Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:VAMPIRE OF QUEZON CITY

VAMPIRE OF QUEZON CITY

Vampire of Quezon City

ocena:7
Rok prod.:2006
Reżyser:Khavn Delacruz's
Kraj prod.:Filipiny
Obsada:Anna Bernaldo, Cishwa, Luanne Dy, Marie Meyssan, Avi Siwa
Autor recenzji:Adach
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

„Vampire of Quezon City” to film wyreżyserowany przez Khavna, filipińskiego twórcę bliżej nieznanego w Europie. Tym bardziej sięgając po recenzowany obraz, tak naprawdę nie spodziewałem się wiele dobrego. Jednak już po kilku minutach wiedziałem, że mam do czynienia z filmową perełką. Choć w miarę upływu czasu zorientowałem się także, iż nie jest to horror łatwy w odbiorze. Po prostu porusza się zbyt daleko od uczęszczanych filmowych ścieżek, wkraczając z impetem w rejony eksperymentu i surrealizmu.

Fabuła jest bardzo prosta i pozornie banalna. Po Quezon City grasuje brutalny morderca, którego celem są tylko kobiety. Bestialskie sceny gwałtów, tortur, kanibalizmu to jedna z dwóch płaszczyzn horroru. Na drugiej, do kamery wypowiada się przede wszystkim policjant, który snuje swoje przemyślenia na temat mordercy, być może wampira (Aswanga), i jego czynów. O swoim życiu i kobietach z Quezon City wypowiada się także sam negatywny bohater.


Film rozpoczyna scena oddalającego się gdzieś w gęstwinie pół nagiego mężczyzny obróconego do kamery plecami. Obraz przetacza się w bardzo zwolnionym tempie, nawet w pewnym miejscu się zatrzymuje. Takie otwarcie od razu skojarzyło mi się z „The Blair Witch Project”. Jak się później okazało, był to z mojej strony stosunkowo trafny osąd. Jednak nie jest to kolejny „dokumentalny” horror. Właściwie na swój sposób bliżej mu do „Zeliga” Woody Allena. Z jednej strony to wspomniane wywiady policjanta i mordercy, czyli ekspertów w swoich dziedzinach, a z drugiej czarno – biały obraz przybierający czasem postać ponurej satyry społecznej.

Khavn postanowił nakręcić film pozbawiony barw. To jednak dopiero początek jego zabawy obrazem, gdyż ten w zależności od scen, często jest zniekształcany zmianami kontrastu, ziarnistością, czy nawet częściowo przesłaniającą ręką. Był to zabieg dosyć radykalny, nawet szaleńczy i bardzo męczący oczy. Właściwie „Vampire of Quezon City” należy oglądać przy całkowitej ciemności. To jedyna metoda, aby zobaczyć co się tak naprawdę dzieje. Taki sposób kręcenia miał też z pewnością sens dla reżysera i tego, co chciał przekazać. Czy widz dobrze odszyfruje jego zamiary? To już inna sprawa.

Mimo że obraz często był niewyraźny, to zazwyczaj agresywnie atakował widza bardzo brutalną przemocą. Jednym z elementów skutecznie to umożliwiających była scenografia. Akcja większości filmu toczy się w obskurnym pomieszczeniu, w którym wszędzie umieszczone są chrześcijańskie krzyże o różnych wzorach oraz świece i święte figurki. Do jednego z krucyfiksów, który jest zarazem elementem różańca zwisającego z sufitu, przytwierdzono martwego szczura. Podłoga usłana jest rozmaitymi nieczystościami, w tym ludzkimi odchodami. Nieodzownym elementem jest też fotel, zarazem miejsce, w którym zazwyczaj krępowane są kobiety. Oprócz tego pomieszczenia często przewijającą się lokacją są ulice Quezon City.

Obskurna izba oraz sposób kręcenia powoduje, że wzrok widza sam wiele musi sobie dopowiedzieć. Oczywiście widać znacznie więcej niż zarysy postaci, ale do pełnej klarowności obrazu jest daleko, tak jak gdyby Khavna bardziej interesowały intencje mordercy, odżegnując się w tych fragmentach od przyczyny tego zła, od samych kobiecych postaci. Pozostawiając to retrospekcjom z dzieciństwa głównego bohatera oraz kilku innym scenom, które pozornie nie mają znaczenia. Dlatego też w filmie nie ma właściwie czegoś takiego jak gra aktorska. Po prostu nie jest ona istotna. Motorem napędowym jest bestialstwo oprawcy, dzięki któremu lepszym podejrzanym jest wampir, istota nadprzyrodzona niż człowiek, bo ten nie powinien być zdolny do tak wielkiego okrucieństwa.

Intrygującym elementem recenzowanego horroru jest podkład dźwiękowy. W większości złożony z jednego monotonnego motywu muzycznego zagranego na organach Hammonda, wzbogacanego od czasu do czasu innymi dźwiękami, czasem zapętlonymi, jak szczekanie psa. Pojawiają się także syreny i inne czasem surrealistyczne brzmienia.

Właściwie bardzo ciężko opisać w kilku słowach recenzji „Vampire of Quezon City”. Pod pozornie prostą fabułą dzieje się bardzo wiele, ale zarazem niewiele. Z jednej strony poszczególne sceny są bardzo wydłużane, po to by widz miał do czynienia raczej z ilustracją przemocy niż akcją ukazującą brutalność. Dobrym przykładem jest fragment, w którym Aswang karmi jedną ze swoich ofiar odchodami ludzkimi. Właściwie już po minucie chciałem przesunąć film nieco dalej, ale tego nie uczyniłem. Dlaczego? Może dlatego, że w takich momentach praca kamer powoduje poczucie, że jesteśmy bezpiecznym podglądaczem. A może dlatego, że obraz razem z monotonią organów Hammonda hipnotyzuje. I właśnie wtedy często pojawia się największa groza, którą wywołuje bardzo surowy montaż. Z tego zapatrzenia – odrętwienia jesteśmy nagle wybudzani obrazami z innych lokacji, o większej przejrzystości i odmiennej dynamice i udźwiękowieniu. Z drugiej strony w recenzowanym obrazie dzieje się stosunkowo dużo. Wystarczy przywołać choćby znaczny fragment, w którym symultanicznie „opowiadane” są dwie różne historie. Jedna przy pomocy obrazu, druga dźwięku.

„Vampire of Quezon City” to obraz bardzo brutalny i trudny w odbiorze, przede wszystkim dlatego, że nie posiada spójnego rozwoju wydarzeń, właściwie brak jest narracji oraz linii czasowej rozwijającej fabułę. Liczy się tylko ulotna chwila. Takie założenia postulowała i realizowała pod nazwą kina wertykalnego (czasem utożsamianego surrealistycznym) Maya Deren, awangardowa twórczyni, której najwybitniejsze dzieła przypadały na lata czterdzieste ubiegłego stulecia. Zresztą w recenzowanym obrazie widać mniej lub bardziej dosłowne nawiązania do jej twórczości. Khavn wykorzystał jednakże więcej wzorców, choćby wspomniana forma dokumentu połączona z podpatrywaniem brutalności oprawcy, którego inspiracją mógł być nawet sam Hitchcock. Niedaleko też Filipińczykowi do „Filozofia noża” Iskanova, choć różnic jest także bardzo dużo. „Vampire of Quezon City” przeznaczony jest raczej dla widza gustującego w eksperymentalnym podejściu do kina. W dodatku obrazem takim, który można się tylko zachwycać lub nienawidzić. Opcji pośredniej nie ma. Jeżeli po dziesięciu minutach nie wywoła u was entuzjazmu, to obejrzyjcie coś innego, najlepiej lekkiego. Jako odtrutkę na te kilka zmarnowanych chwil waszego życia.

Screeny

HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY HO, VAMPIRE OF QUEZON CITY

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ pomysłowość
+ muzyka i dźwięk
+ zdjęcia
+ scenografia

Minusy:

- dla widzów o mocnych nerwach i żołądkach
- potrafi zmęczyć
- mogą pojawiać się problemy z odczytem intencji reżysera

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -