Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DEATH SCREAMS

DEATH SCREAMS

Dom śmierci

ocena:1
Rok prod.:1983
Reżyser:David Nelson
Kraj prod.:USA
Obsada:Martin Tucker, William T. Hicks, Jennifer Chase, Jody Kay, Andrea Savio
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:1
Ocena użytkowników:1
Głosów:1
Inne oceny redakcji:

Wyobraźcie sobie, że mamy rok 1983. Widzicie w wyobraźni upalne amerykańskie lato, potem amerykańską zimę i słyszycie wiatr, który hula po opuszczonych ulicach? W porządku. A więc wiecie na pewno, że w roku tym świat widział już całą masę dobrych horrorów. Nie ma sensu wyliczać udanych produkcji, zastanawiać się, które były przełomowe, a które nie. W tej chwili omawiać będziemy tylko jeden film – amerykański slasher zatytułowany „Death Screams”, co polscy wydawcy postanowili bez skrupułów zmienić na bardziej swojski „Dom śmierci”. To nic, że tłumaczenie jest całkiem bez sensu. Temu filmowi już i tak raczej nie zaszkodzi

W pierwszej scenie widzimy dwójkę napalonych młodocianych, uprawiających rozkosznie seks na motocyklu. Kiedy już uszy przestaną nam puchnąć od ich jałowego i nieciekawego dialogu, usłyszymy przejeżdżający w pobliżu pociąg. Stukot kół lada chwila skutecznie zagłuszy przeraźliwe krzyki wspomnianej dwójki. Kiedy już dokona się pierwsze morderstwo i ciała ofiar wylądują w rzece, akcja przenosi się do małego amerykańskiego miasteczka. Tam obserwujemy, jak miejscowy szeryf prowadzi poszukiwania dwójki zaginionych, zaś kilkoro – a może kilkanaścioro? – mieszkańców prowadzi między sobą nudne i nieistotne dla fabuły dyskusje. Poznamy owych mieszkańców całe mnóstwo, bo w końcu trzeba czymś zapełnić półtorej godziny filmu, prawda?

Potem, w kolejne słoneczne popołudnie, cała radosna zgraja przenosi się do lunaparku. Na miejscu prowadzą więcej żenująco słabych dialogów, tym samym utrzymując tempo akcji na stałym poziomie, oscylującym w okolicach zera totalnego. Kiedy po czterdziestu minutach filmu kwiat lokalnej młodzieży w końcu wyrusza nad rzekę, by doświadczać dość typowych w slasherach rozrywek – czyli seksu, używek i jeszcze raz seksu – ospały i znużony widz lekko unosi się w fotelu. Myśli sobie: o, coś się zaraz zacznie dziać. Jest ciemno, w okolicy grasuje maniak – zaraz polecą głowy. I słusznie. Z tymże ścinanie głów i podrzynanie gardeł wychodzi naszemu zbrodniarzowi tak, że po piętnastu minutach zaczynamy tęsknić za kretyńskimi dialogami.

Jak najprościej określić „Death Screams”? To tandetny, tani slasher z lat osiemdziesiątych, pełen kiepskich efektów gore, tragicznie napisanych dialogów, żenującego aktorstwa i tego nieuchwytnego klimatu, który posiadają kiczowate filmy z tamtych lat. Scenariusz to zupełna pomyłka. Przez większość czasu śledzimy bohaterów, robiących nudne i pozbawione znaczenia rzeczy, albo też słuchamy w ich wykonaniu śmiesznych wręcz dialogów. Napięcia w filmie nie uświadczymy, że nie wspomnę już nawet o jakiejkolwiek grozie. Twórcom udała się rzecz niezwykle trudna – przy tak dużej ilość postaci nie da się znaleźć ani jednego bohatera, którego dałoby się lubić. Wszyscy są tak miałcy i przewidywalni, że nie znalazłem przyjemności nawet w oglądaniu ich śmierci.

Fabuła „Death Screams” jest kompletnie niedorzeczna. Wolałbym już szczątkową opowieść rodem z „Piątku trzynastego”, która służy tylko jako pretekst do krwawej rzezi. Tutaj niestety nie ma tak dobrze – twórcy raczą nas dramatami licznych mieszkańców, ich problemami oraz planami na przyszłość. Wszystkie te scenki obyczajowe mają jeden wspólny element – nudę wiejącą z ekranu. Gdy przychodzi pora ujawnić tożsamość mordercy, nie mamy pojęcia, kto może nim być, bo żadna z postaci nie ma dość charakteru (lub, by powiedzieć dosadnie, jaj). W efekcie scena końcowa jest całkiem absurdalna i niedorzeczna. Motywy zbrodniarza są mgliste, a przeciętny widz najpewniej i tak nie był w stanie oglądać na tyle dokładnie, by cokolwiek z nich zrozumieć.

Wyliczyłem tyle wad, że chyba moja opinia o „Death Screams” jest już całkiem jasna. Jednak recenzencki obowiązek każe uczciwie podsumować tę słabiutką produkcję. Jeżeli istnieją jakiekolwiek powody, by ją obejrzeć z własnej, nieprzymuszonej woli, to zapewne tandetny, lekko kiczowaty klimacik lat osiemdziesiątych i muzyka, która na tle całej reszty prezentuje się znośnie (choć mnie raczej bawiła, niż straszyła). A poza tym? Film jest kiepsko zagrany, źle wyreżyserowany, napisany jakby od niechcenia i nakręcony niewprawną ręką. Nie znajdę w nim ani jednego porządnie wykonanego elementu. Zróbcie sobie przyjemność i oszczędźcie trochę czasu nie oglądając „Death Screams”. Pozdrawiam.

Screeny

HO, DEATH SCREAMS HO, DEATH SCREAMS HO, DEATH SCREAMS HO, DEATH SCREAMS HO, DEATH SCREAMS HO, DEATH SCREAMS

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ tandetny klimacik lat 80-tych
+ muzykę ostatecznie da się przetrawić

Minusy:

- absolutnie wszystko

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -