Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:INK

INK

Ink

ocena:10
Rok prod.:2009
Reżyser:Jamin Winans
Kraj prod.:USA
Obsada:Christopher Soren Kelly, Quinn Hunchar, Jessica Duffy, Jennifer Batter, Jeremy Make
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:10
Ocena użytkowników:8.5
Głosów:8
Inne oceny redakcji:
Adach - 7

Spośród dość pokaźnej liczby znanych ludzkości mitów i konceptów filozoficznych jednym z najbardziej prominentnych i powszechnych wydaje się bez wątpienia mit o walce Dobra ze Złem. Nie sądzę, aby istniała na Ziemi kultura, która nie trawestowała tego dychotomicznego pojedynku, dostosowując go własnych realiów i ozdabiając symboliką właściwą dla danego kręgu kulturowego. Jeśli pozostawimy poszczególne kultury samymi sobie i spojrzymy na zagadnienie w całej jego rozciągłości, jakby z lotu ptaka, zobaczymy, że pojedynek Dobra ze Złem to w istocie fundament tożsamości kulturowo-duchowej każdej społeczności/ludu. Nazewnictwo i aparat pojęciowy mogą się wprawdzie mocno różnić, ale walka światła z ciemnością to niezbywalna część składowa samego człowieczeństwa, którego istota zasadza się na podążaniu ku oświeceniu i doskonałości, unikania pokus i podszeptów Złego, umiejętności rozróżniania tego, co właściwe, od tego, co niewłaściwe. Systemy religijno-filozoficzne ugruntowały to przekonanie, nieustannie wpajając nam konieczność walki o ocalenie duszy i wykuwanie swojego charakteru w oparciu o słuszne wybory i niekończącą się walkę z ciemnością. Nie wiem czy jest gdzieś na świecie jakaś dająca się uchwycić statystycznie liczba ludzi, którzy są w stanie wznieść się ponad tę dychotomię i nie dzielić świata widzialnego i niewidzialnego na pół: światło-ciemność, dobro-zło, biel-czerń itp. Ja w każdym razie chciałbym to umieć, ale nadal mi się to nie udaje.

Zacznę od razu mocno, bo też i inaczej nie można: Ink to dzieło doskonałe, gdzie treść znacznie wyprzedza obraz. Nie często zdarza się, aby film posiłkował się minimalizmem warsztatowym, który ociera się momentami o niedoróbki i przeoczenia na poziomie wykonawstwa, a jednocześnie przekazywał tak dużą dawkę treści, by zupełnie omamić widza, każąc mu zapomnieć o całym świecie i bez reszty zatracić się w opowieści. Ja uległem temu czarowi całkowicie. Uniwersalizm tej historii oraz odwołanie się do fundamentalnych dla życia każdego człowieka kwestii umiejętności dokonania właściwego wyboru czy dostrzeżenia własnych ułomności, akceptacji itd. czyni z niej niemalże moralitet. W tym miejscu podzielę się też spostrzeżeniem, że podjęcie tak ciężkiej tematyki, a jednocześnie podanie jej w lekkiej, zamerykanizowanej formie rychło skończyłoby się klęską, gdyby nie oprawa filmu, sięgnięcie po poetykę baśni i zdolność do nadawania abstrakcji jakichś rozpoznawalnych form. Cały film to jakby podróż po wyobraźni – niekoniecznie wcale dziecięcej – i nadawanie wyobrażeniom czy wymysłom określonych kształtów. W tym właśnie aspekcie należą się twórcom i pomysłodawcom tego dzieła wyrazy najwyższego uznania. Udała im się bowiem rzadka sztuka opowiedzenia banalnej historii na sposób baśniowo-mityczny, unikając zarazem infantylizmu i bombastyczności, która częstokroć przysłania treść. Widać wyraźnie jak niewielki budżet miał Ink i jak wiele serca i wiary w sukces włożono w jego powstanie, aby uzyskać efekt końcowy. Może i film przejdzie bez większego echa, może nie stanie się jakimś symbolem naszych czasów, ale ufam głęboko, że zapadnie głęboko w pamięć tym, którzy postanowili poświęcić czas na jego obejrzenie.

Historia opowiedziana w filmie jest naprawdę banalna. Oto obok znanego nam świata funkcjonuje równoległy wymiar, zasiedlany przez dwie różne rasy: Gawędziarzy (Story-tellers) i Zmory (Incubuses), które toczą ze sobą walkę o nasze dusze. Gawędziarze zsyłają nam dobre sny i umożliwiają spełnianie marzeń, a Zmory żerują na naszych lękach i skrytych pragnieniach. Każdy nasz czyn/wybór zbliża nas do jednej bądź drugiej strony, do Światła bądź Ciemności. Elementami spajającymi oba światy stają się w filmie mała Emma, jej ojciec John i niejaki Ink, stwór z wymiaru równoległego. Cała historia składana jest przez cały film niczym układanka (często i gęsto korzystając przy tym z zabiegu retrospekcji) i często przyjdzie nam zmieniać plany, miejsca i czas. Dzięki temu nasza uwaga nie słabnie ani przez chwilę, a cała opowieść bardzo długo nie ujawnia swojego finału (chociaż wytrawny widz dostrzeże pewne podpowiedzi w trakcie projekcji). Skrótowo wygląda to tak: John to wdowiec, który postanowił poświęcić się karierze w firmie zajmującej się telefonią komórkową. Płaci za to wysoką cenę. Jego kariera nie tylko zniszczyła jego małżeństwo na długo przed tragiczną śmiercią jego żony w wypadku samochodowym, ale także pozbawiła go praw rodzicielskich do Emmy, gdyż sąd orzekł, że jego tryb życia uniemożliwia mu sprawowanie właściwej opieki nad córką. Emma trafia pod opiekę dziadków ze strony zmarłej mamy, a John coraz bardziej zatraca się w swojej pracy, zachłystując się własnymi sukcesami i ulegając manii własnej wielkości oraz otaczającego go zewsząd podziwu. W czasie, gdy John zamienia się w krwiożerczego narcyza, w świecie równoległym toczy się walka o Emmę. Pewnej nocy w domu Emmy strzeżonej przez jednego (a ściślej jedną) z Gawędziarzy pojawia się tajemnicza postać odziana w łachmany i pobrzękująca łańcuchami. Niebawem dowiemy się, że w tamtym świecie nazywają go Inkiem. Dochodzi do zaciekłej walki o Emmę i mimo, iż strażniczka wzywa na pomoc innych Gawędziarzy, Inkowi udaje się porwać Emmę i zabrać ją go świata równoległego. Dalszy rozwój akcji szybko ujawnia, że porwanie jest w rzeczywistości rytuałem inicjacyjnym Inka, który ma dowieść swojej lojalności zanim sam stanie się Zmorą. To jednak tylko pozory: chodzi o coś znacznie większego, a Emma okazuje się katalizatorem całej opowieści. Dopiero w tym momencie zaczynamy rozumieć sens całej historii: wszystko jest grą pozorów. Ink nie jest do końca tym za kogo się podaje, a granice pomiędzy Dobrem i Złem okazują się znacznie bardziej płynne niż można przypuszczać. Jedynymi stałymi elementami fabuły są Gawędziarze i Zmory: dychotomiczna Światłość i Ciemność, które są jednoznacznie dobre i skończenie złe. Jest to może zabieg trywialny i mało wiarygodny, ale dzięki niemu staje się silnym kontrastem dla moralnych dwuznaczności i rozdarcia głównych bohaterów, przede wszystkim Johna i Inka. Wraz z rozwojem opowieści pojawia się coraz więcej nowych postaci, które mają swoje własne cele i osobowości. Spośród nich na uwagę zasługują dwie: Tropiciel (Pathfinder) oraz Liev. Postać Tropiciela to szczególnie znakomity charakter, będący kolejnym dowodem na to, jak wielką wyobraźnię mieli twórcy tego filmu. Tropiciel jest bowiem niewidomy, co stanowi sprzeczność samą w sobie, ale jego umiejętności nie zasadzają się na widzeniu tego, co dostrzega ludzkie oko, ale na umiejętności dostrzegania tego, co niewidzialne: rytmu spajającego cały świat. Tropiciel umie wyczuć rytm rządzący wszystkimi zdarzeniami, rytm prosty, bo na 4/4, ale niezmienny i nieubłagany. Drobne jego zakłócenie zmienia bieg zdarzeń, a odpowiednio zaplanowana zmiana może zamienić pozorny chaos w nowy porządek. Tak właśnie rozpoczyna się walka o ocalenie Emmy, a Tropiciel odegra w tym niebagatelną rolę. Liev jest natomiast symbolem samopoświęcenia dla większego dobra, osobą, która pojawia się w opowieści w ściśle określonym celu, dla którego poświęca się całkowicie. Liev to kobieta pozbawiona wątpliwości i doskonale rozumiejąca cel swojego istnienia – jest niczym owad, który rodzi się po to, aby wydać potomstwo i zginąć. Liev pojawia się w historii zrazu po to, aby uratować Emmę, ale jej cel jest znacznie wyższy – to dusza Johna. Dopiero gdy zejdą się ścieżki Inka, Johna, Liev, Emmy, Tropiciela (wraz z kilkoma Gawędziarzami) film ujawnia całą swoją głębię i zamysł twórczy. Ja już nic więcej nie zdradzę, ale zaręczam, że warto wytrwać do końca tej opowieści.

Film można odczytywać na wielu płaszczyznach. To zarówno walka o ludzką duszę, jak i moralitet o tym, co w życiu naprawdę ważne. To pochwała miłości i oddania oraz wielkie potępienie dla ślepej pogoni za karierą i pieniędzmi. Jest to również hołd złożony więzom rodzinnym oraz przypomnienie o tym, że każdy błąd można jakoś naprawić i nie można ustawać w trudzie doskonalenia swojego życia. Opowieść jest naturalnie opakowana w pewną dozę bajkowości i oniryzmu, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że ponad połowa filmu rozgrywa się w świecie równoległym, który możemy interpretować zarówno jako świat marzeń sennych, jak i pełnoprawny wymiar alternatywny, do którego trafiają ludzie po śmierci. W tym ujęciu blisko mu do wizji życia po śmierci, gdzie trafiają ludzkie dusze, aby zostać nagrodzone lub ukarane za swoje czyny. To także świat, gdzie każdy może nadal naprawić swoje błędy i wpływać na życie tych, którzy zostali po tamtej stronie (naszym świecie). Wiele jest w tej opowieści aspektów duchowości, metafor i symboliki, którą każdy z nas musi odkryć sam w czasie oglądania. Nie wątpię także, że film ten da się oglądać na wiele sposobów, które doprowadzą do szeregu rozmaitych interpretacji. Ja miałem chwilami przebitki ze znakomitego dzieła Źródło, które również, choć na inny sposób, próbowało zmierzyć się z istotą i sensem ludzkiego życia, pogonią za celem naszego istnienia i walką o samych siebie.

Szalenie ciekawa jest postać samego Inka. Wizualnie przypomina trolla (być może jest to spowodowane obecnością jego monstrualnego nosa), ale zachowuje się jak człowiek – ma dylematy moralne i w miarę rozwoju opowieści zdradza coraz więcej wątpliwości względem własnych wyborów i poczynań. Dzięki temu nie sposób nie zdradzać wobec niego sympatii i dopatrywać w nim rzeczywistego synonimu człowieczeństwa. To Ink właśnie jest kwintesencją nas samych, mieszaniną dobra i zła, wiecznie rozdarty pomiędzy to, co chciałby zrobić i to, co powinien. Skryty za łachmanami nie ma odwagi pokazać swojej twarzy i przyznać, że błądzi, że nie wiem do końca jak powinien postępować, a to przecież takie ludzkie. To, co przez cały film dzieje się i dotyczy postaci Inka to jedna wielka metafora ludzkiego życia, uniwersalna, choć może i chwilami banalna prawda o tym, co jest ważne i o tym, co tylko pozornie ma znaczenie, ale w ostatecznym rozrachunku zupełnie się nie liczy: kariera, pieniądze, uwielbienie, władza. To także przypowieść o potędze miłości i wybaczenia, co mocno przybliża ją do retoryki chrześcijańskiej, choć byłbym daleki od takiego zawężania przesłania filmu. Mimo to film przemówi najsilniej do tych, którzy identyfikują się z jakąś formą duchowości, wiary w to, że życie na swój wymiar dostrzegalny i niedostrzegalny, że po śmierci coś nas czeka, a nasze czyny zostaną w ten czy inny sposób rozliczone. Jeśli nie wierzymy w takie opowieści, jeśli uznajemy je za bajania i stratę czasu, wówczas film może nieuchronnie zamienić się w baśń o zbawieniu duszy o dużej dawce infantylizmu. Ufam jednak, że film obroni się sam nawet jako uniwersalna opowieść o życiu i naprawianiu popełnianych błędów. Dotyczy o wszak każdego z nas i na pewno pokrzepi nas opowieść o człowieku, który podjął się tego trudu i odnalazł w swoim życiu sens.

Na sam koniec odniosę się do tych recenzji Inka, które uwypuklają niedoróbki warsztatowe i wskazują na niedostatek funduszy, które uniemożliwiają komercyjny sukces filmu. Jest w tym sporo racji, ale moim skromnym zdaniem nie o to mogło twórcom chodzić. Jeśli ktoś rozumie, że nie ma pieniędzy na fajerwerki i wielką produkcję, nie oczekuje, że film zamieni się w blockbustera w jeden wieczór. Tutaj postawiono na treść i spektakularny pomysł, który zapadnie w pamięć. Ink jest na tyle niepodobny do czegokolwiek innego z pogranicza kina fantasy, baśni i dramatu, że z łatwością zdystansuje te wszystkie dzieła, które chciały połączyć uniwersalne przesłanie z bombastycznością i efekciarstwem, niwecząc tym samym szanse na ukazanie niuansów i uruchomienie przez widzów własnej wyobraźni. Dodatkowym walorem Inka jest jego jednorazowość: nie ma możliwości, aby twórcy założyli jakieś sequele i chcieli mierzyć w szrankach o laury i nagrody. Ink to film niszowy, przeznaczony dla tych, którzy umieją docenić takie subtelne opowieści odwołujące się do naszej wrażliwości i zdolności do dostrzegania w naszym życiu czegoś więcej poza warstwą widzialną. Ink wymaga myślenia i wyciągania wniosków, a to dziś w kinie towar bardzo deficytowy.

Screeny

HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK HO, INK

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jeden wielki plus za wszystko: pomysł, scenariusz, realizację, rozwiązania fabularne i nieskrępowaną wyobraźnię autorów. Naprawdę film jedyny w swoim rodzaju

Minusy:

- absolutny brak minusów

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -