Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:ISLAND OF DR MOREAU, THE

ISLAND OF DR MOREAU, THE

Wyspa dr. Moreau

ocena:3
Rok prod.:1997
Reżyser:John Frankenheimer
Kraj prod.:USA
Obsada:David Thewlis, Fairuza Balk, Ron Perlman, Marlon Brando, Val Kilmer, Daniel Rigney, Temuera Morrison
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:2.5
Głosów:2
Inne oceny redakcji:

Eksperymenty naukowe to zawsze rzecz drażliwa i nie sposób uniknąć w tej kwestii kontrowersji, sporów, lamentu czy zwykłego niezrozumienia dla pasji naukowców. Jest to również obszar, w którym ściera się moralność, religia i naukowa ciekawość, a iskry krzesane podczas sporów toczonych o kluczowe dziś kwestie naukowe (np. klonowanie, hodowla embrionów, próby przywrócenia dawno wymarłych gatunków) często zastępują solidną, naukową debatę. Nie ma bowiem możliwości rozwoju medycyny jako nauki i poprawiania bytu naszego gatunku bez stawiania śmiałych pytań i nieustannego przekraczania kolejnych Rubikonów. Sedno kontrowersji zasadza się jednak na cierpieniu obiektów wykorzystywanych do takich badań, czyli zwierząt i ludzi. Nie mam wątpliwości, że żadne szczytne i abstrakcyjne hasła o dobru ludzkości nie zagłuszą krzyków i jęków ofiar zamęczanych w imię nauki. Swoje bestialskie i nieludzkie karty zapisały w tym względzie Niemcy hitlerowskie czy Japonia ze swoją „słynną” jednostką 731. Jeśli mielibyśmy oceniać wartość danego eksperymentu to sądzę, że zawsze należy mieć na uwadze jego celowość i balans pomiędzy zadanym cierpieniem a osiągniętymi wynikami. Eksperymenty medyczne, które są owocem myśli ludzi opętanych dowolnymi ideami, to z pewnością ciemna strona nauki, którą często zna się lepiej niż jej rzeczywiste osiągnięcia. Fascynacja tym zjawiskiem na pewno nie słabnie i zawsze będziemy chcieli śledzić choćby i fikcyjne losy tych szaleńców, którzy rzucili wyzwanie prawom natury czy całej ludzkości. Myślę, że H.G. Wells doskonale to rozumiał.

Książka Wellsa (opublikowana w 1896 roku) przypadła na czasy, gdy światowa nauka była owładnięta ideami Darwina i rodzącą się na ich gruncie eugeniką (w czasie jej publikacji w Wielkiej Brytanii toczyła się też zażarta dyskusja o wiwisekcji na zwierzętach). Były to wówczas niezwykle wartkie prądy naukowe, które nikogo nie pozostawiały obojętnym. Wkrótce też świat miał zbierać owoce nadinterpretacji tych nauk, gdy Trzecia Rzesza splotła eugenikę z filozofią i zafundowała całej Europie kaźń Holokaustu i wojny totalnej. Tamte straszliwe 5 lat całkowicie przedefiniowało misję i powołanie medycyny jako nauki, a pojęcie eksperymentu medycznego zyskało nowe, haniebne oblicze. Odczytywanie książki Wellsa pod koniec XIX i na początku XX wieku było z pewnością zupełnie inne, niż czynimy to dzisiaj, ale siła jej przesłania nie osłabła: to ostrzeżenie przed manipulowaniem nauką, przed zamianą szczytnych celów na maniakalne wizje wąskiej grupy ludzi czy wreszcie przed degradacją istot ludzkich i igraniu z naturą. W kinie podjęto już trzy próby ekranizacji tej książki: w 1933 roku powstała Island of Lost Souls, w 1977 roku Wyspa doktora Moreau i w roku 1996 kolejny film o tym samym tytule. Z żalem informuję, że nie udało mi się dotrzeć do pierwszych dwóch filmów i nie uda mi się dokonać głębszego porównania wszystkich wersji, a żal jest tym głębszy, że zapoznanie się z „dziełem” Johna Frankenheimera to wyprawa w głąb filmowego piekła.

Rzadko mam do czynienia z filmem, który cuchnie nędzą już w kilka minut po rozpoczęciu projekcji. Z przyczyn dla mnie niezrozumiałych Frankenheimer postanawia w ogóle nie budować suspensu tylko od razu wrzuca nas w wir wydarzeń, wychodząc z pewnością z założenia, że niesamowitość opowieści w połączeniu z rozmachem charakteryzacji postaci mieszkańców wyspy w zupełności wystarczy. Fabuła filmu jest stosunkowo prosta (książki również, ale różnica zasadza się w pogłębianiu poszczególnych aspektów problemowych). Niejaki Edward Douglas rozbija się samolotem nad oceanem (chyba gdzieś w okolicach Afryki). Wraz z dwoma kompanami ratuje się z katastrofy i dryfuje w pontonie po bezkresie wody. Palące słońce i brak wody doprowadza do walki o życie i Edward pozostaje na pontonie sam. Będąc u kresu sił zostaje uratowany przez łódź, na pokładzie której znajduje się niejaki Montgomery (jedyny biały na pokładzie wśród śniadych tubylców). Razem dopływają na wyspę, którą Montgomery nazywa Moreau. Tam od samego początku zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Montgomery opowiada o naukowych zapędach niejakiego dra Moreau, a potem przestrzega Edwarda, aby w nocy nie opuszczał swojego pokoju. Żeby mieć pewność, Montgomery zamyka Douglasa na klucz. Naszemu dzielnemu rozbitkowi udaje się oczywiście uciec, a pośród mroków nocy trafia do hangaru, w którym grupa lekarzy przeprowadza eksperyment na humanoidalnym stworzeniu wyglądającym na makabryczną krzyżówkę zwierzęcia z człowiekiem. Douglas zaczyna uciekać, w czym pomaga mu córka dra Moreau, niejaka Aissa, i trafia do obozowiska (wyglądającego bardziej jak jakaś naprędce sklecona fawela) istot człekokształtnych – owoców eksperymentów genetycznych dra Moreau. Od tej chwili Frankenheimer zakłada ufnie, że świat nas wciągnął i zafascynował na tyle, że z ciekawością będziemy gapić się w ekran i poznawać kolejne kawałki układanki. Poznajemy więc zdziwaczałego dra Moreau (rola z pewnością zmodyfikowana i rozdmuchana do rozmiarów ego Marlona Brando) oraz jego „dzieci”, czyli twory powstałe z połączenia DNA ludzi i zwierząt. Dr Moreau tłumaczy, że tworzy istotę boską (Aissa okazuje się być jego najdoskonalszym dziełem), popierając to bełkotem cytatów biblijnych i filozoficznych, a my widzimy wokół siebie jedynie zgraję odzianych w łachmany zwierzoludzi. Nazywają one Moreau „Ojcem”, ale jego ojcowska miłość kończy się tam, gdzie zaczyna się strach przed buntem, skutecznie tłumiony przez wszczepiane podskórnie czipy, które dr Moreau uaktywnia, ilekroć dane „dziecko” zachowa się niezgodnie z tzw. Prawem. Obraz chwiejnej sielanki zostaje skutecznie zakłócony, gdy niejaki Hiena odnajduje pod skórą czip, amputuje go i zaczyna pojmować, że od tej chwili jest wolny. Dochodzi do buntu i rewolucyjnego przejęcia władzy, a głowę pod topór buntowników kładzie i dr Moreau, i Montgomery. Reszta filmu upływa nam na rzezi i niszczeniu poprzedniego porządku oraz walce dobra ze złem. Na samym końcu Edward Douglas opuszcza wyspę pełen szarpiących wspomnień i przemyśleń filozoficznych, a my pociągamy za spłuczkę w toalecie i patrzymy, jak wartki nurt zabiera ze sobą wymiociny, które stanowią jedyną treść filmu.

Być może z powyższego opisu nie wynika jak przerażającym ścierwem jest film Frankenheimera, ale obrazu dopełnia warstwa wizualna. Trudno wprost uwierzyć, że ktoś uznał charakteryzację zwierzoludzi za oddającą ducha książki, bowiem naszym oczom ukazują się jakby naprędce pozszywane ze skór i włosia szmaty oraz maski łączące w sobie rogi, kły, świńskie ryje, mnóstwo kłaków i bliżej nieokreślone elementy „zdobieniowe”. Zaprawdę, charakteryzacja w tym filmie może być pokazywana na zajęciach w filmówce jako skrajny przykład koszmaru i upadku tej sztuki (najlepiej wespół z Wiedźminem i Starą baśnią) – to nawet nie jest śmieszne, a żenuje i wcale się nie dziwię, że Dawid Thewlis (Douglas) nawet się nie pokazał na premierze. Patrzenie na te maszkarony, które mają być „dziećmi” dra Moreau, to katorga dla oczu trwająca aż do ostatniego, agonalnego jęku z naszych płuc. Kolejnym elementem zasługującym na chłostę i wieczne potępienie jest kwestia dialogów i gry aktorskiej. Aktorzy tu ze sobą nie rozmawiają, a raczej wypowiadają jakieś kwestie-klucze, w czym celuje zwłaszcza Montgomery i Moreau. Nie wiem, czy Frankenheimer chciał uczynić z ich wypowiedzi jakieś perły sztuki oratorskiej i diamenty przemyśleń filozoficzno-religijnych, ale bełkoczący cytatami biblijnymi Brando (Moreau) czy wiecznie cytujący sentencje prawa Perlman (Głosiciel Prawa) to przykład całkowitego oderwania postaci od rzeczywistości i błąkania się po jakimś zupełnie abstrakcyjnym bagnie, w którym bulgocze w agonii dogorywająca filozofia, religioznawstwo, darwinizm i cholera wie, co jeszcze. Jakby tego było mało, na okrasę mamy stroje dr Moreau (kto je wymyślał?), wiecznie przerażoną Aissę oraz niezdarnego, ubranego jak szmaciarz Edwarda Douglasa, który albo nie wie, co ma zrobić, albo błąka się bez celu, by wreszcie podjąć jakieś działanie niemające w zasadzie żadnego uzasadnienia. Założę się, że Dawid Thewlis do dziś zastanawia się, dlaczego wystąpił w tym filmie.

Aktorstwo jest w tym filmie absolutnie koszmarne: Brando zamienia się w karykaturę samego siebie i nurza w odmętach skrajnego dziwactwa, jakby grał w tym filmie sam dla siebie; Val Kilmer nie gra za to wcale, wypowiada kwestie w postaci pojedynczych zdań, które okrasza odpowiednią dawką tajemniczości i pauz; Dawid Thewlis to postać gamoniowata, do ostatnich minut filmu nie wie, co ze sobą zrobić; natomiast Ron Perlman ma o tyle ułatwione zadanie, że charakteryzacja pozwala mu się ukryć i tylko głos zdradza, że to on – jemu jednak taka rola może jeszcze ujść w świetle całokształtu kariery, ale i tak jego obecność to pomyłka. Gra aktorska jest szczątkowa i ma się wrażenie, że aktorzy rozumieją, w jakiej grają szmirze i nic od siebie nie dają. Chwilami wygląda to tak, jakby się odurzali i zupełnie zapominali, że grają w czymś, co będą oglądać inni ludzie. Patrzenie na to istna tortura.

Cały film to jeden wielki tygiel tysiąca różnych problemów, które w ogóle nie zostają pogłębione. Podstawowa kwestia, czyli mieszanie DNA ludzi i zwierząt, ingerowanie w prawa natury i próba stworzenia istoty doskonałej (czy to nie echo nazistów???), które powinny być w centrum analizy, tu stanowią jedynie element fabuły. Nie ma chwili zastanowienia nad moralnymi aspektami takich manipulacji ani refleksji nad naturą człowieka, która przekracza kolejne granice. Aspekt okrucieństwa i moralnej dwuznaczności takich eksperymentów zostaje zupełnie pominięty i nie dane nam będzie wczuć się w rozpacz dwoistej natury zwierzoludzi, których ktoś powołał do życia w imię swojego widzimisię. Zamiast analizy psychiki takich genetycznych hybryd, Frenkenheimer karmi nas schematami znanymi z mechanizmów rewolucji i serwuje pseudofilozoficzną papkę pod postacią tzw. Prawa. Widzimy więc jak „dzieci” Moreau nieskutecznie walczą ze swoją naturą i skłonnościami do przemocy i prymitywizmu, a odnajdują swoje prawdziwe ja, gdy mogą niszczyć i zabijać. Jedynym remedium na cierpienie okazuje się więc rewolucja i pokonanie oprawców, aby potem powielić schemat władzy, tyle że z nową twarzą (klasyczny mechanizm rewolucyjny znany z Orwella). Z kolei prawo głoszone przez Głosiciela to próba sztucznego wykreowania świadomości zwierzoludzi, którzy definiują się jedynie w świetle kilku prostych zasad postępowania, nie widząc, że są jedynie makabryczną karykaturą ludzi, która nie powinna istnieć. Tak łatwe zaakceptowanie swojego istnienia nie ma racji bytu z punktu widzenia psychiki i z pewnością budziłoby pusty śmiech u Frankensteina, gdyby zapytać go, czy on też potrafi siebie polubić, gdy żyje według zasad ludzkich.

Podczas oglądania filmu miałem też nieznośne skojarzenie, że Frankenheimer zapatrzył się w Planetę małp i chciał oddać ducha tamtego filmu, to zderzenie świata ludzi ze światem istot obcych. Jeżeli tak zamierzał, to jest to kolejny aspekt filmu, który mu się nie powiódł. Z filmu Frankenheimera dowiemy się jedynie, że łączenie zwierząt z ludzkimi genami nie ma sensu, ponieważ zwierzę i tak zwycięży, i powróci do zwyczajowych, dzikich praktyk. Podsumowuje to zresztą w końcówce filmu sam Douglas, który mówi, że po powrocie z wyspy widział w ludziach tamte potwory. Tym samym szczytne cele dra Moreau nie zostały osiągnięte i trzeba próbować dalej... I tak samo, jak eksperymenty Moreau to ślepy zaułek nauki, tak film Frankenheimera to kloaka kinematografii, która winna stać się przestrogą dla kolejnych prób oddania ducha książki H.G. Wellsa. Biada tym, którzy niezrażeni moim apelem, zdecydują się sięgnąć drżącymi dłońmi po to „wiekopomne dzieło”...

Screeny

HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE HO, ISLAND OF DR MOREAU, THE

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jak już kiedyś pisałem: to nie plus, to krzyż (na Krakowskie Przedmieście z nim!)

Minusy:

- to nieodpowiednia kategoria: nie powinniśmy tu stawiać minusów, a zamiast tego dać symbol pocisku, najlepiej dum-dum

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -