Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim

MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim

Maszynka do mielenia mięsa

ocena:7
Rok prod.:2009
Reżyser:Tiwa Moeithaisong
Kraj prod.:Tajlandia
Obsada:Mai Charoenpura, Rattanaballang Tosawat, Tirachaya, Duangta Tungkamanee
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Jak powszechnie wiadomo świat pełen jest tajemnych układów, spisków i paktów. Szarym zjadaczom chleba wydaje się, że życiem rządzi przypadek, gdy tymczasem rządzi nim układ. Przykład? Weźmy ten z najbardziej nas interesującego podwórka filmowej grozy. W ostatnich latach w różnych krajach azjatyckich pojawiły się horrory, które skutecznie zniechęcają do rozkoszowania się przysmakami tamtejszej kuchni, zwłaszcza jeśli owe przysmaki mają coś wspólnego z mięsem. Dlaczego? Otóż taki „Dumplings” w reżyserii Fruit Chana, będący pełnometrażową wersją noweli pod tym samym tytułem z antologii, „Three..extremes” (2004), sugeruje nam, że mieszkanki Hong Kongu zajadają się pierożkami nadziewanymi martwymi płodami. Japoński „Cruel Restaurant” (2008) i znów smaczne pierożki z makabrycznym nadzieniem. Rok 2009 i tajlandzki horror „Meat Gridner”, z…tak, tak pierożkami, których zawartość może wywołać torsje, jeśli uświadomimy sobie z czego zostały przyrządzone. A dodajmy do tego horrory z lat wcześniejszych (jak się okazuje forpocztę obecnego kulinarnego trendu) – „The Untold Story”(1993), koreańskie „301, 302” (1995) i „Barking Dogs Never Bite” (2000, choć to tylko czarna komedia). Ktoś pomyśli, taka moda. Ale ani to moda ani nie przypadek. Za tymi filmami stoi potężne lobby przemysłu warzywno-owocowego, grupa wegetarianin „trzymająca władze”, miłośnicy sałatek z warzyw i fani soczystych owoców. Bo pytam się, komu zależy na tym by powstawały filmy w tak bezpardonowy sposób atakujące szynki, polędwice i wszelkie inne wędliny? No cóż, jakiejkolwiek byśmy odpowiedzi nie udzielili jedno jest pewne tajlandzki „Meat Gridner”, to jeden z najbardziej udanych azjatyckich „horrorów kulinarnych”. I mimo żartobliwego tonu, na który sobie pozwoliłem, film tajlandzkich twórców podejmuje próbę – nie bójmy się tego słowa – artystycznego potraktowania tematu…pierożków.

Bood jest młodą kobietą, która zarabia na życie sprzedając pierogi na swoim ruchomym straganie. Bood jest także chora. Jej dzieciństwo było niewyobrażalnym koszmarem. Despotyczna matka urządzała jej awantury, przywiązywała na długie godziny do krzesła, biła za najdrobniejsze przewinienia. Ojciec, gdy dziewczynka nieco dorosła, regularnie ją gwałcił i za pieniądze „wynajmował” kolegą. Gwałty na Bood odbywały się także z jednoczesnym podtapianiem dziewczynki. Nic zatem dziwnego, że bohaterka wyrosła na kobietę o zwichrowanej psychice, która nauczyła się od rodziców, że wszelkie problemy rozwiązuje się za pomocą agresji. Tak jak źle traktowana była sama, tak też traktowała swą córkę, Bua, wymierzając jej surowe cielesne kary. Bood miała też męża, który szybko stracił nią zainteresowanie. Pieniądze wydawał na hazard albo na kochankę. Któregoś dnia nie wrócił do domu. Za to regularnie zaczęły się u Bood pojawiać podejrzane typy, żądające spłaty długów męża. Pewnego razu podczas strajku rozpędzonego przez wojsko, Bood zostaje uratowana przez młodego mężczyznę Ardę. Wkrótce między nimi nawiązuje się zażyła znajomość. Chłopak pomaga kobiecie urządzić małą restaurację, której specjalnością stają się pyszne pierogi. Przeszłość nie pozwala jednak o sobie zapomnieć. W restauracji zjawiają się gangsterzy, domagający się bezzwłocznie pieniędzy. Bood zna tylko jeden sposób na wybrnięcie z sytuacji bez wyjścia. W okrutny sposób morduje intruzów. Bood nauczyła się także od matki, że nic nie powinno się zmarnować, toteż kroi ciała mężczyzn w plasterki i przyrządza z nich pyszne pierożki. Szaleńczy amok kobiety dopiero jednak się rozpoczyna.

Tiwa Moeithaisong, reżyser „Meat Grinder”, to człowiek filmu. Zajmuje się nie tylko reżyserowaniem, ale jest także scenarzystą, operatorem oraz montażystą. Niewątpliwie zna się na filmowym rzemiośle co udowodnił w swoich dwóch pierwszych produkcjach: „Ghost Delivery” (2003) , „The Sisters” (2004) oraz "The Fatality" (2008). Lubi zapewne też horrory i doskonale orientuje się w konwencji ghost story, bo wymienione filmy przynależą do gatunku grozy i nie grzeszą one zbytnią oryginalnością (zwłaszcza „The Sisters”). W tym ostatnim można jednak dostrzec nie do końca udaną próbę przełamania schematu azjatyckich opowieści o duchach (tę próbę stanowiła historia ramowa). Próbą wyjścia poza konwencję był też zrealizowany w koprodukcji z Tajwanem, "The Fatality". Ostatecznie jednak trudno któryś z tych trzech horrorów uznać za obraz wyróżniający się na tle raczej przeciętnego tajlandzkiego kina grozy. Wygląda jednak na to, że Moeithaisong czekał na dobry scenariusz. I kiedy w końcu scenarzysta ukrywający się pod pseudonimem Samonggu dostarczył tajlandzkiemu reżyserowi interesujący materiał, ten z niego skorzystał. Choć nie obyło się bez potknięć.

Na pierwszy rzut oka „Meat Grinder” wydaje się być kompilacją zapożyczeń z wymienionych we wstępie filmów. Mamy przecież restaurację, pierożki, ludzkie mięso jako materiał z którego powstają oraz nie do końca zdrową na umyśle bohaterkę. Podobieństwa są jednak powierzchowne, bowiem „Dumplings” to bardziej dramat niż horror, opowiadający o tym jak wysoką cenę trzeba zapłacić za młodość i urodę. „Cruel Restaurant” zaś to campowa komedia bawiąca się kiczem i makabrą. Obraz Moeithaisong jest historią na poważnie a w centrum zainteresowania jego twórców są tragiczne losy bohaterki, ofiary patologicznej rodziny, której skutki okazują się być dalekosiężne i tragiczne. „Meat Grinder”, gdyby chcieć wepchnąć go do jakiejś szufladki, można by nazwać „psychopatologicznym dramatem gore”. „Psychopatologicznym”, bo najważniejszym wątkiem filmu jest postępująca schizofrenia bohaterki, tracącej coraz bardziej kontakt z rzeczywistością, nie potrafiącej odróżnić teraźniejszości od przeszłości, żywych od martwych. Odwołując się do terminologii psychiatrycznej można by stwierdzić, że Bood znajduje się w ostrej fazie osaczenia, kiedy otoczenie okazuje się być śmiertelnym zagrożeniem i dlatego z taką determinacją trzeba się przed nim bronić a niekiedy uprzedzać atak.

„Meat Grinder” to także horror gore i to jeden z najlepszych, przynajmniej z azjatyckiej półki. Po nieco leniwym początku, kiedy film balansuje między dramatem psychologiczno-obyczajowym a impresją filmową, od sceny morderstwa gangsterów rozpoczyna się prawdziwa uczta gore. I bynajmniej nie chodzi o ilość tego rodzaju atrakcji (choć ja nie narzekałem), lecz o jakość i wymowę. Krwawe efekty są naturalistyczne, przerażające a niekiedy odrażające. Wszelkiego rodzaju ostre i kanciaste przedmioty: noże, tasaki, sekatory, nożyce, sierpy, haki a nawet wystający z. belki gwóźdź oraz drut znajdują makabryczne zastosowanie, dotkliwie kalecząc ciała, tnąc, urywając i wbijając się w głowy, w twarze, kończyny. Krew bryzga na kamerę, rozlewa się po podłodze, obryzguje ściany, brudzi twarz Bood. Ucięte ręce, nogi, wypatroszone brzuchy, kawałki mięsa – zaplecze restauracji przypomina rzeźnię. Fani gore będą piszczeć z radości. Lecz „Meat Grinder” byłby jedynie kolejny splatterem, oferującym prymitywny szok, gdyby nie kontekst całej tej makabry. Moeithaisong traktuje bowiem wszystkie te dosadne, krwawe sceny jako wyraźne akcenty stawiane w historii niekończącej się udręki (fizycznej i psychicznej), w którą zamienia się życie Bood. Co więcej sceny gwałtów, poniżania oraz bicia kilkuletniej bohaterki są bardziej wstrząsające niż krwawa jatka, której dopuszcza się Bood. Jedną z najbardziej szokujących scen jest ta, w które zostaje zamordowane dziecko przez utopienie w wielkim garncu z wodą. Widzimy jak mała ofiara rozpaczliwie walczy o życie, jak silą jest wypchane do garnca, słyszmy jej krzyki, błagania. Bardzo mocna scena! Wszystkie te sceny przemocy wobec Bood-dziecka są potrzebne reżyserowi do usprawiedliwiania przemocy dorosłej Bood. Choć o takim usprawiedliwieniu nie mam mowy (niektóre zbrodnie popełniane są na „zimno”), to udaje się Moeithaisong`owi uprawdopodobnić poczynania kobiety. To nie jest figura z konwencji, która okrutnie morduje, bo scenarzysta tak sobie wymyślił. Postać Bood jest z krwi i kości, a w przekonującym zaistnieniu tej bohaterki na ekranie pomaga zarówno reżyseria Moeithaisonga oraz bardzo dobra gra Mai Charoenpury, popularnej tajlandzkiej aktorki i piosenkarki oraz starszej siostry, słynnej Intiry Jaroenpury („Nang Nak”). Dodajmy, że Maia rok wcześniej zagrała podobną mroczną postać, cierpiącej na zaburzenia psychiczne bohaterki w dramacie grozy, „Memory”. Można zatem powiedzieć, że jest specjalistką od skomplikowanych psychologicznie, niejednoznacznych postaci. Wracając do „Meat Grinder” to w głównej mierze zasługą aktorki jest, że pod koniec filmu Bood, mimo orgii zniszczenia i krwi, która stała się jej udziałem, widz zaczyna jej współczuć. Nie mamy wątpliwości, że gdyby ta kobieta nie zaznała w swym życiu tak wielu cierpień, mogłaby wieść zwyczajne, spokojne życie.

Nie da się również ukryć, że „Meat Grinder” jest filmem niezwykle ponurym, wręcz przytłaczającym. Nie tylko niemal przez cały czas oglądamy najprzeróżniejsze, często wymyślne, formy zadawania bólu i śmierci ludziom, to na dodatek akcja filmu dzieje się w scenerii brudnych, zaniedbanych przedmieść Bangkoku, pośród ciasnych uliczek i wśród mrocznych, odpychających wnętrz. Nad całym filmem unosi się przygnębiająca atmosfera szaleństwa, nienawiści i śmierci. Ale dzięki niej losy bohaterów obrazu Moeithaisonga ani przez chwilę nie są nam obojętne. Ten film wgryza się ze wściekłością w świadomość widza.

Jako się rzekło, nie obyło się, niestety, bez potknięć. Reżyser filmu, słusznie zresztą, postanowił o pogłębiającym się szaleństwie opowiedzieć nie tylko za pomocą fabuły, lecz i formy. Moeithaisong eksperymentuje zatem z kolorowymi filtrami, z taśmą czarno-białą, z zapisem cyfrowym. Ujęcia nierzadko sprawiają wrażenie jakby operator dostał ataku epilepsji. Niektóre kąty ustawień kamery sugerują, że kamerzysta nie tylko cierpi na padaczkę, ale jest także akrobatą – takie są bowiem ekwilibrystyczne. Można się też poważnie zmartwić o stan montażysty, bo cięcia są gwałtowne, deliryczne a wiele scen łączy w jedną całość ujęcia przedstawiające wydarzenia z odległych punktów na osi czasu. Wszystkie te zabiegi formalno-realizacyjne mają służyć podkreśleniu intensywności psychozy bohaterki, mając stworzyć wrażenie, że film, który oglądamy jest zapisem projekcji chorego umysłu Bood. Tyle tylko, że Moeithaisong zaplątuję się w tych swoich zabawach formą a styl „Meat Grinder” staje się pretensjonalnym bełkotem. Faktura zdjęć zupełnie bez sensu zmienia barwę, kamera skacze na prawo i lewo, mieszają się czasy, techniki filmowania, postaci z przeszłości z tymi z teraźniejszości, to co zmyślone z tym co rzeczywiste. A wszystko dlatego, że Moeithaisong zapragnął zrealizować „film artystyczny”. No cóż, jeśli film artystyczny wymaga od widza dobrej pamięci i ogromnej koncentracji, to możemy nazwać „Meat Grinder” tym mianem. Choć wydaje mi się, że póki co nakręcił jedynie niezależny horror o artystowskim zacięciu.

W gruncie rzeczy wszystkie te zastrzeżenia pozostają mało istotne wobec najważniejszego faktu. „Meat Grinder”, mimo podobieństw do niektórych „horrorów kulinarnych” oraz braku umiaru w eksperymentowaniu formą, nie pomyli się nam z żadnym innym filmem. Bo jest jak potężny i gwałtowny cios prosto w szczękę. Naprawdę boli.

Screeny

HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim HO, MEAT GRINDER a.k.a. Cheuat gon chim

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jeden z najbardziej udanych azjatyckich „horrorów kulinarnych”
+ „psychopatologiczny dramat gore”
+ potężna dawka gore
+ gore w służbie opowieści o tragicznych skutkach dojrzewania w patologicznej rodzinie
+ naturalistyczne efekty kaleczenia i zabijania
+ przejmująca opowieść o szaleństwie
+ do pewnego momentu intrygująca forma
+ gra Mai Charoenpury
+ przygnębiająca atmosfera
+ pozostaje na długo w pamięci

Minusy:

- podobieństwa do innych azjatyckich „horrorów kulinarnych”
- od pewnego momentu forma przemienia się w pretensjonalny bełkot
- momentami chaotyczny
- leniwy początek
- wymaga sporej koncentracji

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -