Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:BOX, THE

BOX, THE

Pułapka

ocena:5
Rok prod.:2009
Reżyser:Richard Kelly
Kraj prod.:USA
Obsada:Cameron Diaz, James Mardsen, Frank Langella, James Rebhorn, Holmes Osborne, Sam Oz Stone, Gillian Jacobs
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:4.6
Głosów:5
Inne oceny redakcji:

Nieoceniony słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego podaje następującą definicję słowa dylemat:

Dylemat – kłopotliwa sytuacja wymagająca trudnego wyboru między dwiema przykrymi możliwościami; problem; alternatywa; log. wnioskowanie, w którym, prócz 2 zdań warunkowych, jako trzecia przesłanka występuje zdanie alternatywne.
Etym. - gr. dilēmma dpn. dilēmmatos 'alternatywa'
Umiejętność podejmowania właściwego wyboru w sytuacji, gdy mamy do czynienia z alternatywą to jedna z rzeczy, której uczymy się przez całe życie. Trafność wyboru to rzecz względna, jeśli nie mamy wyraźnego rozróżnienia między czymś (teoretycznie) dobrym i złym. Wybór podyktowany jest oceną sytuacji w danej chwili oraz przemawiającymi za nią przesłankami, a jego trafność jest często oceniana dopiero później, na podstawie efektów, jakie dana decyzja przyniosła. Dylematy mogą być trywialne i dramatyczne, ale nasz wybór jest zawsze nacechowany subiektywnie. Decydujemy tak, jak podpowiada nam serce/sumienie/logika i bardzo często wybór ten ogranicza się do tzw. „mniejszego zła”, które podobno nie istnieje.

Wiele padło we wstępie górnolotnych słów i definicji, ale, niestety, film Richarda Kelly'ego nie zawiera w sobie aż takich pokładów złożoności i zbyt głębokiego dna. Mamy tu bowiem do czynienia z klasycznym typem produkcji amerykańskiej, gdzie dobry, chwytliwy pomysł rozmienia się na drobne i tonie w morzu słabych rozwiązań fabularnych i banalności. Szkoda to wielka tym bardziej, że film ma potencjał i nawiązuje całkiem udany romans z kinem SF, które pamiętamy z lat 70 i 80 XX wieku. Owszem, są tu jacyś obcy, ale nikt nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia, a oni mają wolną rękę w spiskowaniu i przejmowaniu naszych umysłów. Oczywiście, że to już było i to nie raz, ale można było to atrakcyjnie odświeżyć, trochę nas zaniepokoić, odgrzebać lęki przed inwazją tzw. obcych, ale nic takiego reżyserowi i autorom scenariusza do głowy nie przyszło. Szkoda.

Film wychodzi z bardzo prostego założenia dramaturgicznego. Oto do pewnej, raczej typowej, rodziny amerykańskiej, złożonej z pracującego w NASA Artura Lewisa, jego żony, Normy, nauczycielki, i ich syna Waltera, zgłasza się tajemniczy osobnik, niejaki Arlington Steward. Choć uwagę od razu przykuwa jego zdeformowana twarz, największą zagadką okazuje się pozostawione przez niego noc wcześniej na ganku domu państwa Lewis pudełko, w którym znajduje się tzw. button unit (w wolnym tłumaczeniu: zespół przycisku). Propozycja wychodząca od p. Stewarda jest pozornie bardzo prosta: proszę nacisnąć przycisk, a otrzymają państwo milion dolarów – konsekwencją będzie jednak śmierć zupełnie nieznanej osoby; druga możliwość: proszę nie robić nic, a ja za 24 godziny zgłoszę się po pudełko i sprawa zostanie zakończona. Pech chce, że propozycja pojawia się akurat wtedy, gdy państwo Lewis stają przed poważnymi problemami finansowymi: Artur nie został przyjęty do programu dla astronautów w NASA, a Normie nie przedłużono pracy w szkole. Jakkolwiek więc propozycja jest niemoralna, milion dolarów bardzo kusi. Ciężar decyzji szybko odciska się na psychice obojga i zdajemy sobie sprawę, że dokonanie wyboru nie jest łatwe, chociaż świadomość odebrania życia komuś przypadkowemu powinno być wystarczającym powodem, aby natychmiast posłać pana Stewarda do wszystkich diabłów. Wygląda także na to, że Artur jest skłonny odmówić, natomiast Norma skłania się do wciśnięcia przycisku. Tak też się dzieje. Po umówionych 24 godzinach pojawia się Arlington Steward, wręcza państwu Lewis milion dolarów, dziękuje i odjeżdża. Do tej chwili jest dobrze: zbudowano napięcie, postawiono dwoje ludzi przed wyborem o dwuznacznej naturze, ukazano słabość natury ludzkiej, doprowadzono do kulminacji... i co dalej? Większość pewnie oczekiwałaby dalszego dramatu, kryzysu w małżeństwie i osobowościach bohaterów, studium rozpaczy, próby naprawienia błędu. Nic z tych rzeczy. Od teraz zaczyna się czyste science-fiction...

To, co dzieje się w dalszej części filmu to mniejsza lub większa kpina z naszej wrażliwości jako widzów i z naszego rozsądku. Nie wdając się w jakieś wielkie szczegóły, przejdę od razu do sedna: za całą akcją z przyciskiem stoją obcy. Nie jakieś tam monstra czy xenomorfy, ale bardziej inteligencja, która zawładnęła umysłami ludzi, aby prowadzić eksperymenty. I tu właśnie zaczyna się komedia. Nie wiemy nic ani o skali prowadzonych testów (dotyczy to całego świata, Stanów Zjednoczonych czy wyłącznie jednego miasta, a może jednej dzielnicy?), ani nie dowiadujemy się wiele o ich celu. Obcy, za pośrednictwem swojego przedstawiciela, mówią jedynie mgliście o poddawaniu ludzi próbom ich moralności, aby ostatecznie zdecydować o ocaleniu lub zniszczeniu całej ludzkości (tak!). Obcy stają się tym samym jakiś ciałem arbitralnym, które sprawdza naszą zdolność do oparcia się pokusie uzyskania gratyfikacji finansowej w zamian za życie obcego nam człowieka. Ocenianie kondycji moralnej ludzkości na podstawie jednostkowego testu o takim charakterze jest doprawdy karkołomnym przedsięwzięciem. Wystarczyłaby dłuższa obserwacja ludzkości jako takiej, naszego postępowania, motywacji i stosunku do siebie wzajemnie, aby widzieć, że jesteśmy jacy jesteśmy i taką mamy naturę. Zabijamy się o znacznie mniejsze sumy i rzeczy, więc nie ma powodu prowadzić jakichś wydumanych badań z użyciem przycisku. Śmieszne to wszystko i typowo amerykańskie: spłycanie problemu i wnioskowo sensu largo na podstawie jednostkowych przesłanek. Kłania się elementarna logika (Argumentum probabile). Odpowiedź obcych jest banalnie prosta: zaimponujcie nam i nie wciskajcie przycisku. Reżyser liczył chyba, że postawienie takiego dylematu wobec ludzi, którzy znajdują się na pewnym zakręcie życiowym uwiarygodni nie tylko ich decyzję, ale także pokaże, że ludzie są samolubni i wybierają to, co jest im wygodniejsze. Wszystko to okazuje się zupełną fikcją, gdy zdamy sobie sprawę z faktów: państwo Lewis wcale nie znajdują się na wielkim zakręcie życia. Owszem, Artur nie zostanie astronautą, ale to nie koniec jego kariery w NASA, a Norma zapewne znajdzie sobie inną pracę. Nie potrzebują tego miliona dolarów, bo żyją w ładnym domu, mają niezły samochód i żyje im się dobrze. Słowem, nie są miarodajnym przykładem ludzi, którzy nie potrafią wznieść się ponad własną próżność i zepsucie – ich wybór jest sztuczny, podyktowany scenariuszem, a nie życiem. Ja w każdym razie tego nie kupuję.

Twórcy filmu zadbali także o ukazanie bardziej ludzkiego oblicza Normy, aby uwiarygodnić jej postępowanie i skierować nasze emocje na zdolność do empatii. Cóż łączy Normę i Arlingtona Stewarda? Norma straciła cztery palce u jednej ze stóp, a Arlington ma zniekształconą twarz, co związane jest z porażeniem piorunem. Okazuje się jednak, że nie był to wypadek, a próba nawiązania kontaktu przez obcych... Norma nie czuje litości i współczucia dla Stewarda, przeciwnie – jest to miłość i zdolność do zrozumienia tego, co czuje on, jako osoba zdeformowana. Piękny to zabieg, który ma ukazać głębokie człowieczeństwo kobiety, ale trafia w próżnię: Norma ma bowiem do czynienia z obcym, dla którego nie są to przekonujące argumenty. On chce czynów, twardych dowodów, odmowy wciśnięcia przycisku. Siłą rzeczy wszelkie próby zaimponowania obcym i przejścia testu są skazane na niepowodzenia z chwilą wciśnięcia przycisku. I po co było ładować w to tyle psychologii, starać się sztucznie budować drugie dno i liczyć na empatię widza, który da się nabrać na głębokie psychologiczne dylematy postaci? Puste to wszystko, całkowicie nieprzekonujące i po prostu płytkie.

To, czego w filmie można natomiast nie dostrzec od razu, to świadectwo, jakie pomysłodawcy filmu wystawili kobietom. W The Box okazuje się bowiem, że to kobiety są naczyniem zepsucia i deprawacji, to one finalnie naciskają przycisk, zbywając to głupawym uśmieszkiem, mającym sugerować, że nic wielkiego się nie stało. Przyznam, że byłem tym zniesmaczony. Wiem, że ludzie są różni, ale ja właśnie stawiałbym na mężczyzn, którzy mają tendencję to trywializowania złożonych problemów i zbywania dylematów banalnym komentarzem czy zachowaniem. U Amerykanów jest chyba jednak inaczej: tu mężczyźni są prawi i sprawiedliwi, a kobiety zepsute. Co więcej, konsekwencje wciśnięcia przycisku wykraczają poza śmierć przypadkowej osoby (jak się okaże, wcale nie takiej przypadkowej) – test trwa dalej i nieuchronnie kończy się kolejną śmiercią, tym razem jednak dotykającą kogoś z bliskich. Czy to miał być schemat zbrodni i kary? Nauka moralna o tym, że każdy czyn ma swoje konsekwencje, że nasza karma jest taka, jaką sobie sami stworzymy? Wszystko to prawda i stanowiłoby ciekawą podbudowę dla dramaturgii filmu, ale ten problem twórcom umknął. Wybrali łatwiejsze wyjście: dylemat moralny, który nie prowadzi do uświadomienia sobie własnej ułomności, ale zamienia się w jakiś wydumany eksperyment obcych i nieudolne próby, które podejmują państwo Lewis, aby dowiedzieć się prawdy. Z czasem dowiemy się, że spisek obejmuje coraz większe kręgi, że CIA, FBI, NSA i co tam jeszcze chcecie. Ergo: Amerykanie to Obcy...

Najbardziej razi w filmie płytkość. Zamiast refleksji nad naturą ludzką, naszymi słabościami, niezdolnością do pogodzenia się z faktami, wyrzutami sumienia nad błędną decyzją, mamy tu do czynienia z pseudo-psychologicznym dyskursem o naturze kobiet, interwencją obcych i wielkim eksperymentem na ludzkości. Wszystko to nie prowadzi jednak do żadnych wiążących wniosków. W zasadzie nie wiadomo, czy kobiety decydują się wcisnąć przycisk, bo tak nakazuje im rachunek za/przeciw, czy są z natury chciwe i płytkie, czy może przeciwnie – tylko one są zdolne do rozstrzygnięcia dylematu i na tyle odważne, aby poświęcić czyjeś życie w imię dobra własnej rodziny? Odpowiedzi nie usłyszymy. A co z Obcymi? Po co nas badają, skoro i tak są władni nas zniszczyć? Po co mieliby to robić? Chcą naszych surowców, miejsca do życia, niewolników? Jeśli przemierzają Wszechświat, aby sprawdzać, która cywilizacja jest godna życia, to zachowują się niczym pradawni bogowie u Danikena, którzy decydują o życiu i śmierci całych planet. Wszystko to pięknie, tylko po co to robią? Mamy się dzięki nim przejrzeć w zwierciadle własnego upadku? Widać wyraźnie w filmie, że Obcy dysponują niesamowitą technologią i manipulują naszymi umysłami jak chcą – nie mogliby zatem po prostu zmienić naszego nastawienia, pokazać nam jak powinniśmy żyć, skoro tak im na nas zależy? Odpowiedzi nie usłyszymy. Utwierdzimy się tylko w przekonaniu, że Obcy rzeczywiście istnieją, a rząd amerykański spiskuje z nimi od dawien dawna (jak śpiewa Lao Che na najnowszej płycie: „...Podobno są tu jeszcze jacyś obcy chłopcy ale rząd ich więził w drewutni bo ich nie lubił, tylko się o tym nie mówi.").

Widać także wyraźnie, że autorzy scenariusza zapatrzyli się w stare kino SF i kochają takie dzieła jak Inwazja łowców ciał z 1978 (zaprawdę, klasyk!). Do tego dochodzi klimat Archiwum X czy Oni żyją. Podlanie tego sosem moralnych dylematów rodem z Niemoralnej propozycji z Redfordem, ale bez tego doskonałego pogłębienia psychologicznego, które tam widzieliśmy, powinno dawać w rezultacie dobre, zajmujące kino. Oprócz wymienionych powyżej mankamentów, twórcy popełniają jeszcze jeden, kardynalny: zatrudniają Cameron Diaz. Pani aktorką może i złą nie jest, ale zupełnie nie potrafi oddać burzy uczuć i rozterek, które targają bohaterką, a ograniczanie się do jednej ekspresji twarzy, która mieści się gdzieś pomiędzy migreną a wieczną depresją nie służy budowaniu przekonującej postaci. Inna aktorka mogłaby zdecydowania podnieść dramaturgię akcji ty bardziej, że jej partner, James Mardsen, mimo cukierkowej urody, radzi sobie całkiem nieźle. Podsumowując: kampanię reklamową miał film bombastyczną i zapewniano nas, że film każe nam zmierzyć się z wielkim dylematem moralnym i przeżyjemy wstrząs. Niestety: góra urodziła mysz.

Screeny

HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE HO, BOX, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ sięgnięcie po dobre wzorce starego kina SF
+ postawienie ciekawego dylematu moralnego
+ miło przypomnieć sobie klimat USA z drugiej połowy lat 70

Minusy:

- film spłyca i zubaża wybór, przed jakim stają bohaterowie
- postawiono wiele pytań, ale na żadne nie pada odpowiedź
- wychodzi, że wszystkiemu winne są kobiety
- Amerykanie chyba jednak wiele o psychologii nie wiedzą
- zdecydowanie zbyt długi film: 90 minut w zupełności by wystarczyło

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -