Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LONG WEEKEND (remake)

LONG WEEKEND (remake)

Długi weekend

ocena:6
Rok prod.:2008
Reżyser:Jamie Blanks
Kraj prod.:Australia
Obsada:Jim Caviezel, Claudia Carvan
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:4
Głosów:3
Inne oceny redakcji:

Przyroda. Matka Natura. Matka Ziemia. Gaia. Każda kultura miała odrębne słowo, które opisywało jedyny człowieczy dom, jaki mamy – naszą własną, „niebieską planetę”. Wedle każdej bez wyjątku mitologii winniśmy jej cześć i uwielbienie, bo ona nas karmi, nosi i karze, gdy jako te krnąbrne dzieci, postąpimy wbrew jej woli. Przewrotna natura człowieka powoduje jednak, że wielbienie planety jako kolebki życia nie przeszkadza nam toczyć z nią wojny. Wojny, dodajmy, którą konsekwentnie przegrywamy. Nie miejsce tu wprawdzie na kazania i moralitety, ale trudno uciec od posępnych konkluzji i klisz: człowiek w starciu z przyrodą nie ma żadnych szans. Niby jest to oczywista prawda, która ociera się o banał, ale wydaje się, że trzeba nam o tym nieustannie przypominać. Szkoda jedynie, że nie płynie z tego żadna inna nauka, jak tylko ta, że jeżeli człowiek to najdoskonalszy twór w łańcuchu przyrody, to ewolucja sama sobie ukręciła powróz.

Film zaczyna się przepięknymi ujęciami australijskiej przyrody. Kamera niespiesznie przepływa nad krajobrazem długimi, panoramicznymi ujęciami. Nastrojowa, minimalistyczna muzyka podbija atmosferę oglądanych obrazów, a człowiek rozpiera się wygodnie na kanapie w oczekiwaniu na wchłonięcie przez magię świata przedstawionego. Już od pierwszych fragmentów filmu wiemy, że jego bohaterem będzie przyroda. Dzikość australijskiego krajobrazu nie niesie jednak obietnicy sielanki, ale groźbę. Od razu widzimy jak malutki jest człowiek w zetknięciu z nią, gdy dwoje tzw. „nowoczesnych” ludzi wdziera się do enklawy dzikiej przyrody swoim terenowym samochodem – panoramiczne prowadzenie kamery powoduje bowiem, że odnosimy wrażenie, iż las dosłownie wchłania samochód i jego pasażerów. Maleńki intruz, który porwał się na rywalizację z kolosem. Mit mówi, że Dawid powalił Goliata sprytem. Rzeczywistość okazuje się odmienna: Dawid i Goliat na pewnej płaszczyźnie byli sobie równi. Człowiek i przyroda to oddzielne byty, a ich relacja jest jednostronna: my potrzebujemy planety i jej zasobów, żeby żyć. Ona świetnie radziła sobie bez nas i z pewnością nie miałaby obiekcji, gdyby te czasy znów powróciły.

Kruchość człowieka i jego losu widać równie przejrzyście w dwójce głównych bohaterów: Peterze i Carli. Ich małżeństwo znalazło się na krawędzi i oboje mają siebie serdecznie dość. Wypad nad ocean w czasie australijskiego długiego weekendu wydaje się być próbą ponownego nawiązania normalnych kontaktów między mężem i żoną. Oboje to typy mieszczańskie, otoczeni cywilizacją i techniką, uwikłani w pogoń za pieniądzem i karierą. Brzmi znajomo, prawda? Nawet jeśli ta dwójka jawi się nam jako nieznośnie stereotypowy obraz współczesności, który dodatkowo powoduje u nas odruch obrzydzenia, musimy sobie zdać sprawę, że nasze życie w dużej mierze wygląda właśnie tak. Peter to nuworysz, nieco zepsuty, wydający dużo pieniędzy na zabawki hi-fi: symbol współczesnego, dandysowatego mężczyzny, który czaruje białymi zębami i świetną koszulą. Na podstawie jego zachowań w filmie widać, że nie jest do cna zepsuty i w głębi duszy tęskni za normalnością, ale na wierzchu dominuje w nim egoizm i niezdolność do kompromisu. Carla to raczej introwertyczka, zamknięta we własnym miejskim życiu, nieskora do szaleństw i spontanicznych zachowań, dość oszczędna w emocjach i wyraźnie znudzona mężem. Szybko okazuje się, że poza klatką miasta nie czuje się swobodnie i traci poczucie bezpieczeństwa. Oboje oczekiwali, że wyjazd będzie dobrą zabawą i pozwoli napełnić ich związek nową energią.
Niestety, od samego początku wszystko idzie nie tak. Peter i Carla mieli pojechać razem z drugim małżeństwem, które także przechodzi kryzys. Coś ich jednak zatrzymuje i nasi bohaterowie zmuszeni są jechać sami. Podróżują w nocy, w rzęsistym deszczu. Podróż dłuży się niemiłosiernie, a rozmowa w samochodzie wyraźnie się nie klei. Traf chce, że chwila nieuwagi na drodze powoduje, że Peter potrąca i zabija młodego kangura. Poszukiwania plaży nad oceanem, na której mieli spędzić weekend, utrudnia gęsty las i niemal zerowa widoczność. Niebawem staje się jasne, że plaży nie uda się znaleźć w takich warunkach, a pomiędzy Peterem i Carlą wybucha kłótnia (pierwsza z całej serii, do których dojdzie jeszcze w czasie weekendu). Pierwszą noc bohaterowie spędzają w samochodzie.

Od samego początku widać też przepaść, jaka dzieli oboje małżonków. Peter zachowuje się nonszalancko i nastawiony jest na zabawę raczej solo. Wziął ze sobą rekwizyty, które sugerują, że nie uwzględnił potrzeb żony: harpun, który ma posłużyć do polowania na ryby i strzelbę ojca (Carla nie znosi broni), która pojawiła się w samochodzie właściwie nie wiadomo dlaczego – na myślistwo trzeba mieć wszak licencję. Do tego deskę surfingową chociaż wie, że żony na surfowanie po oceanie nie namówi. Carla nie ma właściwie żadnych innych zajęć poza typowo obozowymi: gotowanie, doglądanie porządku i zabijanie czasu zajęciami, które sama sobie wymyśli. U obojga widać także lekceważenie dla otaczającej przyrody i to nieznośnie ludzkie poczucie technologicznej wyższości nad prymitywnym i, zdawałoby się, dobrze znanym światem: Peter byle gdzie wyrzuca niedopałki, plastikowe siatki i butelki, a Carla spryskuje aerozolem na robaki gniazdo owadów, które uznała za intruzów w ich własnym środowisku. Wydaje mi się, że reżyser nie wykazał się tutaj nadmierną konsekwencją: u bohaterów nie widać zachwytu miejscem, w którym się znaleźli, a zaśmiecanie miejsca obozowania wydaje się domeną raczej chuliganów albo prostackich gburów, którzy przyrodę traktują jak wysypisko śmieci. Peter i Carla to zdecydowanie ludzie wykształceni, którzy powinni wiedzieć to i owo o zachowaniu w lesie/na plaży. Zupełnym kuriozum jest już scena, gdy Peter wyrzuca do oceanu butelkę po piwie, a następnie strzela do niej dla zabawy. Tak zachowują się wygolone na łyso homunkulusy, które tak dobrze znamy z własnych osiedli, ale ludzie z klasy średniej? Jeśli miało być to przypomnienie, że nie szata zdobi człowieka i za fasadą kultury kryją się chamy, to reżyser fatalnie spudłował, przypisując taką dwulicowość akurat tym dwojgu.

Na tym jednak nie koniec niekonsekwencji i ślepych uliczek scenariusza. Małżeństwo nie podejmuje żadnej próby nawiązania kontaktu ze znajomymi, którzy mieli do nich dotrzeć najpóźniej następnego dnia. Peter lekceważy nagabywanie Carli i zupełnie ignoruje potrzebę udania się gdziekolwiek, gdzie zasięg pozwoliłby na nawiązanie łączności telefonicznej. Nikt rozsądny tak by nie postąpił. Innym jeszcze przykładem nielogiczności jest bezmyślne i okrutne zastrzelenie przez Petera bliżej nieokreślonego stworzenia pływającego w oceanie (później okaże się nim krowa morska) tylko dlatego, że Carla widziała jakiś kształt pływający w wodzie za Peterem. Nie przeszkadza to jednak Peterowi robić Carli wymówek o to, że rozbiła o drzewo jajo orła. Człowiek postępujący w ten sposób zdradza poważne problemy ze zdolnością do racjonalnego postępowania i oceny swoich zachowań. Nie do końca wiadomo także, co małżonkowie mieli zamiar robić razem przez cały weekend i dlaczego, mimo iż zdają sobie sprawę, że w nocy pobłądzili i trafili w inne miejsce niż zamierzali, nie podejmują próby powrotu na szosę i zorientowania się w sytuacji (i nawiązania kontaktu ze znajomymi). Można pokusić się o wniosek, że bytność bohaterów w miejscu, w którym się znaleźli, nie ma żadnego racjonalnego powodu, a decyzja o pozostaniu to fanaberia niepodyktowana niczym innym, jak robieniem sobie na złość.

To chyba najpoważniejszy mankament filmu: brak logiki i przyczynowości. Większość zdarzeń mających miejsce na i w pobliżu odludnej plaży gdzieś nad australijskim oceanem to zestaw nie do końca powiązanych ze sobą jednostkowych wypadków, dla których wspólnym mianownikiem pozostaje wtargnięcie lekkomyślnego i butnego przedstawiciela homo sapiens w dzikie i pierwotne ostępy, co musi zostać ukarane. Na nasze szczęście słabo pozszywany scenariusz zostaje umiejętnie przykryty dobrze zbudowanym napięciem oraz minimalizmem techniki filmowej, bowiem w filmie jest tylko troje bohaterów: Peter, Carla i przyroda. Dość wysoki poziom dynamiki akcji oraz często obecne w filmie napięcie osiągnięte zostało niewielkimi środkami i bez specjalnego sięgania po tanie efekciarstwo. Dzięki temu film ogląda się dobrze, a dobre tempo i umiejętnie zbudowane poczucie zagrożenia i osaczenia powoduje, że film nie nuży. Jest to osiągnięcie zasługujące na uznanie tym bardziej, że film nie ma właściwie osi akcji, a stanowi raczej przesłanie o zabarwieniu moralitetu, które da się streścić w paru słowach: nie igraj z Matką Ziemią, bo dostaniesz po łapach.

Cały film to nieco ponad 80 minut pouczenia o tym, że przyroda ukarze śmiałków, którzy rzucą jej wyzwanie. Z uwagi na prostackie i niszczycielskie zachowanie bohaterów, a szczególnie Petera, który niszczy drzewa (jako źródło opału zamierzał ściąć całe drzewo), zaśmieca środowisko i zabija żyjące w nim stworzenia (strzela nie tylko do krowy morskiej), film nazwałbym horrorem turystycznym, w którym odnajdujemy nie tylko grozę człowieka osaczonego przez nieprzyjazną i obcą mu przyrodę, ale także przeglądamy się jak w lustrze w zachowaniu tzw. turystów, którzy nie tylko kalają własne gniazdo, ale i przypominają nam, że my sami, jako ludzie, nie jesteśmy od nich lepsi.

Long Weekend to solidnie zrobiony moralitet o triumfującej przyrodzie, która wdeptuje w ziemię robactwo, jakim jest człowiek. Chociaż taki temat trąci nieco tandetą, to film nie stanowi jakiejś szczególnej obrazy dla szarych komórek i nie wywołuje tzw. odruchu piętnastej minuty, gdy odruchowo wyłączamy film, którego nie da się oglądać. Szkoda tylko, że reżyser nie zadbał o morał tej historii. Mógł bowiem pokusić się o przydanie pokazanym wydarzeniom dodatkowego tła i dna, skierować je do określonego punktu, który stanowiłby puentę spinającą całość w spójną opowieść. A tak, dostajemy tylko podprogowe ostrzeżenie: nie jedźcie na odludne plaże w Australii, a już na pewno nie sami. Fatalny przekaz dla Australii, która na pewno żyje z turystyki.

Screeny

HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake) HO, LONG WEEKEND (remake)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ minimalizm świata przedstawionego, oszczędne środki artystyczne
+ dobrze zbudowane i podtrzymane napięcie
+ dynamiczna akcja, która nie grzeszy logiką, ale nie można jej odmówić konsekwencji
+ dobra, oszczędna gra aktorska
+ krajobrazy Australii i odgłosy przyrody, które dominują w filmie

Minusy:

- nielogiczności w scenariuszu, które prowadzą do szeregu bezsensownych zachowań bohaterów
- brak spójności i konsekwencji w zachowaniach bohaterów
- niepogłębione relacje między dwojgiem małżonków, którzy nie potrafią przekonać widza do tego, czy się ostateczne nienawidzą, czy jednak wciąż kochają
- film prowadzi donikąd i nie opowiada zwartej historii

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -