Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:MANHUNTER

MANHUNTER

Czerwony smok

ocena:8
Rok prod.:1986
Reżyser:Michael Mann
Kraj prod.:USA
Obsada:William Petersen, Kim Greist, Joan Allen, Brian Cox, Dennis Farina, Staphen Lang, Tom Noonan
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:7.67
Głosów:3
Inne oceny redakcji:

Któż nie lubi thrilerów o maniakalnych zabójcach? Kogo nie fascynuje możliwość wglądu w świat psychopatów, dewiantów i osób, których zainteresowania i potrzeby odbiegają, ujmując rzecz delikatnie, od statystycznej normy? Nie sądzę, żeby wielu z Was, Drodzy Czytelnicy, stanowczo zaprzeczyło. A co powiecie, jeśli na okrasę dostaniecie możliwość obcowania z prawdopodobnie najsłynniejszym i najbardziej zdeprawowanym ze wszystkich psychopatów, jakich stworzyło kino? Tak, mówię o Hannibalu Lecterze, którego nie sposób pomylić z kimkolwiek innym. Czy to wszystko nie wystarczy, aby sięgnąć po film? Ja przynajmniej kierowałem się właśnie takimi przesłankami, gdy moim oczom, chciwie wypatrującym rarytasów do kupienia na półce z filmami w Media Markt, ukazał się film „Manhunter”. Gdzieś biją dzwony? Nie? Tak też myślałem...

O istnieniu tego filmu dowiedziałem się z lektury, skądinąd fascynującej, biografii Antony'ego Hopkinsa. Postaci tej przedstawiać nikomu nie trzeba, a udział tego aktora w stworzeniu, rozsławieniu i zapisaniu postaci Hannibala Lectera w panteonie legend kina grozy jest przysłowiową perłą w koronie wśród wszystkich ról filmowych sir Anthony'ego. Hannibal Lecter, morderca-arystokrata o wysublimowanym smaku i całkowicie zaburzonym postrzeganiu wartości aksjologicznych, to postać mroczna i przepełniona skończonym złem, której wyczyny mogliśmy, ośmielę się użyć tego słowa, „podziwiać” w aż trzech odsłonach: w „Milczeniu owiec”, „Hannibalu” i „Czerwonym smoku”. Celowo nie piszę o prequelu „Hannibal, po drugiej stronie maski”, ponieważ, mimo starań twórców, nie wpisuje się on w narrację całej „trylogii”, a także nie legitymuje się mistrzowskimi popisami aktorskimi pana Hopkinsa (na czym zresztą niewymownie traci). Sir Anthony do tego stopnia zrósł się z rolą, że trudno sobie wyobrazić, by Hannibal mógł zostać zagrany przez kogokolwiek innego. Tymczasem w omawianym filmie w rolę tę wciela się Brian Cox, aktor szalenie utalentowany i charakterystyczny, który już dawno udowodnił, że należy do ścisłej czołówki aktorów wybitnych, którzy skrupulatnie budują swoje postaci i nie posiłkują się tanim efekciarstwem. Rola Hannibala Lectera powinna zatem być dla niego jednym z filarów dorobku zawodowego, ale tak się nie stało. Film „Manhunter” to zdecydowanie jedna z zapomnianych pozycji w filmografii aktora, a także mniej znane dzieło reżysera Michaela Manna.

Powiem szczerze, że recenzowanie tego filmu bez odnoszenia się do znakomitego remaku „Czerwony smok” nie ma w zasadzie większego sensu. Gdyby skupić się na tym dziele jednostkowo i potraktować je jako jeden z wielu thrillerów o psychopatycznych zabójcach, recenzja byłaby nie tylko krótka, ale także mało przychylna. Michael Mann serwuje nam bowiem opowieść utrzymaną w kanonie i klimacie lat 80-tych, opowiadaną niespiesznie i jakby z dystansu, bez odwoływania się do nut emocjonalnych. W aktorskich interpretacjach Williama Petersena (Will Graham), Dennisa Farriny (agent Crawford), Toma Noonana (Francis Dollarhyde) oraz Briana Coxa (Hannibal Lecktor) nie odnajdziemy pasji ani subtelnych niuansów kreślących indywidualne cechy charakteru. Filmy z tego okresu starają się zrobić na nas wrażenie niejako całościowe, odwołując się do pozycji spektatora, który obserwuje rozwój wydarzeń z pozycji widza wieczornych wiadomości i doznaje szoku na wieść o pojawieniu się maniakalnego zabójcy szalejącego w jego rodzinnym mieście. Z tej bezpiecznej pozycji na kanapie przychodzi nam zmierzyć się z Francisem Dollarhydem, zabójcą opętanym manią wielkości i przekonanym, że jest nadczłowiekiem, wcieleniem mitycznej postaci smoka. Dziś, z perspektywy 23 lat, film Michaela Manna ogląda się z lekkim przymrużeniem oka przede wszystkim dlatego, że jego montaż i praca kamery przypomina dwa odcinki „Miami Vice” połączone w jeden. Historia opowiadana jest z perspektywy agenta FBI odpowiedzialnego za tworzenie portretów psychologicznych maniakalnych zabójców (w j. angielskim zawód ten brzmi, przyznaję uczciwie, znacznie lepiej: profiler). Ciężar historii od samego początku położony jest na osobę tegoż właśnie agenta-psychologa, który dostaje tzw. drugą szansę po traumie, jaką przeżył trzy lata wcześniej w konfrontacji z innym szaleńcem, wspomnianym tu już wielokrotnie, Hannibalem Lecterem (w naszym filmie jego nazwisko, z niewiadomych powodów, pisze się Lecktor). Oglądamy więc kino mocno policyjne, pozbawione grozy i nadmiernej przemocy, ale za to nasycone personalną ambicją i rozgrywką na linii policjant-zbrodniarz. Nie chcę za wiele sugerować, ale pokazany w filmie Will Graham przypomina mi mocno czarnoskórego aktora z „Miami Vice” tyle, że o innym kolorze skóry: podobna mimika, podobne tempo działania i zdecydowanie intelektualne podejście do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Na okrasę sentymentalnego pławienia się w dawno minionych latach 80 dostajemy elektroniczną ścieżkę dźwiękową o zabarwieniu new romantic/synthpop, która chwilami zupełnie rozmija się z przedstawianymi scenami i odbiera filmowi grozę, bo taka muzyka po 23 latach może co najwyżej wzbudzić uśmiech i wspomnienia, ale na pewno nie strach. Krótko mówiąc: patrząc na film jako na osobny byt, propozycja Manna mogłaby podobać się albo zatwardziałym zwolennikom filmów „starej daty”, albo jedynie tym, którzy obejrzeli ten film w końcówce lat 80. Od tego czasu film zestarzał się bowiem na tyle, że stracił potencjał straszenia oraz aurę szczerej grozy, która musiała towarzyszyć jego oglądaniu w czasach, gdy prawdziwi psychopaci pojawiali się w Stanach Zjednoczonych z częstotliwością reklamy prezentującej nowy bank we współczesnej telewizji kablowej. Został tylko klimat i przyjemność obcowania z dawno minionymi czasami, zwłaszcza, jeśli przyjrzymy się technice, jaką stosowano ledwie dwie dekady wcześniej do łapania przestępców.

Napisałem wcześniej, że recenzowanie „Manhunter” bez zderzenia z filmem „Red Dragon” nie ma żadnego celu. Jak zatem wypada to zestawienie? Pierwszy wniosek, jaki nasuwa się niemal automatycznie, to wyraźne wrażenie, że remake mocno zaszkodził pierwowzorowi. Twórcy „Czerwonego smoka” bardzo fachowo odrobili pracę domową i wyposażyli swój film we wszystkie aspekty, których brakowało pierwowzorowi. Mamy tu bowiem i pogłębioną analizę psychologiczną postaci, i znakomite aktorstwo, a także znakomicie zbudowane poczucie zagrożenia i obcowania z prawdziwymi charakternikami ¬–¬ postaciami, które samą swoją mimiką nie zostawiają złudzeń, że są autentyczne. Ten aspekt budowania postaci znajduje się zdecydowanie na drugim planie w przypadku filmu „Manhunter”, gdzie o bohaterach pierwszoplanowych nie dowiadujemy się wiele (Graham), albo zgoła nic (Crawford, Dollarhyde i Lecktor). Reżyser drugiej wersji „Czerwonego smoka” postawił na opowiedzenie pełnej historii, która ma wyraźny początek i mocny koniec. Można się oczywiście spierać, czy pokazana w filmie geneza choroby psychicznej Francisa Dollarhyde'a jest wiarygodna, ale, w moim prywatnym odczuciu, jest przynajmniej przyzwoitą propozycją wyjaśnienia skąd się ten jegomość wziął. Zniknęła także irytująca momentami muzyka elektroniczna, a historia zamieniła się z opowieści typu policyjnego na studium szaleństwa i traumy – zarówno policjanta, jak i przestępcy. Oglądanie „Czerwonego smoka” to uczta dla zmysłów, od warstwy wizualnej po wyobraźnię. To prawdziwa podróż w głąb umysłu szaleńca, który przeraża nie tylko swym wizerunkiem, ale także konsekwencją i swoistą logicznością swych maniakalnych wizji. Nie mogę oczywiście nie wspomnieć o aktorach, którzy zjadają swoich poprzedników bez żadnego wysiłku i budują swoje role z o wiele większym pietyzmem i skrupulatnością. Milczeniem pomińmy rolę sir Anthony'ego, który dystansuje Coxa na kilka długości. W konfrontacji Cox-Hopkins widzimy starcie średnio wyniosłego kryminalisty o aparycji zwykłego bandyty z wysmakowanym i nieco zmanierowanym mordercą-artystą, i starcie to z kretesem przegrywa Cox. Podobnie jest w przypadku duetu Noonan-Norton, aktorów wcielających się w rolę Francisa Dollarhydea. Noonanowi zaszkodził wizerunek kinowego psychopaty, w którego wcielał się na tyle często, że stracił chyba siłę przebicia. Co innego Edward Norton, aktor wszechstronny i potrafiący tak lawirować pomiędzy kolejnymi rolami, by proponowane przez niego interpretacje były nadal świeże i przekonujące. Do tego dochodzi postać tytułowego Czerwonego smoka z obrazu Williama Blake'a. W filmie Manna postać ta nieomal nie istnieje, nie wspominając już o samym obrazie, który pojawia się w nim bodaj raz. Tym samym zaproponowane przez Polaków tłumaczenie tytułu filmu jest całkowicie chybione. Dollarhyde pokazany w obu wersjach tej samej książki to dwie bardzo odmienne postaci, co niestety nie wskazuje, by Michael Mann czytał/adaptował książkę Harrisa nader uważnie.

Przedstawiony w filmie „Manhunter” Hannibal Lecter/Lecktor jest postacią nie tylko marginalną, ale także pozbawioną aury tajemniczości i mroku. Myślę jednak, że nie o niego miało w tym filmie chodzić. Jego obecność to jedynie ozdobnik, a prawdziwa warstwa opowieści rozgrywa się na poziomie sprawy kryminalnej. Jest to o tyle niekorzystne, że to właśnie Lecter/Lecktor stał się przyczyną osobistego dramatu Williama Grahama i to on jest katalizatorem jego lęków i ambicji. Tym samym nie dziwi, że film nie stał się ikoną filmów grozy, a także nie rozsławił autora książek o Hannibalu-Kanibalu, Thomasa Harrisa, który na sławę musiał poczekać jeszcze parę lat.

Z dotychczasowej lektury mojej recenzji musi nasuwać się wniosek, że film jest raczej kiepski. Teraz chciałbym zamazać to wrażenie. „Manhunter” to sprawnie zrobione kino policyjne o maniakalnym zabójcy, a zważywszy na czasy, w których powstało, zdecydowanie wybijające się ponad przeciętność. Film opowiada zwartą i zdecydowanie niepokojącą historię ludzi uwikłanych w wydarzenia, które każą im zmierzyć się ze swoimi demonami. To także opowieść o zbrodni i karze podana w typowym amerykańskim stylu, który od samego początku rozwija się jako biblijny moralitet o sprawiedliwości, która dosięgnie każdego zbrodniarza. Dziś może to nużyć, ale dwie dekady temu był to kanon kina spod znaku gwiaździstego sztandaru. Michaeal Mann nie ucieka w banał i nie posiłkuje się tanimi efektami, skupiając się raczej na opowiedzeniu zajmującej historii o zabójcy, którego motywy nie są tak zupełnie zwyczajne. Film nie ma dłużyzn, choć kilka scen wygląda tak, jakby wyjęto je żywcem z teledysków zespołów new romantic z lat 80 – dziś niesie to w sobie dodatkową wartość sentymentalną, o ile ktoś akurat lubi aurę tamtych czasów. Nie znalazłem w „Łowcy ludzi” żadnej sceny, która by mnie rozdrażniła swoją głupotą bądź stanowiła wypełniacz pozwalający na wtrącenie do filmu wątków miłosnych czy pseudo-psychologicznych. Nie powinno to dziwić, jeżeli przypomnimy sobie, kto jest reżyserem filmu. Film to solidna mieszanka kryminału i thrillera z dawnych lat, a to nie powinno rozczarować żadnego wielbiciela kina. Na sam koniec jedna tylko rada: jeżeli będziecie mogli wybrać kolejność oglądania „Czerwonego smoka” i „Manhuntera” (polski przekład tytułu na „Czerwony smok” to raczej chwyt marketingowy), zacznijcie od pierwowzoru – inaczej doznacie srogiego zawodu.

Screeny

HO, MANHUNTER HO, MANHUNTER HO, MANHUNTER HO, MANHUNTER

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ zwarta i bardzo solidnie zbudowana opowieść
+ wszystko co najlepsze z kina policyjnego/thrillera lat 80 ubiegłego wieku
+ dobre tempo akcji i logiczny rozwój akcji
+ cudowny klimat dawnych seriali policyjnych i możliwość obcowania z dawną techniką kręcenia filmów spod znaku suspensu
+ dystans do przedstawianych wydarzeń, który uwalnia nas od nader emocjonalnego podejścia do opowiadanej historii i zbędnego nurzania się w histerycznych reakcjach bohaterów

Minusy:

- ewidentny brak grozy
- oglądanie filmu po 23 latach to prawdziwa podróż w przeszłość, która nie każdemu będzie się podobać
- brak psychologii postaci i przeciążenie filmu na stronę pogoni za przestępcą
- nieco irytująca, choć bardzo nostalgiczna muzyka
- łączenie filmu z „trylogią o Hannibalu Lecterze” to zabieg zdecydowanie chybiony, który może rozsierdzić zajadłych fanów roli sir Anthony’ego Hopkinsa

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -