Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:SEVENTH MOON

SEVENTH MOON

Seventh Moon

ocena:8
Rok prod.:2008
Reżyser:Eduardo Sánchez
Kraj prod.:USA
Obsada:Amy Smart, Dennis Chan, Tim Chiou
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:5.67
Głosów:6
Inne oceny redakcji:

Nazwisko Eduardo Sáncheza widniejące na afiszu reklamującym horror już chyba zawsze będzie lekko elektryzowało fanów tego rodzaju sztuki filmowej. Jak zapewne większość kinomanów wie, reżyser ów jest współautorem jednego z najgłośniejszych horrorów ostatnich kilkunastu lat, a moim zadaniem również jednego z najważniejszych w historii gatunku, mianowicie „Blair Witch Project”. W pochodzącym z 1999 roku obrazie Eduardo Sáncheza i Daniela Myricka udało się opowiedzieć nie tylko przerażającą historię poszukiwania przez grupę młodych ludzi źródła legendy o Wiedźmie z Blair, lecz także przedstawić ją za pomocą paradokumentalnej formy. Dwie pozornie wykluczające się konwencje zastosowane w jednym filmie wyniosły go na piedestał gatunku, zaś pomysłodawcom projektu przyniosły zasłużoną sławę i szacunek ze strony fanów. Siedem lat później na ekranach kin gościł kolejny horror Sáncheza, „Altered”, będący dość ciekawym i, co ważne, oryginalnym i przewrotnym reprezentantem podgatunku zwanym monster movie. W najnowszym obrazie „Seventh Moon”, pochodzący z Kuby reżyser postanowił „pożyczyć” kilka filmowych chwytów, które sprawdziły się w „Blair Witch Project” i opowiedzieć historię o konfrontacji budzących grozę chińskich wierzeń z zachodnim, przesiąkniętym hedonizmem i materializmem stylem życia. I trzeba od razu przyznać, iż wyszedł mu kawał interesującego i momentami naprawdę budzącego niepokój kina.

Dwoje nowożeńców, Yul i Melissa, postanawia spędzić miesiąc miodowy w Chinach, w ojczystym kraju szczęśliwego małżonka. Trafiają akurat na święto duchów, mieniącą się kolorami i dźwiękami uroczystość pełną fantastycznych parad, ulicznych przedstawień oraz barwnych kramików z orientalnymi pamiątkami. Pomimo iż bohaterowie są Amerykanami wychowanymi według wzorców zachodniej kultury, bardzo łatwo dają się ponieść zabawie mającej po części duchowy, bo związany z miejscowymi wierzeniami, wymiar. Yul i Melissa jednak tej metafizycznej strony chińskich ceremonii nie pojmują, za to ich uwagę zaprząta typowo materialny aspekt wszystkiego, co dzieje się wokół, czyli zakupy, jedzenie oraz alkohol. Wreszcie lekko pijani, lecz przepełnieni radością cudownie spędzonych chwil udają się wraz z przewodnikiem, Pingiem, w głąb Chin, by odwiedzić matkę Lu. Po całodziennej jeździe, późnym wieczorem Ping nagle oświadcza, że zgubił się i musi iść zdobyć informacje co do dalszej drogi. Po godzinie jego nieobecności bohaterowie sami postanawiają zasięgnąć języka w pobliskiej wsi. Ta jednak okazuje się być prawie wymarła. Nieliczne głosy dochodzące zza szczelnie zamkniętych drzwi wywołują w umysłach dwojga młodych ludzi narastającą panikę. Kiedy postanawiają wreszcie wrócić do samochodu, okazuje się, że jest za późno. Ich tropem podąża bowiem horda niezwykle szybkich i żądnych krwi monstrów.

Pierwsze, co rzuca się w oczy podczas seansu najnowszego filmu Eduardo Sáncheza, to praca kamery, niezwykle podobna to tej, jaką mieliśmy okazję zaobserwować kilka lat wcześniej, oglądając „Blair Witch Project”. Przeważają ujęcia krótkie, bardzo ruchliwe, jakby operator kosztem precyzyjnej kompozycji kadru, chciał być jak najbliżej bohaterów, by wiarygodnie oddać wszystkie okazywane przez nich uczucia i emocje. Przez to też dominującymi ujęciami są półzbliżenia lub zbliżenia pokazujące najczęściej twarze bohaterów. Chcąc oddać klaustrofobiczny klimat swojego filmu (bohaterowie nie znają miejsca, w którym się znajdują, a oprócz tego stale grozi im niebezpieczeństwo, więc poniekąd poruszają się w labiryncie), twórcy prawie zrezygnowali z planów pełnych i panoramicznych. Akcja całego filmu dzieje się nocą, więc nawet kiedy Yul i Mellisa uciekają przed nieznanym wrogiem, widzą tylko tyle, ile oświetli im migoczące światło latarki albo oświetlenie samochodowe wcale niewiele więcej dające na chińskich bezdrożach. Efektu pozornego chaosu dopełnia dynamiczny, asynchroniczny montaż, idealnie komponujący się z ujęciami kręconymi z ręki, pozbawionymi co prawda akademickiej dokładności, za to oddającymi niezwykłą intensywność wielu wydarzeń przedstawionych w filmie. Niektórych widzów przyjęta przez autorów forma może zrazić złudnym tylko brakiem dopracowania i nieoświetlonymi planami. Są bowiem sceny, w których nic nie widać, a jedynymi oznakami dziejącej się akcji są przyspieszone oddechy bohaterów albo krótkie, urywane wypowiedzi zdradzające narastającą panikę. Nielubiący jednak chaosu na ekranie muszą pamiętać, iż w sytuacjach ekstremalnych, w jakim może znaleźć się człowiek, ów zamęt prawie zawsze bywa czynnikiem dominującym. Jak więc inaczej oddać przerażenie i ogarniającą bohaterów panikę, by widz choć trochę odczuł ją na własnej skórze? Tylko i wyłącznie pokazać rzeczywistość filmową z perspektywy postaci uczestniczącej w wydarzeniach.

Oprócz podobieństwa formalnego również na poziomie treści „Seventh Moon” jest bardzo podobne do „Blair Witch Project”. Podobnie jak bohaterowie z wcześniejszego filmu Eduardo Sáncheza, Yul i Mellisa zjawiają się w miejscu, w którym tak naprawdę stanowią czynnik obcy. Są typowymi reprezentantami kultury zachodniej, która co prawda i w Chinach ma coraz większą moc oddziaływania, ciągle jednak, porównując obie cywilizacje, można mówić o dwóch różnych, odrębnych światach. Młode małżeństwo zarówno w sensie dosłownym jak i metaforycznym gubi się w powierzchownie tylko poznanej rzeczywistości. Wyprowadzeni w pole przez przewodnika nie mogą znaleźć drogi powrotnej do bezpiecznej dla nich cywilizacji. Spotykając się z obcą tradycją, obrzędami i rytuałami Chińczyków mieszkających na głębokiej prowincji, nie rozumieją ich znaczenia ani konsekwencji wynikających z niedopełnienia takiego czy innego ceremoniału. Skazani na konfrontację z nieznanym, ratują się tym, co im zostało, czyli chaotyczną ucieczką. Identycznie jak bohaterowi w „Blair Witch Project” ci z „Seventh Moon” nagle muszą stawić czoła czemuś, co wymyka się ich poznaniu ukształtowanemu przez materialny paradygmat całkowicie pozbawiony aspektu duchowego. Są więc tym bardziej przerażeni, bowiem stykając się z wrogiem, nie znają jego twarzy ani zwyczajów. Ich działania skazane są na porażkę, bowiem w pewnym momencie sparaliżowani strachem potrafią juz tylko skakać sobie do gardeł. Tylko finał „Seventh Moon” dość znacząco różni się od tego jaki mogliśmy zobaczyć w debiucie fabularnym Sáncheza. Jak pamiętamy, w „Blair Witch Project” element nadprzyrodzony, czymkolwiek był, z całą bezwzględnością bierze odwet za naruszanie jego terytorium przez nieświadomych zagrożenia młodych profanów. W swoim ostatnim filmie Kubańczyk daje szansę bohaterom. Będzie musiała ona być jednak okupiona poświęceniem graniczącym z szaleństwem.

Bo tak naprawdę „Seventh Moon” jest obrazem nie tylko o konfrontacji profanów z nieznanym i traktowanym z lekceważeniem światem chińskich wierzeń dotyczących zmarłych, lecz także o miłości i poświęceniu. Okazuje się, iż bezwarunkowe i bezinteresowne uczucie wobec drugiego człowieka - bliźniego, dziecka, męża - może być siłą równie potężną co nadnaturalne moce, którymi dysponują duchy lub inne istoty z horrorowego bestiariusza. Mellisa postawiona w obliczu zagrożenia nie dba o własne bezpieczeństwo, lecz przede wszystkim myśli o swoim ukochanym. W najtrudniejszej dla niej chwili uświadamia sobie, że życie bez męża nie ma sensu i zrobi wszystko, by uchronić go przed śmiercią. Bohaterka filmu Sáncheza jako pewien typ postaci kobiecej zasługuje na szczególne zainteresowanie. Początkowo, podczas zabawy, w sytuacji ze wszech miar bezpiecznej, to Yul jest osobą dominującą w związku. Inicjuje rozrywki, skutecznie stara się namówić do uczestnictwa w nich swoją małżonkę. Pijany, z błogim uśmiechem zasypia w ramionach Mellisy. Kiedy jednak w ich życie wkrada się niebezpieczeństwo, to dziewczyna staje się ośrodkiem decyzyjnym i stara się zrobić wszystko, by wyciągnąć oboje z opresji. Wreszcie, kiedy zachodzi potrzeba, bez wahania podejmuje najważniejszą decyzję w swoim życiu, skutkującą nawet jego utratą. I co najważniejsze, w jej heroizmie nie ma niczego sztucznego albo wzbudzającego uśmieszek politowania. Przez wiele dziesiątek lat to właśnie męskie postacie w kinie ratujące swoje mdlejące wybranki przed różnego typu niebezpieczeństwami przez swą nienaturalność i nachalny szowinizm wywoływały nierzadko salwy śmiechu. Dzisiaj tę rolę przejęła silna kobieta, która w chwilach wymagających dojrzałości i odwagi przeistacza się w głowę rodziny, w pełni decydując o losie swojego męskiego wybranka. Mało prawdopodobne? Okazuje się, że nie. Współcześnie w zachodnim kręgu kulturowym proces zniewieścienia mężczyzn (narcyzm, bezgraniczne poddanie się dyktatowi koncernów kosmetycznych, zapamiętanie się w świecie wirtualnym, mieszkanie z rodzicami do 30, a nawet 40 roku życia) postępuje w zastraszającym tempie. Kobiety zaś wykorzystują swój moment, by wreszcie pokazać, iż w prawie każdym aspekcie życia potrafią dorównać, a może nawet stać się lepsze, niż mężczyźni.

Podsumowując, „Seventh Moon” Eduardo Sáncheza to efektowny, budzący niepokój film grozy doprawiony w dodatku niebanalnymi refleksjami na temat różnic kulturowych we współczesnym świecie oraz zmian, jakie dokonują się w sferze płci i relacji między nimi.

Screeny

HO, SEVENTH MOON HO, SEVENTH MOON HO, SEVENTH MOON HO, SEVENTH MOON HO, SEVENTH MOON HO, SEVENTH MOON

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ bardzo ciekawa historia
+ zdjęcia
+ montaż
+ dynamizm w wielu scenach
+ pomysł z konfrontacją dwóch różnych systemów wartości
+ ciekawa postać kobieca
+ momentami naprawdę straszy

Minusy:

- dla niektórych zbyt rozedrgane zdjęcia i nieoświetlone plany mogą okazać się zbyt dużą przeszkodą do przebrnięcia

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -