Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LAST OF THE LIVING

LAST OF THE LIVING

Last of the Living

ocena:2
Rok prod.:2008
Reżyser:Logan McMillan
Kraj prod.:Nowa Zelandia
Obsada:Morgan Williams, Robert Faith, Ashleigh Southam, Emily Paddon-Brown
Autor recenzji:Radosław Mazurek
Ocena autora:2
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Życie w świecie niemal całkowicie opanowanym przez zombie nie należy do najłatwiejszych. Niegroźne i często wykonywane niegdyś czynności niosą ze sobą ogromne zagrożenie. Każda wyprawa do supermarketu w celu uzupełnienia zapasów żywności, wizyta w sklepie muzycznym lub poszukiwanie nowego, bezpieczniejszego lokum, może być tą ostatnią. Cały czas trzeba być niezwykle czujnym, gdyż moment nieuwagi może zaowocować przemianą w powłóczącą nogami bezmyślną istotę. Dobrze więc, że tak często przypominają nam o tym filmowcy. Kto wie czy przestrogi płynące z ich filmów kiedyś nam się nie przydadzą.

Warto zaznaczyć już na początku, że „Last of the Living” Logana McMillana potraktowany został z przymrużeniem oka - nie jest to więc pełnokrwisty horror (choć zdarza się, że krew pobrudzi nieco obiektyw kamery), lecz jego komediowa wariacja. Bohaterami serwowanej nam opowieści jest trójka przyjaciół: Ash, Morgan i Johnny. Żyją sobie beztrosko w jednym z nowozelandzkich miasteczek, pogodzeni z nową rzeczywistością. Są bowiem jednymi z nielicznych, którzy nie przeistoczyli się jeszcze w łaknące ludzkiego mięsa „zombie”. Szybko można dostrzec pewne zalety takiego stanu rzeczy: nie muszą pracować, ponieważ praktycznie wszystko jest za darmo oraz dysponują dużą ilością wolnego czasu, który mogą przeznaczyć na grę na perkusji, czytanie książek lub oglądanie telewizji. Jest jednak też druga strona medalu – „zakupy” wiążą się z ryzykiem utraty życia i, o czym przekonuje się Morgan, zdecydowanie trudniej jest się umówić na randkę. Frustrację wyładowują okładając czym popadnie szwendających się tu i ówdzie zainfekowanych (Johnny nie ma litości nawet dla własnej dziewczyny). Ponieważ znudziło im się dotychczasowe miejsce zamieszkania, postanawiają poszukać sobie nowego domu. Tak trafiają do kościoła, w którym ukrywa się Stef. Okazuje się, że ta przypadkowo spotkana, niepozorna dziewczyna posiada klucz (krew zainfekowanego) do stworzenia antidotum, które może przywrócić ludzi do ich dawnej formy. Niezdarność Morgana sprawia jednak, że szybko trzeba szukać nowej próbki krwi. Trójka przyjaciół postanawia pomóc dziewczynie.

Trudno dociec jakie cele przyświecały twórcom „Last of the Living”. Film sprawia wrażenie takiego, który powinien dostarczać rozrywki, lecz jego słabe, momentami wręcz amatorskie wykonanie w wielu aspektach, sprawia, że absolutnie nie można uznać tego tworu za udany. Wizji wymarłego miasta, jaką raczy nas Logan McMillan, brakuje polotu i choćby odrobiny oryginalności. Początkowa sekwencja, w której Morgan przemierza całkowicie puste ulice, nie dość, że przypomina pomysłem (niestety nie wykonaniem) scenę z „28 Dni Później”, to jest jeszcze wrzucona trochę na siłę. Trudno doszukać się w niej logicznego odniesienia do reszty fabuły, Morgan zaś nie wygląda na faceta, którego mogłyby dręczyć jakiekolwiek obawy związane z samotnością. Szybko upada też koncepcja filmu „przegadanego”, kiedy okazuje się, że po raz kolejny mamy do czynienia z ratowaniem ludzkości i to w wersji bardzo minimalistycznej, gdzie przypadkowość i absurdalnie niski (zważywszy na wagę zadania) stopień trudności przeszkód, jakie napotykają bohaterowie, prowadzą nas aż do „zaskakującego” finału. Zaskakujące jest to, że zakończenie sprawia wrażenie, jakby reżyser w pewnym momencie zdecydował się zakończyć to żenujące przedstawienie jednym prostym cięciem przechodzącym w napisy końcowe. Nieudolność końcówki nie pozostawia miejsca na jakąkolwiek sensowną puentę. W zamian dostajemy za to kiepskiej jakości teledysk rockowy.

Wady konstrukcji fabularnej widać we wrzuconej na siłę scenie z ojcem i synem (jedyny moment, kiedy kamera nie towarzyszy głównym bohaterom), którzy bronią swojego sklepu, sztampowych do bólu relacjach „trójkąta miłosnego” Ash-Stef-Morgan (wątek ten został wręcz w pewnym momencie porzucony) oraz na przykładzie Johnny’ego i jego sekretnego, niczym żywcem wyjętego z gry komputerowej, ciosu. Jest tego dużo więcej. Postaci są nudne i nie jest to wyłącznie wina aktorów-amatorów, ale również samego scenariusza. Reżyser stara się czasem zwiększyć atrakcyjność obrazu dynamicznie posługując się stopklatką, dzieląc obrazu na części lub brudząc ekran krwią. Czyni to jednak w sposób niekonsekwentny i rzadki, jakby pozbawiony pomysłu na stylistykę w jakiej ma być utrzymane jego dzieło. Niekonsekwencję widać zresztą również w zachowaniu przypominających zombie zainfekowanych ludzi, którzy nie wiedząc czemu, raz poruszają się tak ślamazarnie, że nie doścignęli by nawet dziecka, a innym razem biegają niczym sprinterzy. Nie pojawiają się też w ogóle rozterki związane z faktem, że przemienionych można jeszcze uratować. Zabijanie ich, szczególnie tych wolnych, wydaje się więc co najmniej nie na miejscu. O charakteryzacji można powiedzieć, że jest bardzo umowna. Krew na ustach i lekko podkrążone oczy to tutaj norma. Wyjątkiem jest ksiądz, który wygląda jakby miał na sobie maskę zrobioną przez fana zespołu Slipknot.

Trudno dopatrzyć się w „Last of the Living” jakichś pozytywów. Gdybym musiał jakiś znaleźć, prawdopodobnie byłaby to scena w której „zombie” próbuje zjeść roślinę, którą po chwili z grymasem wyrzuca, gdyż wyraźnie mu nie smakuje. To chyba wszystko, gdyż film McMillana popełnia chyba największy grzech z możliwych – jest tak nudny, że z wysiłkiem się go ogląda. Zważywszy na fakt, że za seans trzeba zazwyczaj zapłacić, perspektywa uszczuplenia portfela na rzecz tej wątpliwej „przyjemności” nie wydaje się najlepszym pomysłem. Zdecydowanie lepszym wyborem będzie zbliżony gatunkowo, całkiem niezły, brytyjski „Doghouse” Jake’a Westa.

Screeny

HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING HO, LAST OF THE LIVING

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ scena, w której głodny „zombie” próbuje zjeść roślinę

Minusy:

- gra aktorów
- słaba, umowna charakteryzacja
- praktycznie nie śmieszy
- przewidywalna fabuła
- brak pomysłu na zakończenie
- oglądanie tego filmu wiąże się z wysiłkiem
- pozbawiony własnego stylu

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -