (weźmy choćby scenę, gdzie jeden z uczestników imprezy wewnątrz w kopalni wpada pomiędzy zmasakrowanych kolegów i koleżanki, ale nie dość, że nie zauważa ich ciał, to jeszcze widok idącego w jego kierunku człowieka w masce i z kilofem nie budzi w nim początkowo żadnego niepokoju), bardzo wyświechtanych próbach wystraszenia widza (narastająca muzyka, nagłe pojawienia się kogoś w szybie, cienie w oknach czy wreszcie pojawiająca się znikąd postać górnika-mordercy) czy drażniących upadkach bohaterów podczas ucieczki (ten element zawsze doprowadzał mnie do pasji). Nie ma jednak większego sensu wyliczanie wszystkich prób wzbudzenia w widzach choćby krztyny grozy, bowiem wszystkie palą na panewce.

„My Bloody Valentine” jest filmem za długim. Scenariusz dałoby się opowiedzieć w jakieś niespełna 80 minut, bez wprowadzania dłużyzn i mnożenia scen, które nic nie wnoszą do treści filmu. Muszę wyznać, że nie wiem, jaki efekt dałoby oglądanie filmu w trójwymiarze (w taki sposób był on prezentowany w kinach). Być może widok górniczej maski tlenowej pojawiającej się zaraz przed naszym nosem zdołałby nas przestraszyć. Tego nie wiem i nie zamierzam się dowiadywać. Dość powiedzieć, że przez całe 100 minut filmu nie zdołałem się ani przez moment wciągnąć w przedstawiane wydarzenia, nie mówiąc już o choćby najmniejszym uczuciu autentycznego strachu. Zamiast tego uczestniczyłem w nadmiernie rozciągniętej w czasie mizerii fabularnej i pokazie nieudolności warsztatowej, rodem z, moim zdaniem bardzo średniej, serii filmów „Krzyk”. Widać jednak wyraźnie, że widzowie amerykańscy nie mają nic przeciwko byciu karmionymi kolejnymi wersjami tego samego widowiska, a reżyserzy zza oceanu z pewnością uraczą nas jeszcze niejednym filmem o podobnym poziomie – bez treści, bez głębi, bez atmosfery, bez ładu, sensu i składu.

Na koniec ciekawostka. Film zdaje się nawiązywać do filmu o tym samym tytule z roku 1981. Zmienione zostały części składowe scenariusza, nazwy i nazwiska, ale postać Harry’ego Wardena pozostała niezmieniona, podobnie jak trójka młodych ludzi – Toma, Sary i Axela, uwikłanych w trójkąt emocjonalny i miłosny. Nie ma jasności, czy Patrick Lussier inspirował się kanadyjskim pierwowzorem czy też może postanowił nakręcić jego remake, tylko nieco w nieco odświeżonej wersji. Krążą już wieści, że reżyser zamierza nakręcić drugą część filmu (zakończenie „My Bloody Valentine” wyraźnie to sugeruje), w której opowie nieco więcej o Harrym Wardenie i motywacji nim kierującej. Wygląda na to, że ujrzymy jeszcze zamaskowaną postać maniakalnego górnika z kilofem w dłoni, który postanowi popsuć zakochanym kolejne Walentynki…

Screeny

HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D) HO, MY BLOODY VALENTINE (3D)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ udana postać głównego bohatera, górnika-mordercy, łącząca sugestywny wygląd i odhumanizowany, niemal nadnaturalny charakter jego zachowań
+ miejsce akcji jest dość ponure, niemal prymitywne, co wzbudza zainteresowanie dziejącymi się wydarzeniami
+ film jest na tyle krwawy, żeby podobał się nieszczególnie wymagającemu wielbicielowi filmów typu slasher

Minusy:

– sztuczne, komiksowe sceny zabijania, które wzbudzają śmiech zamiast strachu
– niewykorzystane wątki poboczne, brak tła dla przedstawianej historii
– papierowe postaci, pozbawione indywidualizmu i motywacji do działania
– absolutnie nieudane próby przestraszenia bardziej wymagającego widza
– niewykorzystany potencjał głównej postaci, która działa bez przyczyny i logiki

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -