Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:CAPE FEAR

CAPE FEAR

Przylądek strachu

ocena:10
Rok prod.:1991
Reżyser:Martin Scorsese
Kraj prod.:USA
Obsada:Robert De Niro, Jessica Lange, Nick Nolte, Juliette Lewis, Robert Mitchum, Gregory Peck
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:10
Ocena użytkowników:7.86
Głosów:14
Inne oceny redakcji:

Są takie filmy, o których mówimy „klasyka, legenda” czy, jak to się dziś zwykło mawiać: „kult”. Filmy, które są perłami danego gatunku, które stanowią wzorzec do naśladowania i obiekt mokrych snów reżyserów, chcących zakosztować sławy tych, którym w udziale przypadła wieczna chwała twórców dzieł niezapomnianych. „Przylądek strachu” Martina Scorsese to majstersztyk kina grozy, łączący w sobie geniusz reżysera, geniusz opowiadanej historii oraz fenomenalne aktorstwo. I tyle tytułem wstępu, bo reszta jest milczeniem.

Jestem z tego pokolenia, które uważa lata 90 za najlepsze lata w historii kina, muzyki i literatury. Jest to naturalnie przesadzona ocena, mocno podszyta sentymentem, ale po dziś dzień uważam, że dorastanie w czasach, gdy produkowano jedne z najlepszych filmów wszechczasów, nagrywano jedne z najwspanialszych albumów i gdy wreszcie można było czytać książki, które wcześniej ciężko było zdobyć – to był przywilej. Tym bardziej dumny jestem, że moim udziałem było oglądać narodziny tej klasy filmów, co „Przylądek strachu”, i być świadkiem popisów aktorskich jednego z najbardziej cenionych przeze mnie aktorów wszech czasów, Roberta De Niro. Lata 90 to szczyt jego kariery, a niemal każdy film, w którym zagrał, to koncertowy popis jego warsztatu i pokaz siły aktorstwa, jaki dzisiaj coraz rzadziej widać u młodszych adeptów X muzy.

Nie wyobrażam sobie innego aktora, który wcieliłby się w postać Maxa Cady'ego, opętanego żądzą wyrównania rachunków za czternastoletni pobyt w więzieniu, który, w jego mniemaniu, wyrządził mu wielką krzywdę. De Niro uczynił ze swojej postaci potwora, który na zawsze pozostanie w panteonie najbardziej makabrycznych postaci kina, obok Hannibala Lectera, bezimiennego zbrodniarza z „Siedem” Finchera czy choćby Johna Rydera z „Autostopowicza” (z Rutgerem Hauerem oczywiście). Max Cady to postać niejednoznaczna i dwulicowa, która potrafi czarować i okazywać niezwykłe opanowanie, aby za chwilę zmienić się w bezlitosnego kata, który nie zawaha się przed niczym, aby dopełnić swej zemsty. Robert De Niro włożył w postać Maxa nie tylko kunszt aktorski, ale także dokonał głębokiej psychoanalizy postaci, dzięki czemu jej zachowania są wyrachowane, a jednocześnie nie pozostawiają wątpliwości co do swojego autentyzmu.

Max Cady to postać skrzywdzona. Trafił do więzienia za brutalne pobicie i zgwałcenie 16-letniej dziewczyny, ale jego obrońca nie przedstawił w sądzie ważnego dowodu, który mógłby znacznie zmniejszyć wymiar kary. Cady trafił do zakładu penitencjarnego na 14 lat, w czasie których przeszedł głęboką przemianę, zamieniając się z gwałtownika i brutala, jakim z pewnością był wcześniej, w wykształconego znawcę prawa i postać o bardzo silnym kręgosłupie moralnym. Przemiany osobowościowe dokonujące się w więzieniach to rzecz w kinie nie nowa, ale postać Maxa, który równie łatwo rzuca cytatami z podręczników prawa, co z Biblii, i którego oczy są otchłaniami szaleństwa i mroku, to majstersztyk postaci zbrodniarza. Nie ma w nim krzty sztampy, zbędnego gestu czy słabszego momentu – De Niro odgrywa postać w taki sposób, jakby miał okazję podglądać Cady'ego w akcji, jakby sam miał okazję zakosztować zbrodni i zemsty. Wiele ze scen z udziałem De Niro jeszcze dziś, po 18 latach od premiery filmu, budzi wstręt i prawdziwą grozę. Zaręczam Wam, że wiem, co mówię, ponieważ przed napisaniem tych słów odświeżyłem sobie film i z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że Max Cady to koszmarna postać, która mogłaby śmiało bić się o tron z tuzami kina grozy. Wszelkie poczynania Maxa motywowane są chęcią wyrównania krzywd. Jego celem jest adwokat Sam Bowden (w tej roli znakomity Nick Nolte) oraz jego rodzina (Jessica Lange w roli żony Leigh oraz Juliette Lewis jako córka Danielle) – to oni mają zapłacić za cierpienie Maxa i nie ma takiej siły, która go przed tym powstrzyma.

Cały film to doskonale nakręcona spirala przemocy i szaleństwa. Z jednej strony mamy Maxa, który osacza rodzinę Bowdenów i powoli koncentruje na sobie całą ich uwagę, aż do momentu, gdy staje się jasne, że rozwiązanie może być tylko jedno. Na drugiej szali mamy troje na pozór zwyczajnych ludzi, którzy zostają wplątani w misterny plan zemsty i którzy początkowo nie wiedzą, jak poradzić sobie z sytuacją. Tutaj Scorsese trafił w samo sedno. To bezpośrednie nawiązanie do odczuć widza – jak my poradzilibyśmy sobie w takim położeniu? Jak my, zwykli ludzie, potrafimy radzić sobie z nienormalnymi sytuacjami, gdy w grę wchodzi nasze bezpieczeństwo, a nawet życie? Losy rodziny Bowdenów to pewna metafora ofiary zaszczutej przez bezwzględnego i wyrachowanego myśliwego, który nie cofnie się przed niczym. Są wszak tylko dwa rozwiązania takiej układanki: dać się zagnać w pułapkę i zginąć, albo próbować ocalić życie. Film doskonale pokazuje, jak Max Cady niszczy spokojne życie rodziny Bowdenów, wprowadzając chaos i niepewność, odbierając tak cenne dla każdego człowieka bezpieczeństwo. Max niszczy także tkankę rodziny, nastawiając córkę przeciw rodzicom i żonę przeciwko mężowi. To wszystko jest bardzo zwyczajne i przez to przerażające. Nie ma tu żadnej nadnaturalności, jedynie zwykli ludzie w zwykłym mieście, którzy zostają zagnani na skraj przepaści i muszą walczyć o życie.

Zachowania rodziny Bowdenów przywodzą na myśl metaforę Makbeta, uwikłanego w spiralę mordu, z której nie było odwrotu. Podobnie dzieje się tutaj – ojciec rodziny, Sam, sięga po coraz radykalniejsze środki, które mają na celu pozbycie się Maxa z miasta. Z czasem, czego sam nie zauważa, wkracza na drogę, z której nie można zawrócić. Zostają tylko oni i Max, a cały świat przestaje istnieć – z tego pojedynku może wyjść tylko jeden zwycięzca, a cena triumfu może być ogromna. Grozę wydarzeń podkreśla bardzo sugestywna muzyka, ograniczona w zasadzie do jednego motywu przewodniego, która od pierwszych minut filmu nie pozostawia złudzeń, co będziemy oglądać. Sam film przedstawiony jest dość klasycznie. Nie ma tu żadnej wielkiej techniki, efektów cyfrowych czy popisów kaskaderskich (czasem tylko pojawiają się ujęcia jakby „rentgenowskie”, które sugerują, że podglądamy, a nie oglądamy dziejące się wydarzenia). Dominuje napięcie znane z filmów mistrza gatunku, Hitchcocka. Dużo plenerowych ujęć, zbliżeń na twarze głównych postaci i odmalowujące się na nich emocje, a także chwile pozornego spokoju, gdy mamy okazję wejrzeć głębiej w dramat postaci i mocniej się z nimi identyfikować. Takich filmów dziś się już nie robi. Kulminacja wydarzeń następuje oczywiście, jak przystało na prawdziwy film grozy, w samej końcówce, gdy przychodzi czas na pojedynek dwóch gladiatorów. I tutaj Scorsese wykazał się wielkim smakiem, osadzając końcową walkę Maxa i rodziny Bowdenów na łodzi niesionej przez rozszalałe fale rzeki. I dziś ogląda się to doskonale, a miotana burzą łódź i szalejący wokoło wiatr tylko wzmacniają apokaliptyczny wydźwięk rozgrywającego się na naszych oczach dramatu.

Nie tylko De Niro daje w filmie popis aktorstwa najwyższej próby. Równie doskonałe kreacje stworzyli Jessica Lange, która bardzo wiernie portretuje nieco zmęczoną małżeństwem, ale wciąż atrakcyjną żonę, która wie, że miłość i wierność męża to już tylko odległe wspomnienie, ale także kobietę, która w chwili zagrożenia potrafi walczyć o swych bliskich. Z kolei Juliette Lewis kreuje niejednoznaczną i podszytą erotyzmem postać piętnastolatki, nie tylko buntującej się przeciw wartościom swych rodziców, ale także potrafi omotać swym czarem Maxa Cady'ego (scena pocałunku jest wyraźnie podszyta pedofilią). W chwili kręcenia filmu Juliette miała zaledwie osiemnaście lat i w jej roli widać wyraźnie, że ma w sobie nie tylko wielki talent aktorski, ale także nietuzinkową osobowość. Smaku filmowi dodają epizodyczne role legend kina, Pecka i Mitchuma, które dobitnie świadczą o klasie obrazu Martina Scorsese.

Wydaje mi się, że „Przylądkowi strachu” nieco zaszkodziła sława „Milczenia owiec”, który wszedł na ekrany ledwie pół roku wcześniej. Blask roli Hopkinsa jako Hannibala-Kannibala z pewnością osłabił aurę potworności wokół osoby Maxa Cady'ego. Tak potężni rywale nie mogą zajmować podium razem, więc ktoś ten pojedynek musiał przegrać. Los chciał, aby to Hannibal Lecter stał się najbardziej przerażającą postacią kina lat 90. Sądzę jednak, że czuje on na plecach zimny oddech Maxa. Ich kinowy pojedynek mógłby być arcyciekawy – Max, nieco nieokrzesany i prostolinijny Amerykanin z prowincji, kontra arystokrata Lecter, wysublimowany morderca-koneser. I to Wam, drodzy Czytelnicy, a zwłaszcza Waszej wyobraźni pozostawiam przebieg tego filmu-pojedynku. Jeśli o mnie chodzi, „Cape Fear” pozostanie po wsze czasy perłą w koronie kina grozy i wszyscy, którzy uważają inaczej, mogą się ze mną pojedynkować w obecności sekundantów Lectera i Cady'ego.

Screeny

HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR HO, CAPE FEAR

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ doskonały scenariusz i potęgujące się napięcie
+ znakomicie oddana atmosfera osaczenia i autentycznego zagrożenia
+ fenomenalna rola Roberta De Niro
+ film będący hołdem dla klasycznego kina grozy i ukłonem dla Hitchcocka
+ dynamizm akcji i wciąż rozpędzająca się spirala szaleństwa

Minusy:

- dla dzisiejszego widza, rozleniwionego nadmiarem akcji i niepotrzebnym natłokiem wrażeń, film może nieco „trącić myszką”, ale to tylko przypuszczenie
- brak innych, widocznych wad

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -