Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D

RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D

Resident Evil: Afterlife 3-D

ocena:5
Rok prod.:2010
Reżyser:Paul W.S. Anderson
Kraj prod.:USA
Obsada:Milla Jovovich, Ali Larter, Wentworth Miller, Kim Coates, Shawn Roberts, Sergio Peris-Mencheta, Spencer Locke
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:4
Głosów:5
Inne oceny redakcji:

Z ciężkim sercem patrzę na upadek tej znakomitej niegdyś serii. Sprawdza się stare prawidło: im bardziej przedłuża się dany cykl, tym większe staje się prawdopodobieństwo, że zabije go miałkość pomysłów na kontynuację – niczym w tasiemcowych serialach telewizyjnych, gdzie kolejne części powstają po to, żeby pchać akcję do przodu za wszelką cenę. Ośmielę się powiedzieć, że piąta część Resident Evil, choćby i zrobiona w 456-D, podzieli los cyklu Piła, który umiera śmiercią bolesną i brutalną na naszych oczach. Jeśli nie ma się pomysłu na film, wtedy żadne ślepe uliczki czy wręcz dziury w scenariuszu nie dadzą się zalepić oszałamiającymi efektami specjalnymi czy drobiazgowo rozrysowanymi choreografiami scen walki. Nawet wyłączenie mózgu i oddania się z pełną pasją pożeraniu popcornu nie uchroni nas od świadomości, że bezdenna głupota czwartej odsłony „Miejscowego zła” i tak zniszczy nam szare komórki i pozostawi w ustach niesmak.

Wyznam, że byłem tak dobity nędzą tego filmu, iż odczuwam niemal fizyczny wstręt przed poświęcaniem mu choćby akapitu treści. Może to i mocne słowa, ale za tak spektakularne zniszczenie wizerunku serii, która zawsze była bliska mojemu horrorowemu sercu z chęcią obejrzałbym publiczną chłostę wykonaną na panu Paulu W.S. Andersonie. Co za absolutny dramat! Zdaję sobie sprawę, że wchodzimy wielkimi krokami w erę filmów 3-D, ale na razie filmowcy podjęli decyzję, że sam fakt stosowania trójwymiarowego obrazu zwalnia ich z obowiązku dostarczania produktu, którego jakość wizualna dorównuje treści. Z filmów 3-D wieje na razie taką pustką, że aż strach, a Resident nr 4 dokłada do tego wizerunku kolejną, niechlubną cegiełkę. Następna odsłona perypetii Alice to wycieczka w głąb wirtualnej rzeczywistości, która powstała w komputerze. Wrażenie sztuczności jest tu tak ogromne, że czasem miałem wrażenie, iż sami aktorzy to ich wirtualne projekcje. Od samego początku zostajemy zaatakowani oszałamiającymi efektami specjalnymi, plastycznymi i wysmakowanymi scenami walk oraz tak ulubionym w kinie akcji efektem „slow motion”, którego nie szczędzi nam reżyser. Wszystko to dałoby się znieść, gdyby nie fakt, że za fasadą oślepiających efektów nie kryje się żadna sensowna treść. Szybko okazuje się, że warstwa wizualna to sposób na odwrócenie naszej uwagi od prostego faktu – film jest o niczym.

Nie ma sensu streszczać tu fabuły całej serii, bo któż nie zna tego cyklu? Gra komputerowa, która posłużyła za pierwowzór, nadal cieszy się wzięciem, więc należy przypuszczać, że film będzie miał kontynuacje. Cóż jednak wnosi do fabuły filmu część nr 4? No właśnie. Z tym mam problem zasadniczy, ponieważ... właściwie nie wiem. Poza stałymi elementami wszechobecnego wirusa T, wymarłej ludzkości, która poszukuje ostatniego azylu wolnego od śmiercionośnego wirusa oraz nieustannych potyczek z hordami zombie, nie dostajemy wiele. Ciekawym pomysłem mogło być pozbawienie Alice nadnaturalnych zdolności, co dzieje się niemal na samym początku filmu. Ja na pewno przyglądałbym się z uwagą, jak radzi sobie w apokaliptycznym świecie ktoś, kto wczoraj mógł wszystko, a dziś nie może nic. Cóż jednak z tego, skoro Paul W.S. Anderson zdaje się szybko zapominać, że Alice to teraz zwykły człowiek, który nie ma na tyle siły i wytrzymałości, aby toczyć nieustanne walki i uciekać. Milla Jovovich wykonuje nadal stały repertuar kombinacji sztuk walki, precyzyjnego strzelania połączonego z całkowitym brakiem znużenia fizycznego czy zwykłego, ludzkiego strachu. Film jest więc kolejną częścią pokazu umiejętności psychofizycznych Alice, która ze wszystkiego i tak wyjdzie zwycięsko.

Zaczyna się to wszystko od bardzo udanej sekwencji samotnej dziewczyny stojącej pośród tłumu, pokazywanej z lotu ptaku. Pada deszcz, akcja jest zwolniona, narasta muzyka, a wraz z nią napięcie. Trwa to dłuższą chwilę, a potem nagle dziewczyna zamienia się w zombie i rzuca na przypadkowego przechodnia. Witamy w świecie korporacji Umbrella. Początek jest bardzo smakowity, ale szybko okazuje się, że to tylko trampolina do kolejnych scen, które stanowią w zasadzie samoistne byty. Następna sekwencja to popis wysokobudżetowych efektów specjalnych 3-D oraz technologii komputerowej. Alice stawia czoło rzeszom przeciwników wykonując akrobacje, których nie powstydziłby się Neo. Właśnie, dlaczego on? Skojarzenia z Matrixem nasuną się Wam same, gdy zobaczycie sposób kręcenia scen walk: te same akrobacje w powietrzu, zwolnienia, skupienie na lecącym pocisku. Może to i dobre wzorce, ale czy nie było już tego za dużo? Od tej sceny znajdujemy się już stale w wagoniku rollercoastera, który pędzi na złamanie karku, od jednej sceny walki do kolejnej. Przerywane jest to sekwencjami interakcji bohaterów, które można uznać za chwilę na wzięcie oddechu przed kolejną masakrą. Tutaj film odsłania kolejną nędzę, a mianowicie dialogi. Ileż ja już o tym pisałem. Aktorzy ze sobą nie rozmawiają, oni czytają zdania, które ktoś chyba wyświetlał na prompterze. To aż nie do wiary, ale ludzie tak ze sobą nie rozmawiają. Naturalne rozmowy pozbawione są takiej emfazy i nadęcia, płyną naturalnie, są elastyczne i zmienne. A co my widzimy? Jedno- czy dwuzdaniowe sekwencje filozoficzne, które mają być gotowymi „tekstami” do zapamiętania i cytowania na kolejnej imprezie. Nie ma znaczenia, do kogo mówi dana postać, bo z równym powodzeniem może mówić do ściany (w tym przypadku pewnie niebieskiej). Strasznie się to ogląda i w człowieku narasta tylko jedno pragnienie: zamknijcie się wreszcie! Już lepiej oglądać sceny walk niż słuchać miałkich i chwilami aż żenujących zdań wydobywających się z ust bohaterów. Może część piąta powinna być niema?

O co więc właściwie chodzi w tym filmie? Chyba po prostu o kolejny film. Alice nadal walczy z Umbrella Corporation, nadal szuka oazy szczęśliwości pośród morza śmierci i zombiaków, wciąż kogoś ratuje (tym razem ludzi z części nr 3), i ciągle uporczywie morduje kolejnych złych ludzi, ale tak można kręcić każdą kolejną część. Przypomina to poziomy w grze komputerowej, gdzie na końcu zawsze jest jakiś „czempion” czy „boss”, mówiąc w żargonie fanów gier komputerowych, i siup! – wskakujemy na kolejny poziom. W grach to standardowy schemat, bo nie może być inaczej, ale w filmie to zabieg tragiczny. Film nie płynie, a staje się zlepkiem samodzielnych sekwencji, które łączy tylko to, że są pokazywane jedna po drugiej. Nuży tu wszystko: ograne zombiaki, które w ogóle już nie straszą, podobne do siebie sceny walk, komputerowe efekty specjalne, nienaganne makijaże żeńskiej części obsady czy polityczna poprawność castingu, która każe mieć w ekipie przedstawiciela niemal każdego narodu. Alice dwoi się i troi walcząc z hordami żywych trupów, i nikt nie może jej nic zrobić. Nie straszne są jej żadne potwory, a pojedynki z „bossami” to po prostu kolejna walka – nic nadzwyczajnego. Nie ma tu napięcia ani potrzeby domyślania się, co będzie dalej. To wiadomo już od początku, a wszystko sprowadza się to prostego dylematu: chcemy to oglądać czy nie? Trójwymiarowość nie wnosi do filmu nic, czego byśmy już nie znali i ma się wrażenie, że wciśnięto ją na siłę, żeby tylko nagonić do kin więcej ludzi. Sekwencja końcowa jednoznacznie sugeruje, że mamy się spodziewać części piątej. Resident Evil Resurrection Extermination Abomination 4-D?

Film spodoba się pewnie tym, którzy lubią takie efekciarskie sztuczki skrywające pustkę treściową, ale jestem pewien, że prawdziwy fan cyklu zapłacze nad tą agonią i nędzą, jak wylewa się z ekranu. To naprawdę bolesny i haniebny cios w tą znakomitą serię. To już nawet nie horror, a regularne kino akcji oparte wyłącznie na efektach specjalnych.

Nastała era wielkich produkcji, które mają oszałamiać warstwą wizualną i zamieniać nasze mózgi w galaretę. Jeszcze trochę, a sami staniemy się bezmózgimi zombie i nas też przyjdzie powystrzelać Alice...

Screeny

HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D HO, RESIDENT EVIL: AFTERLIFE 3-D

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ znakomicie zaaranżowane sceny walk
+ jeśli ktoś lubi takie kino i Millę Jovovich, na pewno to przeżyje

Minusy:

- to cios, po którym cykl może się już nie podnieść
- pustka i nędza fabularna przykryta grubą warstwą oślepiających efektów specjalnych
- film jest całkowicie o niczym
- sztampa, nuda i powtarzalność doprowadzona do skrajności
- dla oddanych fanów serii będzie to przykra niespodzianka

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -