Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DOM ZŁY

DOM ZŁY

Dom zły

ocena:8
Rok prod.:2009
Reżyser:Wojtek Smarzowski
Kraj prod.:Polska
Obsada:Arkadiusz Jakubik, Marian Dziędziel, Kinga Preiss, Bartłomiej Topa, Sławomir Orzechowski, Robert Więckiewicz
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:6.68
Głosów:19
Inne oceny redakcji:

Prawda? Nie ma takiej!
/cytat z filmu/

Akcja filmu rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Edward Środoń, zootechnik z wykształcenia, nawiązuje przypadkową znajomość z małżeństwem Dziabasów. Dziabasowie mieszkają gdzieś w Bieszczadach, do których Środoń przybył za pracą. Zgodnie z polską tradycją na stole gospodarza szybko pojawia się wódka oraz zakąska. A potem następne butelki wódki. Atmosfera staje się coraz mniej oficjalna. Rzec by można rodzinna. Środoń oraz Dziabas zaczynają w pijackim amoku snuć plany o wspólnym interesie. Zamiast jednak świetlanej przyszłości, dochodzi do potwornej zbrodni. Kilka lat później oddział milicji pod dowództwem porucznika Mroza przeprowadza wizję lokalną w domu, należącym niegdyś do Dziabasów. Podejrzanym jest Środoń, a sprawą, którą się zajmują milicjanci, jest popełnione w tym miejscu wielokrotne morderstwo. Wizja lokalna szybko zamienia się w libację. Porucznik Mróz orientuje się, że poza nim, nikomu nie zależy na wyjaśnieniu zbrodni. Prokurator i milicja pragną wrobić Środonia a przy okazji zatrzeć ślady własnych malwersacji.

Dawno nie było takiego filmu w polskich kinach jak „Dom zły” Wojtka Smarzowskiego. Zastanawiam się czy w ogóle kiedykolwiek rodzime kino zdobyło się na tak niezwykły obraz? Niezwykły? Po pierwsze jest to film rewelacyjnie zrealizowany: pełen znakomitych mrocznych, budujących atmosferę fatalizmu zdjęć Krzysztofa Ptaka, oszczędnej, podkreślającej groteskowy charakter filmu, jazzowej muzyki Mikołaja Trzaski oraz bezbłędnej reżyserii Smarzowskiego, panującego nad całą narracyjnie skomplikowaną opowieścią. Jest to także film koncertowo zagrany przez aktorów, z których większość znana jest z ról charakterystycznych oraz z występu w poprzednim filmie Smarzowskiego „Weselu”. Zobaczymy zatem Mariana Dzięciela, Arkadiusza Jakubika, Kingę Preiss, Bartłomieja Topę, Sławomira Orzechowskiego, Roberta Więckiewicza oraz wielu innych znakomitych, choć raczej mniej znanych, aktorów.

Efekt? Film ogląda się znakomicie, z zainteresowaniem. Trudno przewidzieć, w którą stroną potoczy się historia. Rozwiązanie zagadki kryminalnej początkowo wydaje się oczywiste, ale ostatecznie twórcy filmu tak prowadzą intrygę, że nic nie jest oczywiste. Ale to nie koniec listy zasług twórców „Domu złego”. Jest pewną prawidłowością dostrzegalną w polskim kinie, że jeśli filmowcy zabierają się za realizację artystyczną to przeważnie jest to obraz pretensjonalny, artystowski, dla garstki znajomych reżysera. Gdy zaś biorą na warsztat film komercyjny, to możemy oczekiwać błahej komedyjki romantycznej z papierowymi postaciami, przeżywającymi wydumane problemy. Smarzowski potrafi połączyć w jedną spójną całość komercyjny potencjał z głębszą treścią. Jego film, jeśli nawet nie wyłowimy wszystkich ukrytych sensów, będzie cieszyć nasze oko solidną realizacją i zainteresuje nas wciągającą opowieścią. A godzenie ambicji artystycznych z rozrywką, to już nie lada sztuka, zwłaszcza w polskich realiach

Wróćmy jednak do „Domu złego”. Najistotniejsza wartość tej produkcji zawiera się w bogactwie znaczeń, które obraz Smarzowskiego oferuje widzowi. Mamy tutaj i nietypowy kryminał, i brutalne rozliczenie z PRL-em (tytułowy „dom zły”), a także traktat o względności prawdy. Nie są to wszystkie możliwe znaczenia, które możemy odczytać z filmu twórcy „Wesela”. Najciekawszy wydaje mi się ten ostatni z wymienionych poziomów interpretacyjnych „Domu złego”.

. W filmie dwukrotnie pojawia się dialog, który posłużył za niezwykle trafny tagline dzieła polskiego reżysera: „Prawda? Nie ma takiej!”. Owe stwierdzenie możemy odnieść w pierwszej kolejności do zagadki kryminalnej. Popełniono okrutną zbrodnię, lecz tak naprawdę pozostajemy z domysłami, odnośnie sprawcy. Czy Edward Środoń był mordercą? Czy raczej milicja stara się go wrobić, gdyż jego sprawa mogłaby zaszkodzić wielu prominentnym działaczom partyjnym? Smarzowski z premedytacją gmatwa fabułę, tak by odpowiedź na postawione wcześniej pytania była co najmniej niejednoznaczna. W filmie znajdziemy wiele ujęć, które wskazywałby na Środonia jako sprawcę. Krótki moment, gdy bohater wygrzebuje z błota siekierę, gwałtownie wpada do domu Dziabasa, ślady po siekierze pozostawione na pustym łóżku, kłamstwo odnośnie należącej do niego zapalniczki, a przede wszystkim okoliczność, że relacja o tragicznych zdarzeniach pochodzi od niego. Nie obciążałby się przecież zeznając prawdę. A jednak, mimo świadomie porozrzucanych przez twórców tropów, sugerujących winę mężczyzny, trudno uwierzyć by był w stanie dokonać zbrodni. W Internecie możemy się spotkać z teorią, że Środoń jedynie planował morderstwo (owe ujęcia wskazujące na niego to rodzaj projekcji podświadomości bohatera), lecz ostatecznie jego niedoszłe ofiary uprzedziły go i to na tyle szybko, że zginęła przypadkowa osoba.

Zagadka kryminalna nie jest jednak w tym filmie najważniejsza. Dla Smarzowskiego od pytania kto zabił, istotniejsza jest znacznie szersze ujęcie kwestii względności prawdy. Kwestię tę można rozpatrywać abstrakcyjnie jako problem z dziedziny filozofii. Czy prawda istnieje? Czy prawdą jest to, co doświadczamy zmysłami i naszym intelektem? Czy raczej to, co doświadczają inni? Czy tylko istnieje złudzenie prawdy? Wszystko to ważkie kwestie, ale w kontekście filmu sądzę, że chodzi raczej o inne spojrzenie na względność tego, co nazywamy prawdą.

Jednym z filarów PRL-u była obłuda. Propaganda karmiła społeczeństwo sukcesem, wmawiając, że komunizm to najlepszy z możliwych ładów społecznych. Wszystkich tych, którzy twierdzili inaczej określano mianem podżegaczy, chuliganów, agentów Zachodu. Najbardziej opornych zamykano, zmuszona do współpracy, a nawet zabijano, fingując nieszczęśliwe wypadki (słynna sprawa pobitego przez UB na śmierć, Stanisława Pyjasa) Priorytetem władzy stało się bowiem za wszelką cenę utrzymanie iluzji Polski Ludowej jako kraju gospodarczego cudu i społecznego raju. W tym celu wszelkim środkami walczono z prawdą, która dla Polski była przerażająca: kolosalne zadłużenie, gospodarka popadająca w ruinę, wszechobecna korupcja, powszechne złodziejstwo („jak państwowe, to nie nasze”) oraz zakłamanie wszelkich oficjalnych źródeł informacji.

Ten mechanizm walki z prawdą ukazany jest także w „Domu złym”. Gdy poprzedni zootechnik odkrył malwersacje w pegerze (dla niewtajemniczonych – państwowe gospodarstwo rolne), w które zamieszani byli miejscowi działacze, nagle zniknął. Odnalazł się jakiś czas potem jako ofiara wypadku samochodowego, chociaż nie miał nawet prawa jazdy. Znamienne są dwie sceny rozmowy z działaczem partyjnym Ziębą (świetny Sławomir Orzechowski). W sytuacji gdy niemal wszyscy kradli, brali łapówki i załatwiali w drodze układów, bo oficjalną drogą niczego nie można było załatwić, trudno było znaleźć ludzi o czystych rękach. Choć i tacy też byli. Zięba dowiedziawszy się, że sprawa Środonia łączy się z przekrętami w miejscowym pegerze i ze sprawą tajemniczego zniknięcia zootechnika, interweniuje osobiście. Interwencja partyjniaka jest charakterystyczna. Zaczyna się od wyciągnięcia brudów, nawet tak osobistych jak alkoholizm porucznika czy jego romans z policjantką-mężatką. Po wyciągnięciu brudów, następuje charakterystyczny zwrot: „zapomnimy o tym, jeśli” - i tu następuje wymienienie przysługi. W tym przypadku jest to przysługa w postaci wymazania ze śledztwa w sprawie zbrodni w domu Dziabasów wszelkich tropów prowadzących do nadużyć w pegerze i śmierci zootechnika. Porucznik Mróz nie ma jednak zamiaru rezygnować z dochodzenia prawdy. Odmawia donosu na swych kolegów i ukrycia prawdy o przekrętach komuchów. Jest też na tyle świadomy powagi sytuacji, że zdobywa kompromitujące dokumenty, żeby mięć haka na Ziębe. Zięba konstatuje: „Ja mam coś na ciebie, ty masz coś na mnie. Można powiedzieć, że mamy remis”.

Wydawać by się mogło, że wątek działacza partyjnego to literacka fikcja, ale tak nie jest. W PRL-u tak załatwiało się każdą istotniejszą sprawę. W PRL-u, którym sam powstał jako układ miedzy Stalinem a polskim komunistami, liczyły się układy, układziki oraz zdolność lawirowania miedzy nimi. Nic dziwnego, że w filmie Smarzowskiego wszyscy kłamią. PRL, ten tytułowy „dom zły”, wybudowano na kłamstwie i z kłamstwa uczyniono substytut prawdy. „Prawda? Nie ma takiej!” Jest tylko – jak w tym znanym powiedzonku – pół prawda i gówno prawda.

W tym kontekście, gdy cały system społeczny opiera się na kłamstwie, łatwiej zdać sobie sprawę, że okoliczność czy Środon mówił prawdę czy zmyślał nie ma znaczenia. Jeśli byłoby to konieczne dla ratowanie kłamstwa, że działacze partii nie byli zamieszani w machlojki w pegerze i że zootechnik nie został w perfidny sposób zamordowany, to Środoń i tak zostałby skazany, nawet gdyby był całkiem bez winy. Że to nie jest kolejny wymysł scenarzystów, niech świadczy historia największego polskiego seryjnego zabójcy Zdzisława Marchwickiego, którego powieszono za zbrodnie, których prawdopodobnie nie popełnił. Jedną z ofiar mordercy była siostrzenica Pierwszego Sekretarza PZPR, Edwarda Gierka a milicja była kompletnie bezradna wobec skali zjawiska (21 zabójstw), więc należało uczynić wszystko by złapać sprawcę. Marchwicki był menelem o poziomie inteligencji znacznie poniżej przeciętnym. Nie był zdolny bronić się przed manipulacją ze strony milicji i prokuratury. Idealny kozioł ofiarny. W „Domu złym” mamy do czynienia z bardzo podobną sytuacją, ale Srodoń jest znacznie bystrzejszy niż Marchwicki. Finał niesie dla niego nadzieje.

Jest to jednak jedyna nadzieja, której możemy dopatrzyć się w obrazie Smarzowskiego. Być może z nadzieją można patrzeć też na losy narodzonego w niecodziennych okolicznościach dziecka milicjantki. Dziś miałoby 28 lat i żyło w wolnym kraju. Lecz w „Domu złym” dominuje brak nadziei. Skutkiem bowiem powszechnego zakłamania i wyrugowania prawdy ze społecznej świadomości jest paranoja, która ogarnia pijanych w sztok Środnia i Dziabasa oraz niemniej pijaną epikę dochodzeniową na czele z niepotrafiącym utrzymać się na własnych nogach prokuratorem. Ktoś złośliwie zauważył, że obraz Smarzowskiego to film o chlaniu wódy. Warto by było, gdyby ten ktoś zastanowił się, dlaczego właśnie chlanie wódy. Rzeczywistość PRL-u na trzeźwo była po prostu nie do zniesienia. Wszyscy uczestniczyli w jakimś zbiorowym szaleństwie, z którego w zabawny sposób drwił Stanisław Bareja w swych kultowych komediach. U Smarzowskiego, jeśli pojawia się humor, to jest on smoliście czarny. Absurdy w „Domu złym” nie śmieszą, ale przerażają. Bowiem kryje się za nim zło w czystej postaci. Marzenie o rozkręceniu złotego interesu Środnia do spółki Dziabasem uruchamia żądze posiadania, prowadzącą do mordu. Malwersacje w pegerze doprowadzają do śmierci niewinnego człowieka. Wizja lokalna, która zamienia się w pijacką libacje, kończy się tragicznie. Smarzowski pokazuje rzeczywistość, która stanęła na głowie. Jedyne co pozostaje to chlać na umór, do utraty nieprzytomności.

Siła wizji polskiego reżysera jest przygniatająca. Oglądamy świat zdegenerowany do szpiku kości, wyzbyty molarności, zakłamany, gnijący, którego najlepszą metaforą jest olbrzymie błoto zalegające podwórko posesji Dziabasów. Wizja bagna bez dna, zła istniejącego jako samoistne uniwersum, jako otchłań pochłaniająca wszystkich bohaterów jest tak sugestywna, że wręcz czujemy smród tanich papierosów, odór męskiego potu i gorzały. Czujemy brud (fizyczny, psychiczny, moralny) z taką dosłownością, jakbyśmy się również wytarzali się w tym Dziabasowym błocie. Choć w filmie nie ma zbyt wielu krwawych atrakcji, to atmosfera wszechobecnego zła jest tak ogromna, iż można by nią obdarować dziesiątki, jeśli nie setki horrorów. W tej imponującej sugestywności przekazu tkwi jednak największa słabość filmu. Czy świat doprawdy aż tak doszczętnie spsiał? Czy wszyscy Polacy pędzili bimber i byli gotowi się pozabijać dla kilkudziesięciu tysięcy złotych (starych)? Gdyby wizja Smarzowskiego była jedyną prawdziwą, Polska nigdy nie wygrzebałaby się z błota kłamstw, oszustw i zbrodni. Inna sprawa, że „dom zły” jako synonim PRL-u przestał istnieć, lecz zamieszkujący go Dziabasowie i Środonie nie odeszli razem z upadkiem systemu. Dziś przywdziewają eleganckie garnitury i piją drogie alkohole, lecz nadal są gotowi by wzbogacić się nawet kosztem kłamstw i zbrodni.

Bezkompromisowość reżysera sprawia naprawdę ogromne wrażenie. Nie trzeba wcale kręcić „horroru”, żeby zrealizować autentycznie wbijający w fotel horror. Trzeba tylko umieć opowiadać ciekawie i mądrze. Bo jak słusznie zauważa Smarzowski w jednym z wywiadów, są tylko dobre i złe filmy. Bez wątpienia „Dom zły” możemy zaliczyć do tej pierwszej kategorii.

Screeny

HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY HO, DOM ZŁY

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ wydarzenie ostatnich lat w polskim kinie
+ znakomita realizacja
+ intrygująca fabuła
+ alinearny, równoległy sposób prowadzenia intrygi
+ realistycznie oddane ciemne strony PRL-u
+ przytłaczająca atmosfera wszechobecnego zła
+ groza życia
+ bogactwo znaczeń
+ skrajnie dołujący, ale za to nie pomylimy go z żadnym innym filmem

Minusy:

- pewna tendencyjność wizji reżysera
- to nie jest typowy horror, choć grozy starczyłoby na obdzielenie setek „Legend” i Pór mroku”

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -