Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:GNAW

GNAW

Gnaw

ocena:5
Rok prod.:2009
Reżyser:Gregory Mandry
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Hiram Bleetman, Carrie Cohen, Nigel Croft-Adams, Sara Dylan, Gary Faulkner, Rachel Mitchem
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Zacznę od samokrytyki. Dość często zdarza mi się widzieć wiszące w różnych miejscach plakaty lub zwykle domowe wydruki zawierające zdjęcie zaginionej osoby oraz apel o pomoc w jej odnalezieniu. Najczęściej apele takie wystosowuje rodzina, której córka/syn zaginęli. Znacznie rzadziej widać w Polsce szeroko zakrojoną akcję poszukiwania zaginionych osób przez władze/policję oraz ochotników cywilnych. Z reguły zajmują się oni porwaniami notabli, biznesmenów i innych ważnych osobistości – odnalezienie tzw. „zwykłych śmiertelników” nie jest objęte aż takim rozgłosem. Wyznam więc szczerze, że tego typu zjawisko nie robiło dotąd na mnie większego wrażenia. Oczywiście, że żal mi każdej strony uwikłanej w takie zdarzenia, ale dotąd sądziłem, że zaginione osoby prędzej czy później się odnajdują. Okazuje się jednak, jeśli poczytać statystyki, że tak nie jest. Większość nie odnajduje się nigdy.

Tego rodzaju konstatacja jest punktem wyjścia dla zaledwie 70 minutowego horroru pt. „Gnaw” (czyli, w wolnym tłumaczeniu, „ogryzać”). Na terenie bliżej nieokreślonej angielskiej prowincji dochodzi do serii zaginięć młodych osób w różnym wieku, a także różnej płci i rasy. Zaginione osoby, mimo zakrojonych na szeroką skalę akcji poszukiwawczych, nigdy się nie odnajdują. Przyznam, że na samym początku temat wydał mi się interesujący i liczyłem, że będzie dość mrocznie. Już pierwszy kadr filmu pokazuje uciekającą przez las młodą dziewczynę, której pokiereszowany wygląd oraz skąpe odzienie sugerują wyraźnie, że stara się przed kimś/czymś uciec. Ucieczka jest nieudana – po serii dość komicznych upadków (jak to się dzieje, że uciekający w filmach ludzie tak często się potykają?) dziewczyna zostaje złapana przez ścigającego ją prześladowcę (pokazane zostają tyko jego nogi w zabłoconych kaloszach oraz słychać artykulację głosową przypominającą charkot wściekłego psa). Reżyser podejmuje od razu bardzo ryzykowny krok – odsłania kulisy zaginięć i wyjaśnia, co dzieje się z ofiarami. Otóż oprawca zaciąga je do bliżej nieokreślonego, ale na pewno odludnego miejsca, gdzie zadaje im śmierć w sposób bardzo okrutny – poprzez rozczłonkowanie. Po zabójstwie każdą część ciała mieli w maszynce do mięsa. W jakim celu? Możemy zgadywać: może chce usunąć ślady zabójstw? Może karmi nim swoje świnie/psy? Może sam je zjada?

Następne ujęcie to przebitka na podawanego w przydrożnej przyczepie hamburgera. Zakładam, że reżyser chciał uzyskać efekt niesmaku, ale w moim odczuciu, tym właśnie gestem zniszczył całą fabułę filmu. Od razu bowiem da się odczytać podtekst i przeznaczenie szczątków zabijanych w odludnym miejscu ofiar. Dodam też, że wytrawnym wielbicielom horrorów taki zabieg może wydać się albo bardzo trywialny, rujnujący nastrój filmu (ja do nich należę), albo stanie się dla nich zapowiedzią klasycznej „rzezi”, którą tak bardzo cenią, zwłaszcza, jeśli do dyspozycji jest popcorn i piwo. Tak czy inaczej, reszta filmu jest już przewidywalna. Na wspólny wypad weekendowy wybiera się grupa sześciorga młodych ludzi, którzy trafiają do malowniczo położonego, starego domu. Dom jest bardzo ładny, ma swój charakter i skrywa jakąś tajemnicę – widać to gołym okiem. Nie do końca wprawdzie wiadomo, w jakim konkretnym celu nasza wesoła gromadka postanowiła wybrać się na łono przyrody, ponieważ w zasadzie nic nie robią poza spędzaniem czasu w domu (nie wzięli nawet zapasów na weekend i muszą po nie dopiero pojechać! – przyznacie, że to kiepskie planowanie?), ale my, Widzowie, wiemy już, że bezpiecznie do domu nie wrócą. Dom, początkowo opuszczony, okazuje się być pod opieką dość sympatycznej, ale nieco dziwacznej starszej pani, której charakter wypada gdzieś pomiędzy nieco stukniętą wiedźmą a dobroduszną i nieco ograniczoną umysłowo babinką. Nasi bohaterowie są od początku obserwowani przez personę, która szybko daje się zidentyfikować jako nasz „powarkujący” jegomość, który w samej introdukcji filmu ścigał po lesie odzianą w halkę dziewoję. Wybaczcie, że piszę to wszystko z dużą dozą ironii, mimo że temat porwań i bestialskich mordów na młodych ludziach nie nastraja do śmiechu. Ironia bierze się bowiem stąd, że reżyser film po prostu „położył”. Chociaż widać, że starał się nadać dziejącym się wydarzeniom odpowiednią grozę, podlaną nieznaczną dawką gore, to temat mu się najzwyczajniej wymknął, uciekając w stronę schematów, naśladownictwa (chociażby horrory francuskie jak „Frontieres”, chociaż film nie jest w połowie tak dosadny) i bolesnej przewidywalności. Od chwili, gdy dwójka młodych ludzi udaje się do miasta po zakupy, a po drodze postanawia zatrzymać się na małe „uciechy” na polanie, film zamienia się w klasyczną sieczkę w klimacie myśliwy-ofiary. Przez resztę projekcji obserwujemy sekwencję mordów i osaczania naszej weekendowej paczki przyjaciół wewnątrz domu, a jedynym uatrakcyjnieniem tego dość nudnego widowiska jest próba odgadnięcia kolejnego posunięcia fabularnego reżysera (Wyważy drzwi czy wejdzie oknem? Zdoła mu uciec czy wpadnie prosto w jego łapy? Itp.) oraz obstawianie, kto z naszych bohaterów uniknie zagłady. Tradycyjnie, wiele więcej z fabuły nie zdradzę, żeby Drodzy Widzowie mieli choć trochę przyjemności i satysfakcji z seansu.

Pan Mandry podjął próbę zarysowania głównych postaci filmu, ale ograniczył się jedynie do wesołej gromadki naszych angielskich turystów. Nie można powiedzieć, żeby byli oni zupełnie bezosobowi, łączą ich namiętności i różne relacje, ale brak w ich zachowaniach i rozmowach autentyczności i charakteru. Widać wyraźnie, że aktorom brak doświadczenia i odgrywają zachowania i dialogi przewidziane dla nich w scenopisie. Nie podejmują zbyt wielu prób dodania do postaci jakiejś drapieżności czy indywidualizmu. Doskonałym kandydatem do takiego zabiegu jest Jack (bezczelny i niedojrzały emocjonalnie młodzieniec) oraz Lorrie – nosząca się na czarno „gotka”, która wydaje się mieć najciekawszą ze wszystkich postaci osobowość, ale zupełnie jej nie eksponuje. Na jej obronę mogę dodać tylko tyle, że w konsekwencji to ona okaże się mieć największy hart ducha spośród całej grupy. Niestety, nic nie oferuje się widzowi w odniesieniu do głównego protagonisty, Pana Warczącego, którego tożsamość poznajemy w trakcie filmu dość szybko, ale niczego się o nim nie dowiemy. Do samego końca pozostanie nieco infantylnym siepaczem, który sprawia wrażenie umysłowo niedorozwiniętego. Szkoda, że reżyser postanowił zrobić z niego robota do zabijania o twarzy rosyjskiego boksera (kłania się Kliczko – z całym szacunkiem dla niego, bo idiotą nie jest), ponieważ w połowie filmu okazuje się, że w jego sercu zalęgło się uczucie do Lorrie. Kolejna porażka w budowaniu wielowątkowości po stronie reżysera. Na sam koniec zostaje nam jeszcze nieco stuknięta babcia-opiekunka domu, która faszeruje naszych gości wiktuałami rodem z dziecięcych bajek o Jasiu i Małgosi. Także tutaj pan Mandry daje nam niewielki wgląd w jej psychikę – dowiadujemy się tylko, że Pan Warczący i Babcia Kucharka to najprawdopodobniej rodzina o podobnych upodobaniach rozrywkowo-kulinarnych. Reszta to już tylko krzyk kolejnych mordowanych, a do samego końca nie możemy oprzeć się wrażeniu, że film jest właściwie o niczym szczególnym – ot, dwa dni z życia maniakalnych zabójców.

W całościowej ocenie muszę niestety uznać, że film nie jest również straszny. Nierówny rozkład wątków grozy i przemocy powoduje, że napięcie na przemian skacze i opada, a z czasem, gdy przyzwyczaimy się do konwencji filmu, siada bezpowrotnie. Jest to o tyle dziwne, że miejsce i charakter akcji mają sporo do zaoferowania, a film ma potencjał do przedstawienia naprawdę brutalnej i atawistycznej walki o przetrwanie (patrz: „Frontieres”). Myślę, że zawiodły proporcje i niezdecydowanie reżysera, który próbuje połączyć niemożliwe: seryjne morderstwa, których cel nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z psychopatami, oraz puszczanie do widza oka, że to wszystko nie jest do końca serio. Brak konsekwencji osłabia film i znosi go na płytkie wody komediohorroru, którym w założeniu, jak się wydaje, miał nie być. Nie pomaga w tym także aktorstwo bohaterów – szczególnie rażą sceny „krzyczane”, gdzie zwłaszcza żeńska część obsady aktorskiej przywołuje najbardziej infantylne zagrania rodem z kina niemego, gdzie strach był tak sztuczny, że aż celuloid trzeszczał. Szkoda tego filmu, bo ogląda się go znośnie, ale nie sposób się go bać – gdyby odjąć rzadkie sceny przemocy, mielibyśmy średnio udane naśladownictwo Hitchcocka, byłoby może trochę grozy. Gdyby z kolei dodać przemoc i powagę, byłaby angielska odpowiedź na „Frontieres”. Niestety, film próbuje zjeść jabłka z koszyczka i jednocześnie zachować je nietknięte – taka sztuka udać się nie może.

Screeny

HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW HO, GNAW

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ mroczna atmosfera, klimatyczne miejsce i pora roku
+ dobra muzyka, która podsyca atmosferę i przywołuje skojarzenia z dawnym sposobem kręcenia horrorów
+ oszczędne prowadzenie kamery, skupiające się na najważniejszych aspektach akcji
+ nie ma niepotrzebnych dłużyzn i zbędnych dialogów
+ film jest na tyle krótki, że nie nuży aż do samego końca

Minusy:

- brak tła akcji i interakcji między bohaterami
- dominujące odczucie, że w filmie właściwie o nic specjalnego nie chodzi
- gra aktorska jest mocno poniżej oczekiwań, można było wydobyć z postaci znacznie więcej
- postać głównego zabójcy jest zaskakująco pozbawiona charakteru i nie czuć od niej zła, które widać w czynach

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -