Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BABY BLUES

BABY BLUES

Baby Blues

ocena:8
Rok prod.:2008
Reżyser:Lars Jacobson Amardeep Kaleka
Kraj prod.:USA
Obsada:Colleen Porch, Ridge Canipe, Joel Bryant, Kali Majors, Gene Witham
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:7
Głosów:9
Inne oceny redakcji:

Baby blues. Nazwa brzmi kojąco, nawet ciepło. Kojarzy się z kołysanką śpiewaną dziecku wieczorem przy łóżku, z mamą tulącą swoją pociechę do piersi. Te słowa początkowo nie niosą ze sobą zagrożenia. Niestety, pozory mylą. Za tą niewinnie brzmiącą frazą kryje się coś bardzo złowieszczego – choroba dotykająca wiele kobiet na całym świecie (blisko 80% świeżo upieczonych matek), mało zrozumiała, a często prowadząca do katastrofalnych następstw. Baby blues to nie depresja poporodowa, jak się powszechnie uważa. To raczej stan niezdolności do odnalezienia się w nowej rzeczywistości, pogodzenia się ze zmianą środowiska wokół siebie. Piszę to jako mężczyzna, któremu nie tylko trudno się wczuć w takie położenie, ale także, który nigdy tego nie doświadczy. Rozumiem jednak, że jest to poważny rozstrój emocjonalny, który, jeśli jest przewlekły, może przerodzić się w depresję poporodową, a ta z kolei – w tragedię.

Dokładnie z takim właśnie stanem rzeczy stykamy się już od pierwszych chwil filmu. Historia przenosi nas na niemal całkowite odludzie, któremu natura poskąpiła zarówno piękna, jak i unikalności. Ot, miejsce, jakich wiele w całych Stanach Zjednoczonych. Zagubiona, może nawet zapomniana rolnicza farma, wyrosła z dala od większych skupisk ludzkich, na której rośnie kukurydza i kręci się zaledwie garstka ludzi. Pośród tego rolniczego krajobrazu odnajdujemy zaledwie jeden dom oraz coś na kształt niewielkiego gospodarstwa, w którym posunięty w latach mężczyzna o imieniu Lester opiekuje się kurami i jedną dziką świnią. Może brzmi to jak idylla, ale okolica jest biedna, a sama farma nie wygląda na oazę dobrobytu i urodzaju. Dom zamieszkały jest przez rodzinę państwa Williams. Tata jest kierowcą ciężarówek i zwykle nie ma go w domu zbyt długo – dzieci kojarzą go zwykle z kimś, kto wpada do domu na noc, a następnego dnia wsiada w swoją wielką ciężarówkę i jedzie w siną dal. Mama to typowa gospodyni domowa, nie tyle może zalękniona i podporządkowana mężowi, ale spędzająca całe dnie na zajmowaniu się domem i dziećmi, których jest w domu państwa Williams całkiem przykładna gromadka: najstarszy syn, Jimmy, młodsze rodzeństwo – siostra Cathy i brat Sammy, oraz najmłodsze z nich, Nathan, który dopiero niedawno przyszedł na świat. Oto praktycznie wszystkie osoby występujące w tym filmie. Wszyscy inni bohaterowie, którzy przewiną się w kadrze w toku rozwoju akcji są mało nieistotni i nie warto nawet o nich wspominać.

Jeśli o mnie chodzi, jestem z reguły podejrzliwy względem filmów, które osadzają akcję w odosobnionym miejscu, pozbawionym jakichś szczególnych oznak cywilizacji, i w którym obecność przedstawicieli rodzaju ludzkiego jest nad wyraz skromna. W takich miejscach dzieją się zwykle dowolnie fantastyczne rzeczy, których nikt postronny nie zdoła dostrzec i zaalarmować świata, że dzieje się tam coś złego. Jeśli do tego dostaniemy jeszcze w ofercie lądujący statek pełen żądnych krwi kosmitów, albo zombie wychodzących właśnie na ucztę z pobliskiego niepoświęconego cmentarzyka, czy inne paskudztwa i ślepe ogniwa ewolucji, to już wiemy, że czeka nas około 90 minut dość przewidywalnej rzezi i karnawału absurdu. Inaczej jest wtedy, gdy rozgrywające się na naszych oczach wydarzenia są prawdopodobne, mogące dotknąć wielu z nas, które przerażają swoją zwyczajnością i wręcz wulgarnym prymitywizmem. Dokładnie taki scenariusz zgotował nam Baby Blues. Jeśli więc ktokolwiek na widok pola kukurydzy wyobraża sobie wyłażące spośród kłosów monstra z piekła rodem, to niech się lepiej przygotuje na przejażdżkę kolejką górską bez zapiętych pasów. Jedzenie w trakcie seansu jest także wykluczone. Tym bardziej, że jak głosi czołówka, wydarzenia pokazane w filmie rozegrały się naprawdę.

Scenariusz jest w zasadzie banalny. Oś akcji kręci się wokół pani Williams, która cierpi na tytułowy syndrom Baby Blues po urodzeniu kolejnego, czwartego już dziecka. Podobna sytuacja wydarzyła się po urodzeniu córki, Cathy, ale, jak się dowiadujemy z rozmów pomiędzy ojcem a najstarszym synem, mamie „udało się z tego wyjść”. Wygląda jednak na to, że urodzenie Nathana było dla mamy ostatnim ciosem, który zniszczył jej i tak już nadwątloną psychikę. Pani Williams, pozostawiana często sama z domem i dziećmi na głowie, nie radzi sobie z codziennością, z nużącym rytmem prac domowych, chce, aby było „jak dawniej”, gdy razem z mężem wyjeżdżali na weekend do miasta i zapewne spędzali czas w wesołym miasteczku albo szli do jakiejś restauracji. Jej zachowanie staje się coraz bardziej nieprzewidywalne – często wpada w otępienie, jest nieobecna myślami, nie zwraca uwagi na nic, co dzieje się wokół niej. Zaczyna miewać halucynacje, wydaje jej się, że strach na wróble stojący na ich polu coś do niej mówi – słyszy głosy dobywające się z krótkofalówki męża. Najszybciej odczuwają to oczywiście dzieci, a zwłaszcza najstarszy, Jimmy, który próbuje zasygnalizować to ojcu, ale ten, jak już wcześniej cytowałem, bagatelizuje to, sądząc, że żona ponownie poradzi sobie z chwilowym załamaniem nastroju. Nie wydaje się zresztą, aby był on złym mężem. Jest raczej standardowym facetem, który nie do końca rozumie kobiety i ich problemy, i woli pocieszać niż zrozumieć przyczyny. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli, gdy tata dostaje kolejne zlecenie na zawiezienie ciężarówką towaru do odległego o kilkaset mil miasta.

Nie mogę opowiedzieć Wam teraz ze szczegółami, co się będzie działo, bo w zasadzie musiałbym relacjonować cały film. Mogę Wam natomiast dać przedsmak tego, co ujrzycie. Przede wszystkim brutalność. Zachowanie matki, która traci kontrolę nad sobą i daje się owładnąć czemuś w rodzaju „zastępczej, demonicznej osobowości” jest iście diabelskie. Jeżeli prawdą jest, że syndrom baby blues może zamienić się w aż tak psychotyczne stany świadomości (przeanalizowałem kilka doniesień o zbrodniach popełnianych przez matki z tym schorzeniem i zakładam, że mieści się to w granicach możliwych zachowań), to prywatnie sądzę, że starcie z taką „mamuśką” to jak walka z hordami piekielnymi – gdy nie ma innego wyjścia, zabić od razu. Matka polująca na swoje dzieci, przekonana, że zabicie swojego potomstwa to konieczność – to nie jest przyjemny widok. Zachlapana krwią koszula nocna, zlepione potem włosy, oczy, w których odbija się szaleństwo i niezmordowane poszukiwanie ukrywających się dzieci – oto obraz, który naprawdę robi wrażenie. Trudno też oprzeć się skojarzeniom z Lśnieniem – tam mieliśmy ganiającego za swoją rodziną z siekierą Jacka Torrence'a, tu mamy matkę polującą na swoje dzieci z tasakiem. Czy jest to puszczenie oka do widza – nie wiem, ale ma to pewną moc symboliczną. Tasak to prymitywne narzędzie i myślę, że zostało wybrane celowo, bo jest właśnie jednoznaczne – służy do rozczłonkowywania, a jego widok to jasny sygnał – nie będzie jeńców. Szał zabijania, w jaki wpada matka, to jedna strona tego filmu.

Po drugiej stronie mamy uciekające dzieci. Niestety, z domu udaje się uciec tylko dwójce z nich: najstarszemu, Jimmiemu, i Cathy. Przesunięcie spektrum widzianego świata na zaszczute dzieci to posunięcie, w moim osobistym odczuciu, genialne. Dzieci nie wpadają na karkołomne pomysły, nie znają sztuk walki i nie używają broni – one po prostu uciekają, one się boją. Ich walka o ocalenie to zwrot ku najprostszemu i najsilniejszemu instynktowi: przeżyciu. W wydaniu dzieci nabiera to dodatkowego posmaku czegoś ostatecznego. Ścigane są przez dorosłego, silniejszego, szybszego, bezwzględnego potwora, który był kiedyś ich matką, a teraz nie spocznie, póki nie zaspokoi żądzy krwi. Od chwili ucieczki tej dwójki z domu automatycznie zaczynamy im kibicować, chcemy, by im się udało. Czy jest to możliwe? Nie powiem Wam – musicie dotrwać do końca projekcji.

Mógłbym wyczerpać słownik synonimów słowa „zachwycający”, a nie wiem, czy zdołałbym oddać to, jak wspaniale w rolę Jimmiego wcielił się Ridge Canipe. W chwili kręcenia filmu miał 14 lat! W przemyśle filmowym to pewnie nie tak znowu mało, ale nie każdemu dziecku udaje się stworzyć tak przekonującą i autentyczną rolę. Jako porównanie podam Haley'a Jola Osmenta (dziś już 21 letniego) z Szóstego zmysłu. To ta sama skala. Obu młodym dżentelmenom wróżę i życzę ze szczerego serca wielu sukcesów na niwie filmowej. Oglądanie Jimmiego uciekającego przed swoją matką-potworem, próbującego ocalić siebie i siostrę przed śmiercią to uczta dla oczu. Nie wiem wprawdzie ile dzieciaków zdobyłoby się na tak heroiczną walkę o życie, ale fakt, że Jimmy od dawna, pod nieobecność ojca, spełniał rolę w domu jedynego mężczyzny dodaje mu autentyzmu i woli walki. Większość filmu to pojedynek pomiędzy nim a matką, dodam, że pojedynek równorzędny i obfitujący w końską dawkę napięcia.

Jedyne, co wzbudziło mój niesmak pod koniec tego niezbyt długiego filmu (niecałe 80 minut) to jego zakończenie, ale nie tyle finał, co jego konsekwencje. Wolałbym, aby los matki uwikłanej w zamordowanie członków swojej rodziny (i paru innych istnień „po drodze”) był bardziej przewidywalny. Pomogłoby to utrzymać filmowi bardzo wysoki poziom napięcia do samego końca i uwiarygodniłoby wszystkie przedstawione w nim wydarzenia. Podam taki przykład. Czego z reguły spodziewamy się, gdy przez cały film trwa pościg za szaleńcem, gdy wokół strzelają gejzery krwi i przemocy, gdy jedyne, czego pragniemy to zakończenie tego koszmaru? Chcemy, by osoba czyniąca zło zapłaciła za swe czyny. Chcemy, by pogoń wreszcie go dopadła, żeby ktoś posłał go do ziemi, lub aby on sam odebrał sobie życie, zagoniony w miejsce, z którego nie ma ucieczki. Zamiast takiego zakończenia, swoistej rekapitulacji, dostajemy próbę przeniesienia grozy filmowych wydarzeń w naszą wyobraźnię, bowiem reżyser sugeruje, że wszystko się powtórzy. Tani chwyt, który utrącą filmowi pazur tuż przed metą. Mógł być z tego piękny kawałek złota, od pierwszej do ostatniej sceny, a tak mamy do czynienia z grudką złota, którą ktoś właśnie wydobył ze szlamu, ale nie zdążył obmyć.

Screeny

HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES HO, BABY BLUES

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ miejsce akcji: odosobnione, wolne od zaawansowanej techniki i dużych skupisk ludzkich
+ groza wydarzeń, niemal od samego początku filmu narasta napięcie
+ brutalność i nieuchronność wydarzeń: nie ma skąd uzyskać pomocy, bohaterowie muszą liczyć sami na siebie
+ doskonałe role dzieci, zwłaszcza najstarszego z nich
+ film ani na chwilę nie zwalnia tempa, nie ma chwili na oddech
+ krótka, skondensowana dawka okrucieństwa, która mogłaby wydarzyć się w domu naszych sąsiadów

Minusy:

– niesatysfakcjonująca końcówka, pozbawiona przysłowiowej „kropki nad i”

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -