Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DAYBREAKERS

DAYBREAKERS

Świt

ocena:5
Rok prod.:2010
Reżyser:Michael & Peter Spierig
Kraj prod.:USA / Australia
Obsada:Harriet Minto-Day, Ethan Hawke, Jay Laga'aia, Willem Dafoe, Sam Neill, Michael Dorman
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:5.31
Głosów:13
Inne oceny redakcji:
Adach - 5

Nie wiem jak inni fani filmów grozy, ale ja od wielu już lat z najwyższym obrzydzeniem obserwuję postępującą degradację i upadek wizerunku wampira w kinematografii. Te mroczne, tajemnicze i niejednoznaczne postaci, uwikłane w emocjonalne rozterki, moralne dylematy czy wreszcie miłość sięgającą poza śmierć były symbolami, których ludzkość się bała i jednocześnie kochała. Któż nie czuł podziwu dla piękna i nieśmiertelności tych istot, sądząc, że ich los jest remedium na wszelkie mankamenty ludzkiego istnienia? To wokół nich wszak powstały całe gałęzie sztuki, a muzyka rockowa wykorzystała wampirzą symbolikę, tworząc zupełnie nowy gatunek – gothic metal, który po dziś dzień cieszy się popularnością. I chociaż udowodniono, że wszystkie ludowe legendy i bajania o powstających z grobu krwiopijcach nie są oparte na żadnych faktach, siła tego mitu zdaje się nie słabnąć. Szkoda jedynie, że słabną same wampiry, a bezprzykładne masakrowanie ich wizerunku doprowadziło nas do punktu, w którym znajdujemy się dziś. Wampiry stały się podobne do ludzi, a w nas wzbudza się współczucie dla ich odrzucenia, samotności, udręczenia wiecznym życiem i, nade wszystko, konieczności żywienia się ludzką krwią. Wampiry są systematycznie pozbawiane specyficznych mocy i nadludzkich możliwości, a zamiast tego zamienia się je w niezrozumianą grupę społeczną, która potrzebuje akceptacji i współczucia. Zaprawdę, Drakula musi przewracać się w swojej trumnie.

Metaforycznie rzecz ujmując, wizerunek wampira od wielu lat otrzymuje kolejne, śmiertelne postrzały, a przy życiu zdaje się go utrzymywać jedynie siła mitu i przekonanie decydentów ze świata filmu, że tłuszcza wszystko zaakceptuje. W imię rewolucjonizowania skostniałych schematów, gdzie jeden wampir musi stawić czoła całej ludzkości, która nie ma mu do zaoferowania nic poza wrogością i nienawiścią, tworzy się całe legiony i klany wampirów, które walczą o przetrwanie w świecie opanowanym nie tylko przez ludzkość, ale także inne, wrogie im rasy. Koronnym tego przykładem jest nakręcony w 2003 roku, skądinąd znakomity, Underworld, który okazał się początkiem trylogii o walce Wampirów z Lykanami. Film cieszy się ogromnym powodzeniem za swoją warstwę wizualną, doskonały montaż oraz dość wysoki poziom gore, a nade wszystko za obecność Kate Beckinsale, która wniosła do wizerunku wampirzycy dużą dawkę erotyzmu wymieszanego z archetypem zimnego zabójcy. Zabieg udany, ale już w tym dziele wkradł się element, o którym wspomniałem we wstępie do niniejszej recenzji: klasyczny wizerunek zaczął kruszeć. Uprzedzę od razu: nie mam nic przeciwko ewolucji czy zmianom, zgoła odwrotnie – jestem ich zwolennikiem. Szkoda tylko, że „nowe wampiry”, nazwijmy je neowampirami, zaczęły tracić swoje przymioty: widzenie w ciemnościach (latarki na broni), metamorfozę (nie są zdolne zamienić się w inną postać lub formę), czytanie w myślach, mesmeryzm czy nadludzką szybkość. Owszem, parę rzeczy nadal potrafią – zwłaszcza przemieniać ludzi w wampiry – ale powoli erodują w stronę półdzikich istot, które nieustannie walczą z innymi rasami i stanowią zagrożenie dla ładu społecznego. Kolejnymi ciosami zadanymi wizerunkowi było pojawienie się serialu True Blood (ponownie – od strony technicznej jest doskonały), gdzie wampiry zostały zepchnięte do całkowitej defensywy, a inicjatywą ratowania ich przed izolacją i prawdopodobną eksterminacją była kampania afirmacyjna i pełny „coming-out” wampirów jako rasy. W tym serialu widać wyraźnie, że wampiry są coraz słabsze, chciałoby się powiedzieć, że coraz bardziej przypominają własne karykatury: słabe, pozbawione jakichś szczególnych mocy, zależne od zastępczej krwi, jakby wstydzące się tego kim lub czym są. Wszystko to jest oczywiście gęsto podlewane sosem romantyczno-dramatycznym, wampiry wikłają się w międzyrasowe miłostki i miłości, same nie wiedzą, czego chcą. Na końcu tego uproszczonego pochodu przez upadający wizerunek krwiopijców nie wypada nie wspomnieć o nieszczęsnym Zmierzchu, który powinien postawić na nogi ostatnich wątpiących w to, że wampir, którego poznaliśmy w dzieciństwie jako postać mroczną, samotną i straszną, to dziś niemal mit w micie. Zniewieścienie tych istot osiągnęło w tym nędznym dziele tak zatrważający poziom, że samo patrzenie na tzw. „współczesne wampiry” powoduje torsje. Zdaję sobie sprawę, że zarówno książka, jak i film wycelowano w młodzież, co się powiodło znakomicie, ale osiągnięto też dodatkowy efekt. Wampir stał się dziś właśnie bohaterem młodzieży, która masowo zaludnia kina, szukając mocnej rozrywki, albo bohaterów, z którymi może się utożsamić. Wampir staje się więc powoli bratem-łatą: owszem, jest „inny”, popija tu i ówdzie jakąś krew (ale nie ludzką!), ale ma problemy jak każdy młodzieniec i szuka zrozumienia. Nic tak przecież nie działa na młodą wyobraźnię jak stereotyp odrzuconej i niezrozumianej istoty, która skrywa jakieś nieokreślone pragnienia i mroczne sekrety. I tak dochodzimy do punktu, gdy wampiry wciąż się kocha, ale coraz trudniej się ich bać. Zdaję sobie sprawę, że mój wywód jest uproszczony i pozbawiony należytej głębi analitycznej i większej ilości przykładów, ale miał on na celu zasygnalizować problem, a nie go analizować.

Co nowego do tematu wnosi zatem Daybreakers? Pozornie nic, ale, przynajmniej wedle mojego katastroficznego scenariusza, jest to kolejny krok ku przepaści. Otóż twórcy filmu postanowili uczynić z wampiryzmu... chorobę, która w nie do końca wyjaśniony sposób rozprzestrzeniła się pośród całej populacji ludzkiej (w filmie akcja dotyczy oczywiście wyłącznie USA, a nawet jedynie jakiegoś wycinka jego terytorium, więc trudno wnioskować, czy mowa o całej ludzkości, czy o jakiejś jej części). Tym samym wampiryzm stał się zarazą, która niechcący zamieniła praktycznie całą populację ziemską w amatorów krwi. Film sugeruje dość wyraźnie, że po początkowym szoku, jakim to zdarzenie niewątpliwe było, istoty wampirze dość chętnie zaakceptowały nowy los, dostosowując ogólne życie i technologię do egzystencji w trybie nocnym. Problemem okazała się jednak postępująca redukcja nie-wampirów, czyli ludzi odmawiających dołączenia do większości. Ponieważ wampiry gustują w naturalnej ludzkiej krwi, kurcząca się liczba jej dostawców zmusiła je do uciekania się do bardziej skutecznych środków. W tym celu rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę badania nad stworzeniem substytutu krwi, który uratuje głodujących przed degeneracją i mutacjami, które zaobserwowano już u pewnej części ich pobratymców. Co ciekawe, mutacja ta upodabnia wampiry do istot tak dobrze znanych z mitologii i wcześniejszych dzieł filmowych – wychudzonych i odrażających monstrów ze skrzydłami, które są nastawione na zabijanie i picie krwi. Taki obrazek jest oczywiście nie do przyjęcia dla wymuskanych i arystokratycznych wampirów, którzy nieuchronnie zbliżają się do krawędzi katastrofy. Specjalne grupy łowców polują na resztki istot ludzkich, które przetrzymywane są w swoistych halach, gdzie pobierana jest z nich krew na sprzedaż (z nie do końca zrozumiałych powodów dodaje się ją do sprzedawanej na ulicy kawy), ale sytuacja wymyka się spod kontroli. Przybywa mutantów, którzy kryją się w podziemiach ulic (otrzymują kategorię społeczną nr 4) i pozostałe wampiry są zmuszone do zwrócenia się przeciw swoim dawnym braciom. Co ciekawe, nie przychodzi im to ze specjalnym trudem i wykazują się przy tym tak typowymi dla rodzaju ludzkiego uczuciami nienawiści do odszczepieńców i pogardy dla ich nędznego losu – jedynym rozwiązaniem okazuje się eliminacja fizyczna i całkowity brak akceptacji. W takim właśnie świecie egzystuje sobie Edward Dalton, doktor hematologii zatrudniony w wielkiej korporacji, która dostarcza krew wielkiej populacji wampirów i jednocześnie próbuje stworzyć substytut chemiczny, który uratuje wampiry przed widmem głodu i degeneracji. Przypadkowe spotkanie z uciekającymi ludźmi zmienia jego życie. Nawiązuje kontakt z podziemną organizacją, która wyszukuje na całym terytorium USA ocalałe jednostki ludzkie, a jednocześnie zna sposób na „odwampirzenie” wampira i przywrócenie go rodzajowi ludzkiemu. Potrzebują doktora, który pomoże odtworzyć ich metodę w kontrolowanych, pseudonaukowych warunkach. Doktor Dalton dość chętnie przystaje na propozycję tajnego spotkania ponieważ, jak się niebawem okazuje, został wampirem wbrew swojej woli i nie czuje się dobrze w swojej nowej roli. Wir wydarzeń zmusza go do opowiedzenia się po stronie ludzi. Szybko okazuje się, że metoda przemieniania wampirów z powrotem w ludzi jest skuteczna (choć mało przyjemna) i pozwoli odbudować populację ludzką, która stała się niedobitkami ściganymi przez wygłodniałe bestie. Dużo napisałem, ale fabułę da się streścić jednym zdaniem: choroba zamienia ludzi w wampiry, niedobitki ludzkości muszą przetrwać, a jedynym środkiem do tego celu jest pomoc doktora-wampira, który ma kłopoty z tożsamością.

Fabuła jest prosta i miałka jak kilkakrotnie parzona torebka z herbatą. Jednoliniowy scenariusz nie znajduje miejsca na rozwinięcie wątków pobocznych, a postawienie na dynamizm i robiące wrażenie efekty specjalne uniemożliwia pogłębienie psychologii postaci i próbę analizy samych wampirów jako rasy stworzonej niejako przymusowo. Nie znajdziemy tu ani śladu zadumy nad relacjami łączącymi ludzi i wampiry, ani nad wątpliwościami dręczącymi same wampiry. Twórcy postawili na akcję i warstwę wizualną, sądząc niewątpliwie, że uda im się powtórzyć sukces wspomnianego tu wcześniej Underworld (serwisy informują, że film był od początku obliczony na trylogię). Niestety, jeśli film o walce wampirów i Lykanów oferował przynajmniej ciekawą intrygę opartą na fikcyjnej, ale trzymającej się kupy legendzie, a także spójny, samodzielny świat, to Daybreakers nie ma do zaoferowania nic równie intrygującego. Trafiamy do mało sprecyzowanego świata, który przeżył parę lat temu jakąś bliżej nieokreśloną zarazę – w filmie nie ma o niej niemal ani słowa wyjaśnienia. Ot, tajemnica. Tak jest wygodniej i bardziej dramatycznie. Przez całą projekcję filmu miałem wrażenie, że oglądam jakiś wycinek historii, bez należytego początku i porządnego rozwinięcia. Od samego niemal początku śledzimy świat oczami jednej osoby, która wcale nie stanowi typowego jego przedstawiciela i uczestniczymy w ucieczkach, pościgach i okazjonalnych scenach starć z wampirami. W tej gonitwie gubi się cały sens i jakiekolwiek przesłanie tego dzieła, bo trudno za takowe uznać konieczność jednoczenia się ludzi w obliczu zagrożenia czy konkluzję, że prace nad substytutem krwi to zakamuflowany komunikat, abyśmy szukali alternatywnych źródeł energii. Film zamienia się więc w kolejny parafantastyczny kicz z pogranicza apokalipsy, gdzie ludzkość znów walczy o przetrwanie, a wampir wyłazi z każdej lodówki. Wszystko tu jest jakieś papierowe, na niby i zupełnie nieprzekonujące – ma się wrażenie, jakby ktoś wymyślił sobie ładny obrazek, ale nie wiedział jakimi szczegółami należałoby go wypełnić. Mamy więc czarno-granatowy świat (znów nieznośne skojarzenia z Underworld), w którym w zasadzie nic się nie dzieje. Nie wiadomo, co wampiry porabiają nocami i czy chodzi im w ich nie-życiu o cokolwiek innego niż picie krwi. Mamy tu całkiem zgrabnie przemyślane technologie pozwalające wampirom egzystować także w świetle dnia (specjalnie produkowane samochody czy przejścia podziemne o zupełnie sympatycznej nazwie Subwalk, które umożliwiają podróżowanie w dzień), ale świat wydaje się pusty. Krew dostarczana jest przez jedną korporację, która jest oczywiście moralnie dwuznaczna, bo chodzi jej o zyski, a nie o dobro ogółu. To oni rekrutują łowców polujących na ludzi, ale także likwidujących zdegenerowane wampiry. Strasznie to schematyczne i utrwalające przeświadczenie, że korporacja to słowo nacechowane negatywnie. To prowadzi nas do uogólniającego wniosku końcowego: cały film jest jedną wielką kliszą. Nie ma tu niczego nowego poza wiązanką efektów specjalnych (naturalnie bardzo dobrych), schematycznymi bohaterami, dawno przetartymi ścieżkami (źli prezesi korporacji, moralnie rozdarte wampiry, zdrajcy i udręczeni, ale nieskazitelni moralnie obrońcy ludzkości etc.), jednotorową fabułą i wszechobecną bombastycznością, która skrywa pustkę i mizerię scenariusza.

Na samym końcu wspomnę o samych wampirach, niejako kontynuując zapoczątkowaną we wstępie kasandryczną wizję upadku symbolu wampira. Daybreakers przykłada do tego niechlubnego zjawiska rękę. Wampiry w wizji braci Spierig to ulepszona wersja ludzi o pożółkłych źrenicach, którzy są skazani na egzystowanie nocą i picie ludzkiej krwi. Nie zdradzają żadnych specjalnych cech czy umiejętności, nie widzą nawet w ciemności! Wygląda na to, że choroba dała im jedynie nieśmiertelność, co zdaje się być podstawową superumiejętnością, która stawia wampiry ponad rodzajem ludzkim. Poza głównym bohaterem, a także, nieco później, jego bratem, reszta wydaje się cięta z metra. Wampiry wyglądają i zachowują się podobnie, jakby działali w jakiejś zmowie. Przypuszczam, że kolejne części tej trylogii ujawnią nieco więcej szczegółów, a może nawet pokuszą się o retrospekcję, ale oznacza to, że Daybreakers to jedynie część pilotażowa mająca wybadać, czy pomysł chwyci... i nic poza tym. Szkoda jedynie, że w tak wątpliwym dziele wyciera się aktor pokroju Willema Dafoe czy Sama Neilla. Filmu nie polecam wielbicielom klasycznego wampiryzmu ani nawet zwolennikom Underworldu, który, z biegiem czasu i w miarę kręcenia kolejnych, wątpliwych jakościowo dzieł o krwiopijcach, urasta do rangi klasyki i czasów, gdy wampir potrafił jeszcze zrobić wrażenie. Jak dla mnie Daybreakers to pomyłka i kompletna strata czasu.

Screeny

HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS HO, DAYBREAKERS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ zgrabny montaż i dopracowane efekty specjalne
+ opowieść poskładana na tyle sprawnie, że da się to wytrzymać do końca

Minusy:

- płytka i jednotorowa opowieść bez głębi
- kolejny krok w kierunku odmitologizowywania wizerunku wampira i zamieniania go w osobną kategorię społeczną
- schematyzm i stereotypowe rozwiązania akcji
- pustka i całkowity brak myśli przewodniej
- plastikowy świat i papierowi bohaterowie

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -