Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010)

NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010)

Koszmar z ulicy Wiązów

ocena:3
Rok prod.:2010
Reżyser:Samuel Bayer
Kraj prod.:USA
Obsada:Jackie Earle Haley, Rooney Mara, Anna Hagopian, Andrew Fiscella, Charles E Tiedje, Judith Hoag
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:3
Ocena użytkowników:3.46
Głosów:13
Inne oceny redakcji:

Zacznę na nutę kombatancką. Było to na początku lat 90-tych ubiegłego wieku (1990 albo 1991 rok). Rodzice kumpla byli zapalonymi brydżystami, więc ten bardzo często wieczorami miał „wolną chatę”. Odtwarzacze i kasety VHS były w Polsce rzadkością, więc każda propozycja obejrzenia jakiegoś filmu wiązała się z ogromną frajdą. Repertuar naszych seansów ograniczał się właściwie do trzech gatunków – kina science-fiction, filmów o wojnie w Wietnamie i oczywiście do horrorów. Wtedy to po raz pierwszy spotkałem się z panem o nazwisku Freddy Krueger. Projekcja „A Nightmare on Elm Street” z Robertem Englundem była dla mnie wydarzeniem niemalże traumatycznym. Chyba nigdy później oglądając jakikolwiek film nie bałem się tak bardzo jak wtedy. Produkcja Wesa Cravena okazała się także dla mnie początkiem przygody z kinem grozy.

Nic więc dziwnego, iż pomimo sceptycyzmu do idei kręcenia na nowo filmów od lat znanych i lubianych, akurat na remake „Koszmaru z ulicy Wiązów” czekałem z niecierpliwością i nadzieją na to, iż będzie on czymś więcej, niż tylko produktem, który ma się dobrze sprzedać wśród nastoletniej dziatwy. Seans obrazu Samuela Bayera okazał się bardzo gorzką pigułką do przełknięcia. Zarówno podczas emisji filmu jak i po jej zakończeniu nie mogłem się otrząsnąć ze... znużenia, niesmaku i zażenowania. Ale po kolei.

Fabuła nowego „A Nightmare on Elm Street” znacząco nie różni się od pierwowzoru autorstwa Wesa Cravena. Te nieliczne odstępstwa tylko pogrążają film Bayera. W Springwood w przerażających okolicznościach umierają młodzi ludzie. Rzecz w tym, iż ich prześladowcą jest niejaki Freddy Krueger, odrażające i nieuchwytne monstrum, które zabija swe ofiary, kiedy te zasypiają. Jedyną szansą na przeżycie dla dwojga dręczonych przez potwora bohaterów będzie poznanie jego przeszłości. Ta jednak okazuje się być bardzo mocno związana z dzieciństwem znajdujących się na skraju załamania młodych ludzi.

Nie oczekiwałem od tego filmu wiele. Ot, żeby nie nudził i aby choć ze dwa, może trzy razy, podniósł mi ciśnienie jakąś efektowną i dramatyczną sekwencją. Jednak scena, w której jedna z bohaterek porusza się po własnym domu w sposób, jakby znalazła się w nim po raz pierwszy, przekonała mnie, iż nowy „Koszmar z ulicy Wiązów” będzie jakimś koszmarnym nieporozumieniem. Pozostała część seansu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu.

Kino grozy jest w moim przekonaniu gatunkiem, w którym na pewne wady poszczególnych dzieł można patrzeć przez palce. W dobrych horrorze może szwankować wiarygodność wydarzeń czy logika zachowań tej czy innej postaci. Miłośnicy horroru bez problemu zmilczą brak oryginalności czy kiepskie efekty specjalne często będące konsekwencją małego, a nieraz wręcz mikroskopijnego, budżetu. Moim zdaniem jednak filmowe straszydło, nieistotne czy zrobione przez wielką hollywoodzką wytwórnię, czy też przez domorosłych filmowców, nigdy nie powinno nudzić. Podczas seansu nowego „A Nightmare on Elm Street” siedziałem jak na szpilkach. Ale nie dlatego, iż film całkowicie pochłonął moją uwagę, lecz powodu nudy i miałkości w ogromnych ilościach wylewających się z ekranu. Już po kilkunastu minutach projekcji nie mogłem patrzeć na występujących w filmie Bayera bohaterów. Nie dlatego, iż niedoświadczeni aktorzy nie radzili sobie z rolami. Sedno porażki tkwi w tym, iż odtwórcy nie mieli czego grać. W żadnej bowiem postaci nie dostrzegłem niczego, co by je indywidualizowało i wywoływało w nas, odbiorcach, jakąkolwiek reakcję. Wszyscy, jak jeden mąż, przypominali kukły walające się w magazynach odzieżowych. Wręcz absurdalne wydało mi się to, iż realizatorzy tego „wiekopomnego dzieła” chcieli, abyśmy uwierzyli, iż kilkanaście postaci stanowiących ofiary Freddy’ego zapomni, co działo się z nimi kilkanaście lat wcześniej.

Jeszcze gorzej jest z dramaturgią filmu oraz dawkowaniem i gradacją napięcia. Przecież horror jak żaden inny gatunek filmowy powinien „podgrzewać” emocje widza - czy to za pomocą suspensu, czy też dzięki zaskakującym i przemyślanym zwrotom akcji. „A Nightmare on Elm Street”, może oprócz niezłego początku, ogładą się z narastającym znużeniem. Następujące po sobie wydarzenia ani nie tworzą jakiejś zajmującej fabuły, ani nie dynamizują jej. Film tak naprawdę snuje się od jednego do drugiego ataku uzbrojonego w brzytwy demona. Tak naprawdę doskonale wiedzieliśmy, o czym będzie opowiadał film Bayera. Reżyser jednak nie wymyślił nic, czym mógłby nas zaskoczyć. Poszedł po najmniejszej linii oporu, decydując się po raz wtóry pokazać na ekranie historię wymyśloną przez Cravena nie dodając od siebie prawie nic. Najistotniejsze novum, czyli wątek „przedszkolny”, przemilczę, bo zarówno składające się na niego wydarzenia, jak i sposób przedstawienia Kruegera oraz jego małoletnich ofiar zakrawa na jakieś filmowe kuriozum rodem z kina familijnego.

Pochodząca z 1984 roku produkcja Cravena, przez wielu nazywana arcydziełem horroru, nie tylko na stałe weszła do kanonu filmów grozy, lecz także była wielokrotnie analizowana i interpretowana. Dla większości przedstawiała ona największą wartość przede wszystkim jako jedna z najstraszniejszych wycieczek po amerykańskim kinie grozy, dla innych była opowieścią o snach i dojrzewaniu. Co poniektórzy doszukiwali się w „A Nightmare on Elm Street” kontekstu polityczno-społecznego ukazującego wartości pokolenia wychowywanego przez „dzieci-kwiaty”, czyli ludzi wchodzących w dorosłość podczas mającej miejsce w latach 60-tych rewolucji obyczajowej. Wszystkie podobne powyższym dywagacje miały swoją rację bytu, bo opowieść Cravena nie tylko straszyła, lecz także przez liczne niedopowiedzenia stwarzała przestrzeń do budowania najróżniejszych, może czasami nawet karkołomnych, komentarzy. Oglądającc film Bayera, bodźców do snucia refleksji nie znajdziemy żadnych. Jest to bowiem tak obraz „płaski” i pozbawiony znaczeń, że w pewnym momencie następuje „wyłączenie” i przestajemy zastanawiać się nad tym, co widzimy na ekranie. A to znowu powoduje nudę, w o której pisałem wyżej.

Opisując „A Nightmare on Elm Street” Samuela Bayera wielkim zaniechaniem recenzenta byłoby nie wspomnieć choćby w kilku słowach o nowym wizerunku Freddy’ego Kruegera. Przyznam się szczerze, iż informacja o zatrudnieniu do tej roli Jackie Earle Haley’a podziałała na mnie elektryzująco. Facet ma bowiem w swoim dorobku kilka ciekawych i naprawdę dobry ról w takich obrazach jak „Little Children”, „Watchmen” czy „Shutter Island”. Roli Kruegera do udanych na pewno nie zaliczy. Ponad dwadzieścia lat temu w produkcji Cravena Robert Englund stworzył postać wyjątkową – straszną, ale jednocześnie na swój sposób zabawną. Groteskową i błazeńską, ale i demoniczną. Nowy „koszmar z Elm Street” ani grzeje, ani ziębi. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, bo nie wzbudza żadnych emocji. Nie w tym rzecz, aby stworzyć przerażającą swym wyglądem kukłę. Poparzona morda i „straszny” głos to za mało, by dzisiaj kogokolwiek ruszyć. Twórcom nie zależało, by wykreowana przez nich postać emanowała demonicznością. To bowiem wymagałoby od nich gruntownego przemyślenia charakteru bohatera i nadania mu nowego rysu, który dla aktora stałby się okazją do pokazania czegoś wyjątkowego. Tylko ilu z odwiedzających kina amerykańskich nastolatków doceniłoby taką pracę?

Nie ma sensu wymyślać nowemu „A Nightmare on Elm Street”, jakoby swoją słabością szargał kultowy film Cravena (a takich głosów w internecie znaleźć można mnóstwo). Obraz Samuela Bayera to po prostu kolejny produkt, który ma przynieść jak największy zysk. Ludzie Hollywood to w większości menadżerowie, których głównym zadaniem jest zarobić mnóstwo pieniędzy. Brutalna to prawda i trzeba się z nią pogodzić.

Screeny

HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010) HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010) HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010) HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010) HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010) HO, NIGHTMARE ON ELM STREET, A (2010)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ kilka dość ciekawych scen (choć większość z nich to cytaty z filmu Cravena)

Minusy:

- nudny
- momentami wręcz infantylny
- niewzbudzający żadnych emocji
- aktorstwo (Kyle Gallner!!!)
- przewidywalny
- Freddy Krueger

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Ciekawostki:

Zobacz ciekawostki do filmu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -