Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VISITATION, THE

VISITATION, THE

Nawiedzenie

ocena:7
Rok prod.:2006
Reżyser:Robby Henson
Kraj prod.:USA
Obsada:Edward Furlong, Martin Donovan, Wendell Wright, Ruben Moreno, Don Swayze
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:7
Głosów:1
Inne oceny redakcji:

Małe, oddalone do wielkich metropolii miasteczka, zamieszkiwane przez doskonale znającą się społeczność są jednym z częściej eksploatowanych motywów w sztuce poświęconej grozie. Z punku widzenia indywidualisty (a który z artystów nim nie jest?) radykalne działanie określonej grupy ludzi w imię dobra wspólnoty może stanowić sferę niezrozumiałą, tajemniczą, a niejednokrotnie napawającą lękiem. Każdy socjolog zapewne godzinami mógłby opowiadać o grupach, które dla zachowania jedności będącej gwarantem poczucia bezpieczeństwa, w najróżniejszy sposób eliminowały jednostki do niej niepasujące, a tym samym zagrażające stabilności wspólnoty. Nic dziwnego więc, iż takie zachowania stały się doskonałą pożywką dla wyobraźni twórców filmowych czy literackich. Wszak wola większości może być przecież idealnym przykładem sytuacji opresyjnej, a jeśli do niej dodamy jeszcze wątek nadprzyrodzony, temat na horror mamy jak znalazł. Zapewne do takiego wniosku doszedł Stephen King, osadzając akcję wielu swoich powieści w niewielkim mieścinach stanu Maine. Filmową realizację powyższego motywu ostatnio oglądać mogliśmy w produkcji „Dorothy Mills” Agnès Merlet.

„The Visitation” jest historią traktującą o religijnym szaleństwie, jakie wybucha w niewielkim amerykańskim miasteczku o nazwie Antiochia. Na skutek pojawienia się w nim młodego, tajemniczego mężczyzny, ludzie zaczynają dostrzegać w swoim zdrowiu kolosalne zmiany. Jednemu z bohaterów przestaje doskwierać rak mózgu, inny odzyskuje utraconą podczas wojny w Wietnamie władzę nad nogami. Społeczność Antiochii zaczyna coraz bardziej lgnąć do Brandona Nicholsa, widząc w nim mesjasza. Ten, dokonując na licznych spotkaniach cudów, tylko utwierdza ich w przekonaniu, iż jest synem bożym. Kilkoro ludzi jednak, nawet widząc cuda czynione przez przybysza, nie do końca jest przekonanych o jego boskiej proweniencji. Jest wśród nich były pastor, Travis Jordan, jego przyjaciel i aktywny członek kościoła, Kyle Sherman, oraz pani weterynarz, której syn na skutek interwencji Brandona Nicholsa przeżył niezwykle groźny wypadek samochodowy.

Film Robby’ego Hensona nie oferuje specjalnie oryginalnej historii z niebanalnym przesłaniem, które prowokuje widza do refleksji długo po zakończeniu projekcji. Nie ma w nim również kosztującego miliony dolarów efekciarstwa przyciągającego obecnie do kin rzeszę nastoletniej dziatwy. „The Visitation” jest doskonałym przykładem na to, jak może wyglądać niedrogie, solidnie zrobione kino klasy B, mające przede wszystkim dostarczyć rozrywki, lecz co inteligentniejszego widza sprowokować także do przemyśleń na temat wymiaru moralnego aktu zemsty. Osią fabularną produkcji Hensona jest konfrontacja dwóch skrzywdzonych przez szaleńców ludzi. Travisowi Jordanowi ktoś w niezwykle brutalny sposób zamordował ukochaną żonę. Jedno wydarzenie sprawiło, iż bohater stracił wiarę w Boga oraz w ludzi, jako istoty stworzone na jego podobieństwo. Zrezygnował z przewodzenia swoim wiernym, odsunął się także od całej społeczności Antiochii. Tragedia uczyniła go człowiekiem widzącym w każdym dobrym uczynku pierwiastek zła. Zwykły cynizm, ktoś powie. Jednak kiedy wraca do Travisa ukochany pies, którego przed chwilą pochował, bohater nie przyjmuje tego bezkrytycznie. Za wszelką cenę będzie chciał dowiedzieć się, kto lub co stoi za tym, pozornie tylko mającym wymiar boski, zdarzeniem. Znowu działaniami Brandona Nicholsa kieruje tylko i wyłącznie nienawiść do społeczności, która widząc w przeszłości jego krzywdę, nie zrobiła nic, aby powstrzymać dziejącą się tragedię. Bohater konając w cierpieniu postanowił zjednać sobie popleczników, którzy w przyszłości pomogą mu dokonać jedynej w swoim rodzaju zemsty. Jednak działając z nimi ramię w ramię, nie przewidział, iż w pewnym momencie dotychczasowi wspólnicy za okazaną mu pomoc zażyczą sobie strasznej zapłaty.

Udało się Hensonowi odbiec od prostego podziału na bohaterów pozytywnych i negatywnych. Obaj opisywani wyżej przeze mnie mężczyźni tylko pozornie pasują do tego schematu. Pastor doskonale zdaje sobie sprawę, iż wewnętrzny spokój tak bardzo naruszony po śmierci żony osiągnie tylko wtedy, kiedy znajdzie winnych jej odejścia. Znowu Nichols, związany z paktem ze swoimi mocodawcami, planując odwet, będzie próbował jednocześnie spłacić dług, jak zaciągnął u nich prosząc o pomoc. Paląca go nienawiść nie jest jednak do końca moralnie naganna. Wszak wcale nie musiał stać się potworem widzącym sens życia w krzywdzie czynionej ludziom, którzy go zawiedli. Gdyby ktokolwiek odpowiednio zareagował na jego gehennę w dzieciństwie, bohater mógłby przecież być zupełnie innym człowiekiem jako dorosły.

Dosyć ciekawie przedstawia się także drugi plan opowieści Robby’ego Hensona. Składają się na niego ludzie, którzy doświadczywszy cudów zachłystują się mocą swojego mesjasza. Nie interesuje ich, kim on jest, nie próbują zgłębić głoszonych przez niego idei. Ich wiara jest niezwykle płytka, ponieważ nie wynika z potrzeby stania się lepszym, a z chęci bezrefleksyjnego zapatrzenia się w sztuczki. Nie pragną więc niczym dzielić się z bliźnimi, lecz stale oczekują od swojego mistrza coraz to nowych sztuczek i uzdrowień. Można więc powiedzieć, iż społeczność małej Antiochii jest niczym innym, jak symbolem coraz bardziej zamkniętych na jakiekolwiek wartości ludzi żyjących w zachodnim kręgu kulturowym. Ich wewnętrzne przeżycia sprowadzają się do zabijania czasu przed telewizorem. Ich duchowość jest w stanie atrofii. Mając wszystko i otaczając się ludźmi, nawet tymi najbliższymi, których rzekomo kochają, czują się samotni, ponieważ nie potrafią zrozumieć przede wszystkim siebie. Wystarczy jeden charyzmatyk, który uporządkuje w ich głowach duchowy chaos, by zatomizowana dotąd grupa rzucała mu się do kolan, czekając na najmniejsze choćby skinienie. Po części więc „The Visitation” odpowiada na pytanie, dlaczego ludzie lgną do najdziwaczniejszych sekt i przysięgając wierność wszelakiej maści guru pozbawiają się wyróżniającej ich i czyniącej wyjątkowymi indywidualności.

Jak „The Visitation” sprawdza się jako horror, czyli obraz mający przede wszystkim sugestywną historią wpłynąć na wyobraźnię i emocje widza? Na pewno nie jest to epokowe dzieło tegoż gatunku, chociażby przez to, iż tej miary obrazów w Stanach Zjednoczonych powstaje zapewne kilkadziesiąt, jak nie kilkaset. Tak jak w warstwie fabularnej, tak również od strony formalnej czy technicznej film Hensona nie wyróżnia się ani oryginalnością, ani nowatorstwem. Ale z drugiej strony nie ma się co znęcać nad reżyserem i jego dziełem, wszak przecież reprezentują oni niskobudżetowe dzieło klasy B. A biorąc pod uwagę ograniczenia wynikające z niewielkich funduszy na film, twórcom udało się nakręcić historię nie tylko nie obrażającą rozumu, lecz także z kilkoma ciekawymi motywami mogącymi chociażby stanowić przyczynek do dyskusji nad ważkimi kwestiami natury moralnej.

Na osobny akapit moim zdaniem zasługuje rola Edwarda Furlonga, aktora grającego w pamiętnym „Terminatorze 2” młodego John Connor. Konia z rzędem temu, który bez wcześniejszej znajomości listy płac poznałby tego artystę w „The Visitation”. Jego rola w filmie Hensona to zdecydowanie najjaśniejszy punkt tego obrazu. Kreacja postaci Brandona Nicholsa przekonuje przede wszystkim wiarygodnym, a momentami bardzo sugestywnym, przedstawieniem wachlarza czasami skrajnie różnych zachowań. Możemy zobaczyć go jako charyzmatycznego proroka opowiadającego z przekonaniem o bożych cudach, lecz także fascynuje, kiedy z furią przeklina Boga i jego milczenie w obliczu ludzkiej krzywdy. Wreszcie potrafi także zagrać człowieka tragicznie uwikłanego w sytuację, z której jedynymi wyjściem staje się zaprzedanie duszy uosobionemu złu.

Warto zwrócić uwagę na ten film, choćby po to, by zobaczyć, iż niewielki budżet nie musi wcale oznaczać kina zrodzonego z kompromisów. Chciałbym, aby każdy twórca, nawet ten dysponujący ogromnymi pieniędzmi, myślał, iż kino grozy to nie tylko wylewające się z ekranu hektolitry krwi, lecz także ukryte pod rusztowaniem konwencji przesłanie mogące nie tylko uwiarygodnić opowiadaną historię, lecz także znacząco wpłynąć na emocje widza.

Screeny

HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE HO, VISITATION, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ interesująca historia
+ kreacja Edwarda Furlonga
+ kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących natury ludzkiej
+ osadzenie akcji filmu na prowincji Stanów Zjednoczonych
+ klimat owej prowincji znany chociażby z twórczości Stephena Kinga

Minusy:

- nic oryginalnego
- Hanson zbyt mało miejsca poświęcił skutkom zbiorowego szaleństwa na tle religijnym
- bardzo słabe niektóre efekty specjalne

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -