Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:STEPFATHER, THE (remake)

STEPFATHER, THE (remake)

Ojczym

ocena:4
Rok prod.:2009
Reżyser:Nelson McCormick
Kraj prod.:USA
Obsada:Penn Badgley, Dylan Walsh, Sela Ward, Amber Heard, Braeden Lemasters
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:6.2
Głosów:5
Inne oceny redakcji:

O banał zakrawać będzie wyrzekanie na amerykańską manię kręcenia kolejnych wersji filmów, które w przeszłości dobrze zapisały się czy to w pamięci widzów, czy krytyków filmowych. Dla tamtejszych producentów kinematografia jest biznesem, który przynosić ma zyski. Wszystko inne jest tylko mało istotnym naddatkiem. Nie znaczy to jednak, iż wszystkie remake’i należy wrzucić do wielkiego wora z napisem „badziewie”. Takie produkcje jak „Dawn of the Dead” Zacka Snydera czy „Last House on the Left” Dennisa Iliadisa, nie tylko dorównywały pierwowzorom, lecz także wnosiły do opowiadanej historii nowe, nadające jej dodatkowych znaczeń elementy. Niestety, „powtórki” „Stepfathera” w reżyserii Nelsona McCormicka do grona tychże obrazów zaliczyć żadną miarą nie można. W każdej bowiem płaszczyźnie filmowego rzemiosła ustępuje ona wyreżyserowanemu przez Josepha Rubena oryginałowi.

Fabuła obrazu McCormicka zasadniczo nie różni się od pochodzącej z roku 1987 produkcji Rubena. Susan, rozwiedziona niedawno, atrakcyjna matka trojga dzieci, poznaje w hipermarkecie przystojnego mężczyznę, od którego w krótkiej rozmowie dowiaduje się o śmierci jego żony i córeczki. Kobieta pod wpływem impulsu zaprasza nowego znajomego do pizzerii, do której po zakupach miała udać się wraz dwojgiem najmłodszych pociech. W następnej scenie dowiadujemy się, iż po pół rocznej znajomości Susan postanawia poślubić poznanego w sklepie Davida Harrisa. Wszyscy, łącznie z dwojgiem młodszych dzieci bohaterki, zachwyceni są jej wyborem. Tylko Michael, najstarszy syn Susan, nie może przekonać się do przyszłego ojczyma. Kilka poszlak rodzi w jego umyśle przekonanie, iż mężczyzna nie jest tym, za kogo się podaje. Ale chłopakowi nikt nie chce wierzyć, ponieważ niedawno wrócił on z obozu wojskowego, do którego wysłany został za liczne wybryki chuligańskie.

Trudno napisać cokolwiek konstruktywnego o filmie, który jest zwykłym nieporozumieniem. Nie tylko bowiem kopiuje pomysł z obrazu Rubena, a więc motyw psychopaty mającego talent do wkupywania się w łaski kobiet samotnie wychowujących dzieci, lecz także rozmienia go na drobne przed dodanie kilku nic nie wnoszących drobiazgów. Siła pierwowzoru polegała na kameralności dramatu, w którym kilkunastoletnia dziewczyna musiała walczyć o życie swoje i matki z przebiegłym, inteligentnym i stosującym niezwykle wyrafinowany terror przeciwnikiem. Dziewczyna nie mogła liczyć na żadną pomoc. Wszystkie jej przypuszczenia co do prawdziwej tożsamości ojczyma, kwitowane były komentarzami poddającymi w wątpliwość jej zdolność do racjonalnego myślenia. Stephanie, bohaterka pierwowzoru, znalazła się więc w matni – niezrozumiana przez zakochaną w swoim mężczyźnie matkę, nie może także znaleźć pomocy na zewnątrz.

Owego klimatu osaczenia w remake’u autorstwa McCormicka jest tyle, co kot napłakał. Przede wszystkim dlatego, iż rola Dylana Walsha, a więc tytułowego ojczyma, oparta jest nie na sztuce aktorskiej czy chociażby dobrze napisanych i wieloznacznych dialogach, lecz na sztuczkach montażowych, dzięki którym straszliwego psychopatę można by zrobić nawet z Woody’ego Allena. Cała kreacja amerykańskiego artysty zbudowana jest na dwóch minach – jedna zarezerwowana jest dla dobrego tatusia, druga zaś dla złego. Podobnie rzecz się ma z jego antagonistą, czyli Michaelem Hardingiem zagranym przez bliżej mi nieznanego Penna Badgley’a. Jego sytuacja w porównaniu do nastolatki z oryginału jest wręcz komfortowa. Nie dość, że jest silnym chłopem z przeszłością dobrego pływaka, ale również niezłego zawadiaki, to może on znaleźć oparcie i w swojej dziewczynie, i w dwojgu młodszego rodzeństwa (też nastolatków), wreszcie w ciotce pracującej jako agentka nieruchomości, a nawet w biologicznym ojcu, który po rozwodzie z Susan nie chce jednak tracić kontaktu ze swoimi dziećmi. Gdzie tu jest więc miejsce na strach, osaczenie, terror silnego, dominującego sprytem i przebiegłością mężczyzny nad niewinną, bezbronną ofiarą?

Trudno także w obrazie McCormicka znaleźć jakikolwiek klucz interpretacyjny, dzięki któremu można by doszukać się w filmie czegoś więcej, niż tylko opowiastki o szaleńcu szukającym ofiar w postaci matek samotnie wychowującym swoje dzieci. W obrazie Rubena, dzięki znakomitej kreacji Terry’ego O'Quinna, mogliśmy obserwować człowieka o dziesiątkach twarzy, który w zależności od sytuacji potrafił natychmiast przepoczwarzyć się w pasującego do niej osobnika. Stanowiło to bardzo trafny komentarz do sposobu zachowania się współczesnego człowieka, który dla własnego wygodnictwa potrafi żyć kosztem kogoś innego, używając do tego takich „narzędzi” jak hipokryzja czy obłuda. Rodzina dla niego jest więc tylko kwestią ambicji, dodatkiem niezbędnym w realizowaniu pokrętnych, niesłużących nikomu celów. U McCormicka podobnych rozważań nie znajdziemy. Reżyser remake’u „Balu maturalnego” w „Ojczymie” stawia przede wszystkim na efektowność. Pragnie przerazić widza najprostszymi sztuczkami, a więc „jump scenami” oraz za pomocą charakterystycznego dla horroru montażem. Trudno w jego filmie doszukać się także jakiegokolwiek komentarza czy to lokalnych zjawisk kulturowo-obyczajowych, czy też bardziej globalnych, natury np. socjologicznej.

Jednakże z drugiej strony trudno remake’owi w reżyserii McCormicka zarzuć jakiekolwiek warsztatowe uchybienia. Zdjęcia są zrobione profesjonalnie, to samo można powiedzieć o montażu oraz scenografii. Pojedyncze sekwencje wydają się być wiarygodnymi i dynamicznymi, nie sprawdzają się jednak jako elementy całości, która momentami nuży i nie przekonuje w swym przekazie. Ale tak wygląda całe współczesne kino amerykańskie. Przy tak ogromnych nakładach, jakie pompuje się w kinematografię rodem ze Stanów Zjednoczonych, trudno sobie wyobrazić, by w jej strukturze nie wykształcili się co najmniej solidni operatorzy, oświetleniowcy, montażyści czy inni technicy odpowiedzialni za jakiś element dzieła filmowego, którzy najgorszą szmirę opakują w atrakcyjne pudełko. Nie zmienia to jednak faktu, iż powtórki typu „Stepfather” są zupełnie niepotrzebnymi produkcjami, przyprawiającymi horrorowi miano gatunku wtórnego i skostniałego.

Screeny

HO, STEPFATHER, THE (remake) HO, STEPFATHER, THE (remake) HO, STEPFATHER, THE (remake) HO, STEPFATHER, THE (remake) HO, STEPFATHER, THE (remake) HO, STEPFATHER, THE (remake)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ profesjonalne wykonanie
+ uroda Seli Ward
+ kilka ciekawych ujęć

Minusy:

- pomimo bardzo interesującego pomysłu wyjściowego, mało interesująca historia
- nudni i mdło zagrani bohaterowie
- nieprzekonujący czarny charakter
- pretekstowo potraktowani niektórzy bohaterowie
- kilka niedorzeczności
- finał zrobiony ewidentnie pod sequela
- nic nie wnosi, a wręcz szkodzi gatunkowi

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -