Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DYING BREED

DYING BREED

Dying Breed

ocena:5
Rok prod.:2008
Reżyser:Jody Dwyer
Kraj prod.:Australia
Obsada:Leigh Whannell, Nathan Phillips, Melanie Vallejo, Ken Radley, Bille Brown, Sally McDonald, Mirrah Foulkes
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:6
Głosów:2
Inne oceny redakcji:

Zrządzeniem losu postać Alexandra Pearce’a, irlandzkiego uciekiniera z brytyjskiej kolonii karnej na Tasmanii stała się ostatnimi czasy niesamowicie atrakcyjnym i nader eksploatowanym tematem. Po koniec 2008 roku miał swoją premierę, krótki (60 minut), lecz niezwykle przejmujący i świetnie sfotografowany film „The Last Confession of Alexander Pearce” (reż. Michael James Rowland) starający się bez taniego efekciarstwa i szukania sensacji zgłębić przyczyny wstąpienia tytułowego bohatera na ścieżkę kanibalizmu. We wrześniu 2009 roku będzie miała miejsce w Australii premiera „Van Diemen's Land”, również opierającego się na faktach filmu traktującego o historii ucieczki ośmiu zbiegów, którzy, by ratować życie w skrajnie niesprzyjających warunkach panujących na antypodach, postanawiają zjadać najsłabszego z grupy. Najwcześniej jednak, bo w pierwszej połowie 2008 roku, na ekranach kin wyświetlany był film co prawda całkowicie fikcyjny, lecz także nawiązujący do historii Pearce’a. Mam tu na myśli pokazywany w ramach trzeciej edycji After Dark Horrorfest obraz „Dying Breed” Jody’ego Dwyera.

Film opowiada historię czworga przyjaciół, którzy postanawiają wyjechać w niedostępne, najczęściej odludne tereny Tasmanii. Inicjatorką eskapady jest Nina, która zdołała nakłonić swojego narzeczonego i jego przyjaciół na wyjazd w poszukiwaniu niezwykle rzadkiego gatunku drapieżnika zwanego tygrysem tasmańskim. Ale bohaterka ma jeszcze jeden powód, by zapuścić się w dzikie, owiane złą sławą odległe tereny antypodów. Osiem lat wcześniej zaginęła tam jej starsza siostra. Ona także wyruszyła na Tasmanię w celu udokumentowania istnienia na poły legendarnego zwierzęcia z rodziny kotowatych. Kiedy bohaterowie docierają na miejsce, z którego mają zamiar zagłębić się w leśne ostępy, ich oczom ukazuje się niewielka, brudna i zamieszkana tylko przez mężczyzn wioszczyna, której każdy zakamarek ma swoją nazwę pochodzącą od nazwiska Alexandra Pearce’a. Kiedy po niespokojnej nocy wyruszają na poszukiwanie tygrysa tasmańskiego, ich tropem rusza tajemniczy osobnik. Stale będzie obserwował swe ofiary, by w dogodnym momencie je zaatakować.

W prologu do filmu obserwujemy pogoń brytyjskich żołnierzy za zbiegłym spod ich kurateli Alexandrem Pearcem. Kanibalowi udaje się zgubić prawie cały pościg. Ostatniego strażnika, wykorzystując jego nieuwagę, napada niczym zwierze i najzwyczajniej zagryza. Nie trudno się więc domyślić, z jakiego rodzaju czarnymi charakterami będziemy mieli do czynienia podczas projekcji „Dying Breed”.

Produkcja Jody’ego Dwyera to filmowy twór, o którym cokolwiek mądrego i odkrywczego trudno napisać. Jest to bowiem filmidło na wskroś przeciętne, niewyróżniające się niczym szczególnym ani na plus, ani na minus. Osadzana we współczesności historia oczywiście żeruje na pochodzących z XIX wieku opowieściach o Alexandrze Pearce’u. Wykorzystuje tę niejednoznaczną postać do kolejnego manipulowania emocjami widzów za pomocą dość prymitywnie skleconych jump scenes oraz taniej makabry spod znaku „ręka, noga, mózg na ścianie”. Szkielet fabularny filmu opiera się na chyba do cna wyeksploatowanym już schemacie, traktującym o spotkaniu grupy młodych ludzi ze zdziczałymi i okrutnymi zwyrodnialcami, najczęściej w dzikim, odludnym i ekstremalnie niesprzyjającym terenie. Nawet jeśli bohaterowie mają pojęcie, gdzie wyruszają i tak w scenach ich eliminacji okazuje się, że są bandą nieudaczników, służących scenarzyście jako padlina niezbędna w wykarmieniu obślinionych i nieobliczalnych monstrów w ciele człowieka. W ten sposób dochodzimy do portretów postaci, których wiarygodny wizerunek jest jednym z najważniejszych elementów kina grozy. Pełnokrwiści i nieszablonowi bohaterowie to klucz do tego, aby podczas seansu przeżyć jakiś dreszczyk emocji związany z podświadomą identyfikacją z nimi. Najczęściej dopingujemy ciekawym postaciom w ich starciu ze złem, zaś jego samego boimy się, o ile nie straszy nas nagłym pojawieniem się zza węgła czy obrzydliwą mordą pełną przerośniętego, lecz popsutego uzębienia. Czy w „Dying Breed” któryś bohater zasługuje na naszą szczególną uwagę? Żaden, absolutnie żaden. Ci główni to koszmarnie nudni i nieciekawi ludzie, nieposiadający ani jednego intrygującego rysu, albo chociażby przeszłości, która mogłaby wzbudzić zainteresowanie widza. Nina po ośmiu latach pragnie odnaleźć siostrę (szkoda, że nie po osiemnastu albo dwudziestu ośmiu), jej narzeczony towarzyszy jej dla samego towarzystwa, zaś Jack, przyjaciel narzeczonego z czasów studiów to typowy materialista, dla którego świat sprowadza się samochodów i pieniędzy. Jego dziewczyna, Rebecca, towarzyszy mu jako seksualna maskotka. Zaś filmowe czarne charaktery to kolejne mało udane klony krwiożerczej rodziny kanibali pokazanej światu w 1974 roku przez Tobe Hoopera w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną”.

Starając się być obiektywnym, trudno odmówić „Dying Breed” Jody’ego Dwyera pewnych walorów. Jednym z nich są scenerie oraz sposób ich fotografowania. Tasmania w obiektywie Geoffrey’a Halla wygląda na teren ścierających się przeciwieństw. Z jeden strony mamy dziką przyrodę, groźną, nieprzyjazną człowiekowi, lecz także niezaprzeczalnie piękną i mającą swój specyficzny urok. Z drugiej strony pośród niej widzimy małe, brudne, na wpół opuszczone skupiska ludzi, których mieszkańcy, by przeżyć decydują się ewoluować tak, jak im nakazuje natura, w stronę dzikich stworzeń żyjących tylko dla zdobywania pożywienia i mizernych prób podtrzymywania gatunku. W pewnym sensie, może dzięki niezłej scenografii i charakteryzacji, udało się oddać ten duch degrengolady, degeneracji i zezwierzęcenia. Zaletą filmu jest także zakończenie, które konsekwentnie wpisuje się zarówno w klimat filmu jak i ciąg przyczynowo-skutkowy przedstawionych w nim wydarzeń. Może nie jest ono szczególnie oryginalne, bo skonstruowane na niezbyt prawdopodobnym zwrocie akcji, jednak intryguje i pozostawia po sobie pozytywne wrażenie.

Dla pewnego grona widzów, dla których nawet rozrywkowy film powinien mieć drugie dno i ukrytą między wierszami ciekawa refleksję, „Dying Breed” będzie bezwartościową produkcją oznaczającą stratę czasu. Zaś dla fanów gatunku będzie to kolejny przeciętny, w miarę profesjonalnie zrobiony obraz, który może nie zachwyca, lecz także nie obraża inteligencji stężeniem bzdur i fabularnych nielogiczności. Jeśli więc ktoś nie ma akurat co zrobić z wolnym czasem, może po niego sięgnąć, choćby po to, by przekonać się, iż obecnie horror można nakręcić wszędzie i o wszystkim.

Screeny

HO, DYING BREED HO, DYING BREED HO, DYING BREED HO, DYING BREED HO, DYING BREED HO, DYING BREED

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ ciekawe plenery i scenerie
+ zakończenie
+ charakteryzacja niektórych bohaterów

Minusy:

- mało ciekawe postacie
- dłużyzny
- średnio zajmująca opowieść
- słabe aktorstwo
- żerowanie na intrygującej i niejednoznacznej historii Alexandera Pearce’a
- typowa komercyjna produkcja, wykorzystująca koniunkturę na kino grozy

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -