Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:CORPSE BRIDE

CORPSE BRIDE

Gnijąca panna młoda

ocena:10
Rok prod.:2005
Reżyser:Tim Burton
Kraj prod.:USA / Wielka Brytania
Obsada:głosy: Johnny Depp, Helena Bonham Carter, Emily Watson, Tracey Ullman, Paul Whitehouse, Joanna Lumley, Albert Finney,
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:10
Ocena użytkowników:8.65
Głosów:20
Inne oceny redakcji:

Nie dalej jak 1,5 miesiąca temu recenzowałem na łamach serwisu animowane dzieło Tima Burtona pt. Miasteczko Halloween. Dziś ośmielę się wykorzystać własną recenzję jako trampolinę do opisania innego z jego wielkich dokonań, groteskowej opowieści o perypetiach sercowych niejakiego Wiktora, który uwikłał się w straszną i niecodzienną historię związku matrymonialnego ze... zwłokami. Dlaczego jednak historia o miasteczku Halloween ma się stać trampoliną do tej opowieści? Ja od dawna dostrzegałem pomiędzy oboma dziełami Burtona jakiś metaforyczny związek, jakby świat owego dyniowego miasteczka współistniał z bezimienną wioską, w której toczy się akcja Gnijącej panny młodej - nazwijmy to współistnieniem równoległym. Wyobraźmy sobie, że gdzieś za horyzontem przechadza się Jacek Kościej, a w małej i niepozornej wiosce świat żywych przenika się ze światem umarłych w sposób równie oczywisty jak dzień współistnieje z nocą. Ja tak to zawsze widziałem – jako alternatywny świat Tima Burtona, który żyje samodzielnie i który można nieustannie rozbudowywać.

Jak wspomniałem, scenerią dla naszej opowieści jest mała i bezimienna wioska osadzona w realiach przypominających wiktoriańską Anglię, która, jak to u Burtona, może przypominać jakieś rzeczywiste miejsce na Ziemi, ale jest jedynie wytworem wyobraźni. Już na samym początku uderza widok tego miejsca. Jest ponure i mroczne, pozbawione światła słonecznego i radości. Przypomina dość sugestywnie scenerię znaną z Miasta zaginionych dzieci, ale pozbawioną kolorów – dominuje tu szarość, jakby zabrano z niego całą pozytywną energię. Osią akcji stają się zaręczyny dwojga młodych ludzi, Wiktorii i Wiktora, pochodzących z dwóch rodów, odpowiednio Everglotów i Van Dortów. Obie rodzimy zostały zestawione na zasadzie skrajności. Everglotowie to dumna rodzina arystokratów, którzy hołdują nieco pruskiej szkole dobrych manier i wychowania: liczy się pozycja i opinia o rodzie, a odgrywanie pozorów i nienaganne maniery to rzecz nadrzędna. Traktują małżeństwo swojej córki jako inwestycję we własną przyszłość, nie dbając o jej uczucia i zdanie w tej materii. Zarówno pani Maudeline Everglot, jak i jej małżonek, Finis Everglot, to bardzo wyniosłe i dumne osoby, co zostało znakomicie podkreślone ich wyglądem – sami zobaczycie, że to kwintesencja archetypu zimnych i zadufanych w sobie arystokratów. Niestety, są tyleż dumni, co pozbawieni grosza, a małżeństwo ich córki ma być dla nich szansą na podreperowanie budżetu familii. Natomiast państwo Van Dort, Nell i William, to przykład tzw. „nuworyszy”, którzy wdarli się do szeregów arystokracji poprzez majątek zdobyty na handlu rybami. Dla nich wydanie syna za córkę Everglotów to szansa na awans społeczny i zmianę stylu życia. Są dość skromnymi i dobrze ułożonymi ludźmi, którzy chcą zrobić karierę pośród najlepszej części społeczeństwa. Widać więc wyraźnie zbieżność interesów, choć dla Everglotów takie małżeństwo to mezalians, do którego nie dopuściliby zapewne, gdyby nie groźba wylądowania na bruku, co szczególnie przeraża Maudeline. Obie rodziny spotykają się po raz pierwszy na próbie ceremonii ślubnej, która odbywa się w ponurej posiadłości państwa Everglot. Wyższość, z jaką traktują oni rodzinę swojego przyszłego zięcia, nie przeszkadza w nawiązaniu się uczucia pomiędzy samą Wiktorią i Wiktorem (zbieżność imion nieprzypadkowa, symbolizuje przecież, że są sobie przeznaczeni). Niestety, pomimo faktu, że oboje młodzi zapałali do siebie natychmiastową miłością, Wiktor ma problemy z zapamiętaniem sentencji przysięgi ślubnej i ciągle się myli. Wreszcie, speszony ciągłymi niepowodzeniami i zniecierpliwieniem prowadzącego próbną ceremonię księdza, panikuje i postanawia uciec na zewnątrz, żeby nieco ochłonąć. Wyrzucając sobie niezdarność i próbując dojść do ładu ze słowami przysięgi, powtarza ją nieustannie, mimochodem kierując się do pobliskiego lasu. Gdy wreszcie udaje mu się powiedzieć słowa obietnicy małżeńskiej w prawidłowej kolejności, dopełnia ceremoniału nakładając obrączkę na, jak mu się wydaje, suchą gałąź wystającą z ziemi. Zbliżenie kamery pokazuje jednak, że nie była to gałąź a koścista dłoń, należąca do zagrzebanych w ziemi zwłok zamordowanej Emily. Nieszczęsny Wiktor nie zdaje sobie sprawy, że moc wypowiedzianych słów sprawiła, że pojął za żonę umarłą kobietę, która ukazuje mu się w całej swej lekko nadgniłej krasie, oznajmiając, że ona także bierze go sobie za męża. Tymczasem w posiadłości Everglotów pojawia się nikomu nieznany hrabia Barkis Bittern, który ma własne plany względem Wiktorii. Zapada noc, Wiktor nie wraca, a całe przedsięwzięcie małżeńskie zawisa na włosku, narażając na szwank honor obu rodzin, co szczególnie mocno przeżywają oczywiście błękitnokrwiści Everglotowie. W sukurs przychodzi hrabia Bittern, który oferuje siebie jako kandydata na męża dla Wiktorii, udając doskonale sytuowanego arystokratę. Everglotowie przystają na tę propozycję, a zupełnie skołowany Wiktor udaje się ze swoją nową żoną do jej świata: królestwa umarłych.

To, co napisałem powyżej, to zaledwie zalążek akcji rozgrywającej się w filmie. Dalszy jej rozwój nie jest może nad wyraz skomplikowany, a wielu rzeczy możemy domyśleć się po drodze, ale przecież nie o to tu chodzi. Czar świata przedstawionego opiera się na czymś innym: na wizjonerskim jego odmalowaniu, z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Tutaj dopiero widać mistrzostwo twórców. Ci z Was, którzy widzieli Miasteczko Halloween już wiedzą o czym mowa, a wszyscy, którzy dopiero zamierzają rozpocząć przygodę z groteskowym światem Burtona, będą mogli przez prawie 1,5 godziny podziwiać uniwersum, które jest jedyne w swoim rodzaju. To, co szczególnie uderza w Gnijącej pannie młodej, to operowanie skrajnościami. Świat żywych wyobrażamy sobie przecież jako dość wesołe i kolorowe miejsce, zdominowane przez jasne kolory i tętniące wszędzie życie, a świat umarłych jako ponure i zimne królestwo, w którym snują się upiory. Burton odwraca ten stereotyp: to żywi zamieszkują ponurą i przygnębiającą, szarą wioskę, a umarli cieszą się egzystencją pośród muzyki, pogawędek przy barze i mogą przechadzać się po kolorowym miasteczku. Świat umarłych zachwyca swym bogactwem i atmosferą karnawału. Widok śpiewających szkieletów, tańczących zwłok czy głowy kelnera, która obsługuje klientów, kojarzy się z południowoamerykańskimi rytuałami Święta Zmarłych, gdzie zamiast posępnej zadumy nad kwestiami eschatologicznymi ludzie świętują na grobach pośród świateł, muzyki i śpiewu. To taki właśnie, nieco groteskowy dla Europejczyków świat jest bliższy Burtonowi (choć nie wiem, czy akurat Amerykę Południową obrał sobie za wzór): pod ziemią trwa karnawał i tętni życie, a na powierzchni żywi snują się po ulicach niczym upiory. Umarli wcale nie tęsknią tu za życiem i nie zamartwiają się swoim losem, natomiast żywi zdają się nie zauważać radości dnia codziennego, bo gonią za nieosiągalnymi ideałami, albo są zbyt zajęci swoją pracą. Film Burtona nie jest oczywiście żadnym moralitetem – to sygnał dla tych, którzy uważają, że animacja jest dla dzieci, a jej treść nie może być zbyt głęboka. Groteska jest tu wykorzystana zarówno jako narzędzie do stworzenia świata przedstawionego, ale także jako nośnik treści: kościotrupy nie wywołują strachu, stanowią normalny element świata, współistnieją harmonijnie ze światem żywych, mają też swoje problemy i troski. To lustrzane odbicie naszego świata, ale żyjące własnym życiem, wolne od przesądów i stereotypów. Groteska oswaja rzeczywistość i pozwala na zderzenie obu płaszczyzn: królestwa żywych i umarłych jako równorzędnych partnerów. Burton doświadcza nas nią, ostrzegając, że trzeba odrzucić lęki i otworzyć umysł, aby dostrzec piękno w tym, co pozornie brzydkie, i życie w tym, co pozornie martwe.

Jeżeli spojrzymy na świat przedstawiony w filmie jak na dwie połówki tego samego lustra, to Wiktor i martwa Emily budują pomiędzy nimi most. Wiktor poznaje świat umarłych, co pozwala mu zrozumieć sens miłości i poświęcenia, a umarła Panna Młoda wkracza do świata żywych z początku jako intruz, ale także po to, aby uwolnić swoją duszę – nieprzypadkowo nawet po śmierci jest wciąż panną młodą, a jej tragiczna przeszłość to klamra, która spina ze sobą oba światy. Cały film można odczytywać zarówno jako filozoficzną opowiastkę o eschatologii, opakowaną w nieco trywialną szatę groteskowego melodramatu, ale także jako klasyczną bajkę o miłości, gdzie dobro zwycięża zło, a bohaterowie są nagradzani lub karani, zależnie od zasług. W tym tkwi siła pozornie niewinnych animacji Burtona: na wierzchu mamy nieco gotycki i upiorny świat, który żongluje typowymi wizerunkami śmierci, wtłaczanymi nam do głów od dziecka, każąc się ich bać. Pod tym sztafażem kryje się jednak głęboki zamysł i komunikat: odrzućmy stereotypowe, czarno-białe patrzenie na rzeczywistość i obejrzyjmy nasz własny świat przez pryzmat nieco strasznej, ale przecież zupełnie niewinnej karykatury, która dobrodusznie naigrywa się z naszych uprzedzeń niczym kabaret. Gdyby jednak wciąż znaleźli się sceptycy, którzy będą konsekwentnie odmawiać animacji prawa do bycia partnerem w dyskursie o sprawach poważnych, twórcy filmu mają w zanadrzu jeszcze jedną broń: detale. Ten film to istne targowisko szczegółów, gdzie możemy zachwycać się niemal wszystkim: cudownie wibrującym „r” w głosie księdza, pęknięciami na czaszce Eldera Gutknechta, wyniosłym spojrzeniem Maudeline Everglot, jazzowym tematem w piosence opowiadającej historię tragicznej miłości Gnijącej Panny Młodej, czy wreszcie poprutymi nićmi na garniturze Wiktora i małym zielonym robaczkiem, który zamieszkuje w głowach umarłych. Dla ludzi ceniących takie drobiazgi to istna uczta (znającym języki obce polecam także uważne zapoznanie się z imionami i nazwiskami bohaterów). Całości dopełnia znakomita muzyka Danny'ego Elfmana, a także doskonałe figurki stylistyczne, które włożono w usta bohaterów, zwłaszcza w kilku śpiewanych fragmentach (tutaj także zachęcam znających język angielski do obejrzenia filmu w oryginalnej wersji). Cóż mógłbym napisać więcej? To wszakże film z gatunku tych, które albo wielbimy, albo odrzucamy. Nie ma tu miejsca na kompromis. To mieszanka groteskowego horroru, melodramatu i świata baśniowego, który do złudzenia przypomina nasz świat z tą tylko różnicą, że w prawdziwym świecie uciekamy od fantazji i baśni, a tutaj Tim Burton zaprasza nas do świata wyobraźni, który tylko pozornie przynależy do dzieci. Jego przesłanie jest bowiem skierowane także, a może przede wszystkim, do ludzi dorosłych. Nie dajmy się zwieść animacji i karykaturalnym postaciom, ponieważ za tą fasadą kryje się tak dobrze nam znany świat: nasz świat.

Screeny

HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE HO, CORPSE BRIDE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ wspaniały, wizjonerski świat
+ doskonałe postaci, muzyka i drobiazgowość ukazanej scenerii
+ ponadczasowa, uniwersalna opowieść z pogranicza groteski i baśni
+ znakomite dialogi czerpiące żywcem z manier arystokracji XIX wieku
+ fantastyczne animacje i wspaniałe operowanie skrajnościami
+ bardzo przemyślany i wielowymiarowy świat

Minusy:

- minus dla tych, którzy nie lubią animacji, a zwłaszcza produkcji Burtona ;)

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -