Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:NO-DO

NO-DO

Wezwani

ocena:6
Rok prod.:2009
Reżyser:Elio Quiroga
Kraj prod.:Hiszpania
Obsada:Ana Torrent, Francisco Boira, Hector Colome, Rocio Munoz, Francisco Casares
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:4.8
Głosów:5
Inne oceny redakcji:

Dość dawno temu, gdy gatunek filmowy zwany horrorem kojarzył mi się przede wszystkim z „Ulicą Wiązów”, „Egzorcystą”, „Hellraiserem” czy „Miasteczkiem Salem” czyli, jak widać, z produkcjami amerykańskimi, sądziłem, że kraj pochodzenia filmu ma wpływ na przedstawianą treść oraz, w konsekwencji, na jakość danego obrazu. Nie ma wątpliwości, że od kiedy Ameryka przestała mieć monopol na taśmowe produkowanie filmów-klonów, gatunek znacznie zyskał na prestiżu i klasie. Nowofalowe kino azjatyckie, do którego dołączyła niebawem nowa klasa filmów francuskich, kanadyjskich i brytyjskich pokazały nie tylko, że gatunek ma w sobie siłę i potencjał, który zdawał się zatracić dawno temu, ale także, iż dawno minęły czasy potworów z innego wymiaru czy wynaturzonych psychopatów. Dobra passa, jak każde tego typu zjawisko, trwa relatywnie krótko i każdy wąż zaczyna zwykle zjadać swój ogon. Da się wprawdzie jakiś czas odcinać kupony od poważania, jakim cieszy się ten gatunek filmowy, ale w żaden sposób nie uchroni go to przed prozaiczną prawdą, że znów znaleźliśmy się pod ścianą.

Jest to zapewne dość kasandryczny wstęp do recenzji, ale lektura hiszpańskiego „No-Do” pognała moje myśli w kierunku takiej właśnie konkluzji. Mimo iż współczesny horror stał się produktem skrajnie komercyjnym, który cieszy się powodzeniem równym czekoladowym Mikołajom, a nasze kina zalewa fala filmów grozy, która sprawia, że stają się one coraz bardziej kalkowane i popadają w regres, od dawien dawna pokładałem nadzieję w horrorze niszowym, robionym przez kraje, które nie mają w tym względzie wielkiego dorobku. Wydawało mi się, że im dalej od USA, tym większa szansa na napotkanie klejnotów. Tym większe było moje rozczarowanie, gdy zasiadłem do oglądania kolejnego filmu pochodzącego z kraju Corridy i flamenco. Półtorej godziny później ze zdumieniem zdałem sobie sprawę, że film ani razu nie wprawił mnie w stupor. Ba, gorzej, ciężko było nawet o dreszcze. Cały scenariusz, rozwiązania akcji oraz zwroty akcji sugerują niestety, że twórcy filmu postanowili zebrać na jednej liście najważniejsze założenia cechujące dobry film grozy, a następnie zrobić film, odhaczając poszczególne podpunkty z listy kontrolnej.

Film zaczyna się ciekawie, rzekłbym, „regionalnie”. Trafiamy do Hiszpanii z czasów dyktatury generała Franco, a wstęp podany jest w formie kroniki filmowej. No-Do to właśnie skrócona nazwa owej autentycznej kroniki propagandowej (Noticiarios y Documentales), produkowanej w latach 1943-1981. Sugestywne czarno-białe przebitki nieco podniszczonej taśmy filmowej pokazujące pałacyk, w którym hiszpański Kościół Katolicki badał w tajemnicy osoby, które dokonywały cudów, wprowadzają widza w klimat filmu. Wszystko jest jakby stonowane, ciche i bardzo nastrojowe. Wydaje się więc, że film zabierze nas w podróż po dawnych czasach w mało znanym kraju i doświadczymy nietypowej i zajmującej historii. Niestety. Dość szybko wpadamy bowiem w koleiny typowych rozwiązań fabularnych (chyba że ktoś z Szanownych Czytelników zdążył już wcześniej uznać, iż sam pomysł na tajemniczy ośrodek prowadzony przez Kościół jest sam w sobie mocno wyeksploatowany). Ośrodek zostaje zamknięty, a dom wystawiony pod wynajem. Wynajmuje go dość młode małżeństwo z małym dzieckiem. W celu podsycenia atmosfery narastającego szaleństwa, żona, Francesca, boryka się od 10 lat z traumą po śmierci swojej córki, Rosy. Mimo długotrwałego leczenia kobieta nadal zachowuje się psychotycznie i nie odstępuje swojego małego synka na krok. Jakby tego było mało, nadal widuje swoją zmarłą córkę. Powoduje to oczywiście konflikty w łonie rodziny oraz skutkuje izolacją Franceski, która, pozbawiona wsparcia męża i pozostawiana na cały dzień sama w ogromnym domu, pogrąża się w obłędzie. Połączenie tych dwóch płaszczyzn fabularnych daje nam punkt wyjścia dla dalszego rozwoju akcji. Dom skrywa mroczny sekret pewnych tajemnych praktyk, które Kościół stosował wobec osób określanych jako cudotwórcy. Duchy tych osób (trzy małe dziewczynki) nadal uwięzione są w ścianach dawnego ośrodka. Predyspozycje mentalne Franceski pozwalają jej widzieć duchy zmarłych i sprawiają, że staje się portalem łączącym świat umarłych ze światem żywych. Wkrótce w spektrum wydarzeń pojawia się ksiądz Miguel, który, jak się niebawem okazuje, ma wiele wspólnego z przeszłością domu i rozgrywających się w nim wydarzeń. Nosi on też w sobie brzemię winy z przeszłości, która, jak każda wina w takim filmie, musi zostać zmazana. Cała reszta filmu rozgrywa się, jak łatwo zgadnąć, wedle znanego schematu nawiedzonego domu, walki z duchami, poprzedzonej odkryciem mrocznej tajemnicy dawnych praktyk oraz finalnego starcia ze Złym, które musi pociągnąć za sobą ofiary.

Piszę to może ze źle skrywaną ironią, ale nie chcę brzmieć, jakbym zupełnie gardził tym filmem. Jest to bardzo sprawnie i klimatycznie sporządzony obraz, któremu nie brakuje sznytu dobrego kina grozy. Problem jednak w tym, że film jest odtwórczy. Nie sposób nie odgadnąć kolejnych etapów rozwoju akcji, a obecność Kościoła i jego przedstawicieli jest dość łatwym sięgnięciem po gotowe skojarzenia i kalki (wszak Kościół zawsze coś ukrywa, prawda?). Powoduje ponadto, że w filmie widać nawiązania do wielu obrazów, gdzie księża odgrywają te same role – ludzi uwikłanych w niejasne praktyki, mających kontakt z nieznanymi i nieczystymi siłami oraz nieustannie knujących. Nie należę do „sympatyków” tej instytucji, ale nie lubię, gdy tak nachalnie utrwala się stereotypy – nieważne, czego dotyczą. Ludzie lubią wierzyć w tajemnice i mroczne sekrety, a prawda jest z reguły bardziej prozaiczna – albo coś jest z gruntu kłamstwem, albo ludzie po prostu tego nie rozumieją, albo, co gorsza, wierzą tylko w to, w co chcą wierzyć. Kościół i jego przedstawianie filmowe to znakomity przykład takiego zabiegu.

Hiszpański No-Do to typowy film o nawiedzonym domu. Wszystkie rozwiązania zaproponowane przez twórców są nieznośnie typowe i przewidywalne. Można wręcz odnieść wrażenie, że jakiś student szkoły reżyserskiej chciał odrobić pracę domową pt. nakręćcie klasyczny horror o nawiedzeniu. I gdyby to była praca na zaliczenie, wówczas student taki dostałby pewnie nie najgorszą ocenę. Jest to jednak pełno wymiarowy film i dlatego stawia mu się wyższe wymagania. Szkoda, że zabrakło tu tego wspomnianego przeze mnie „regionalizmu”: jego „hiszpańskość” została sprowadzona do języka. Jeśli ktoś lubi klimat nawiedzonego domu i nie przeszkadza mu, że już to wcześniej widział, śmiało zachęcam do obejrzenia tego filmu. Jeśli jednak szukacie czegoś unikatowego, dalekiego od schematów, wówczas szperajcie dalej.

Screeny

HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO HO, NO-DO

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ sprawny warsztat i widoczne zaangażowanie całej ekipy, od twórców po aktorów
+ klimat starego i rozległego domu
+ spokojne tempo
+ brak wyraźnych skrótów fabularnych i poprowadzenie zwartej i logicznej akcji

Minusy:

- odrobienie pracy domowej z klasyki filmu o nawiedzonym domu
- kolejny przykład, że łatwo zrobić horror, ale trudniej zrobić oryginalny horror

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -