Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WALKING DEAD, THE  (SEASON 01)

WALKING DEAD, THE (SEASON 01)

Walking Dead, The (season 01)

ocena:7
Rok prod.:2010
Reżyser:Frank Darabont i inni
Kraj prod.:USA
Obsada:Andrew Lincoln, Emma Bell, Sarah Wayne Callies, Norman Reedus, Andrew Rothenberg
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:8.14
Głosów:7
Inne oceny redakcji:

Na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać, iż w kwestii apokalipsy wywołanej przez hordy zombie lub podobnych im monstrów w kinie powiedziano już wszystko. Niektórzy twierdzą, iż już dziadek Romero w swoim cyklu o żywych trupach wyczerpał temat. Inne zaś filmy traktujące o konfrontacji niedobitków gatunku ludzkiego z kohortami nieumarłych traktować należy jako filmową grafomanię schlebiającą gustom najmniej wymagających widzów. Jest w tym sporo prawdy, lecz także dość duża doza uogólnienia. Wystarczy bowiem obejrzeć „28 Days Later...” Danny’ego Boyle’a, „Dead Set” Yanna Demange, „Siege of the Dead” Marvina Krena czy wreszcie remake “Dawn of the Dead” w reżyserii Zacka Snydera, by przekonać się, iż konwencja zombie movie jest na tyle pojemna, by dzięki niej można nie tylko pokazać widzowi kawał atrakcyjnego kina, lecz także powiedzieć mu coś intrygującego o naturze istoty ludzkiej. Takie ambicje mieli również twórcy serialu „The Walking Dead”, opartego na komiksie autorstwa Roberta Kirkmana (scenarzysta) oraz Tony’ego Moore’a i Charliego Adlarda (rysownicy). Czy ich realizacja okazała się sukcesem?

Zanim przejdę do części krytycznej mojego tekstu, muszę wyjaśnić dwie rzeczy. Przede wszystkim ocenie podlegać będzie tylko sześć pierwszych odcinków składających się na pierwszą serię całego cyklu (tyle bowiem wyemitowała na razie telewizja AMC). Po drugie zaś, pisać będę jedynie o serialu, nie wnikając w jego odstępstwa od literackiego pierwowzoru i wynikające z tego adaptacyjne niuanse.

Otóż historia „The Walking Dead” opiera się na powielekroć już wykorzystywanym schemacie fabularnym. Gatunkowi ludzkiemu grozi zagłada. Nie z powodu wybuchu wojny jądrowej, lecz przez wirus, który czyni z ludzi krwiożercze zombie. Jakiekolwiek struktury państwowe w każdym punkcie globu ziemskiego przestają funkcjonować. Świat zmienia się w gigantyczna pułapkę, z której nie ma wyjścia. Aby zachować resztki nadziei na przeżycie nieliczni ocalali z kataklizmu łączą się w małe grupki. Obcy na ogół sobie ludzie muszą stawić czoła nie tylko otaczającej ich śmierci, lecz także własnym słabościom, frustracjom i uprzedzeniom. A to niekiedy okazuje się trudniejsze niż walka z setkami zombie.

Na apokalipsę patrzymy oczami Ricka Grimesa, policjanta z niewielkiego miasteczka koło Atlanty, któremu udało się przeżyć tylko i wyłącznie dzięki niesamowitemu fartowi. Jakiś czas bowiem przed wybuchem epidemii funkcjonariusz Grimes został ranny, wskutek czego zapadł w śpiączkę. Podczas bardzo chaotycznej ewakuacji szpitala zapomniano o nim. Po przebudzeniu jego oczom ukazuje się widok iście apokaliptyczny – setki trupów, trudny do opisania bałagan oraz brak kogokolwiek, kto mógłby mu udzielić informacji o tym, co stało się ze światem. Kiedy wreszcie od przygodnie napotkanego człowieka dowiaduje się o katastrofie, jego myśli zaprząta tylko jedna idea – odnaleźć swoją rodzinę, żonę i syna. Wystrzegając się kontaktu z zombie, Rick wyrusza do Atlanty. Tam bowiem, według ostatnich informacji, mieści się ostatnia duża enklawa ludzi. Po wielu przerażających perypetiach bohater spotyka wreszcie ludzi. Jednak koszmar, którego świadkiem był podczas drogi przerósł jego nawet najbardziej pesymistyczne przypuszczenia.

Twórcy wypowiadając się o „The Walking Dead” twierdzili, iż ich dzieło w znacznym stopniu będzie różniło się od dotychczasowych przedstawicieli nurtu zombie movie. Te bowiem w większości przypadków skupiały się na eksponowaniu martwiaków oraz wyczynów, do jakich są one zdolne względem przygodnie napotkanego człowieka. Liczyły się więc przede wszystkim „momenty”, a więc konfrontacja najczęściej dobrze uzbrojonych ludzi z hordami ruszającej ich zgnilizny. Jasne, od czasu do czasu niektórzy filmowcy, np. George R. Romero, próbowali przemycić w swoich filmach refleksje dotyczące politycznego, socjologicznego czy psychologicznego aspektu ludzkiej egzystencji, jednak zdecydowanie najważniejsze były odniesienia gatunkowe, a więc żywe trupy zażerające się „ludziną”. Czy zatem realizatorzy „The Walking Dead” solidnie odrobili lekcje z kina o zombie i rzeczywiście z komiksu Roberta Kirkmana wyłuskali wszystko co najlepsze?

Od strony audio-wizualnej serial wygląda znakomicie. Od pierwszych minut przykuwa uwagę znakomitą realizacją, świetnymi zdjęciami i odpowiednim tempem prowadzenia narracji. Myślę, że zachwyceni będą ci widzowie, którzy lubują się w obrazach prezentujących świat dotknięty kataklizmem. W przeciwieństwie do innych filmów prezentujących rzeczywistość post apokaliptyczną, „The Walking Dead” nie epatuje widzów wizerunkami zniszczonych miast, spopielonych połaci ziemi czy zalanych ludzkich domostw. Jednak dzięki kilku ciekawym zabiegom inscenizacyjnym, padół ziemski z jego mieszkańcami dotkniętymi straszliwą chorobą wygląda nie mniej przejmująco niż chociażby ten z „Mad Maxa”, „The Road” czy „The Book of Eli”. Mam tu na myśli silnie oddziałujące na wyobraźnię kontrasty. W kilku scenach widzimy piękną i rozkwitającą latem naturę. Aż tętni ona żywotnością i witalnością. Nagle jednak staje się ona tłem dla pochodu rozkładających się i symbolizujących przecież śmierć żywych trupów. Podobnie rzecz się ma z wizerunkiem aglomeracji miejskiej. Przed epidemią Atlanta musiała być ogromnym, nowoczesnym i tętniącym życiem miastem. Teraz, co prawda prawie niezniszczona, przypomina lśniący i ekstrawagancki sarkofag pełny zgniłych ciał. Błyszczące szklane bryły wysokościowców oraz pełne najróżniejszego towaru sklepy emanują pustką nawet w towarzystwie tysięcy zombie.

Po pierwszej serii trudno się jednak oprzeć wrażeniu, iż imponująca jak na serial oprawa wizualna przypomina bardzo efektownie wyglądające pudło skrywające jednak mało satysfakcjonujący prezent. Jak wcześniej wspominałem, zamiarem twórców było co prawda nakręcenie zombie movie , jednak dzięki innemu rozłożeniu akcentów, miał on znacząco różnić się od tych dotychczas wyświetlanych na ekranach. I rzeczywiście, to nie truposze grają w „The Walking Dead” pierwsze skrzypce, a nieliczni ocalali, którzy żyjąc w permanentnym strachu przed zarażeniem muszą cały czas mierzyć się ze wszystkimi problemami i animozjami, jakie cechowały relacje międzyludzkie przed zagładą. Pomysł oczywiście zacny, szkoda tylko, że jego realizacja pogrążyła się w schematach, oczywistościach i wywołującej mdłości poprawności politycznej. Mógłbym moją tezę udowadniać w kolejnych kilkunastu akapitach, wystarczy jednak popatrzeć na motywacje każdego z bohaterów, by zobaczyć, że wszystkie ich działania i decyzje bardzo mocno szeleszczą papierem. Każda z nich „narysowana” i wygrana została z uwzględnieniem jednej czy dwóch cech konsekwentnie prezentowanych w każdym odcinku. Proszę także popatrzeć na bohatera zbiorowego, czyli niewielką grupę ocalałych, którym jakimś cudem udało się uciec z miejsc całkowicie opanowanych przez legiony zombie. I z kim tam mamy do czynienia? Z białym, wierzącym w państwo i wartości rodzinne policjantem, Murzynem, rodziną kolorowych, może Meksykan, Azjatą, braćmi nienawidzącymi przedstawicieli innej rasy jak białej, z ludźmi starymi i młodymi, wreszcie z kobietami jawnie negującymi narzucony im patriarchat. Jedni chcą się bić w imię rasowych uprzedzeń, inni biją swoje żony i dzieci, bo wierzą, iż jako biblijne głowy rodziny mają do tego święte prawo. Aby ekumeniczny duch „political correctness” opanował każdy aspekt „The Walking Dead” brakuje jeszcze aktywistów działających na rzecz tolerancji wobec gejów i lesbijek oraz na wpół szalonego ekologa pragnącego przekonać do ochrony Indian-zombie (co nie znaczy, iż na życzenie producentów tacy bohaterowie w kolejnych sezonach się nie pojawią).

Szkoda więc, iż twórcy serialu nie poszli na całość i nie spróbowali zrobić dzieła odważnego, może nawet łamiącego pewne tabu. Wszak sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie na pewno należy do tych ekstremalnych, można by więc oczekiwać, iż ich zachowanie również będzie zdecydowanie niestandardowe. Wszak historia wielokrotnie udowodniła, iż skrajne sytuacje budzą w ludziach skrajne odruchy. A czy można sobie wyobrazić bardziej radykalne okoliczności niż te, w których znaleźli się bohaterowie „The Walking Dead”? Moje zastrzeżenia nie zmieniają jednak faktu, iż po produkcję nadzorowaną przez Franka Darabonta warto sięgnąć. Na długie zimowe wieczory jest propozycją wręcz doskonałą. Mam jednak nadzieję, iż kolejne serie będą charakteryzowały się większą odwagą i drapieżnością, nie tyle w pokazywaniu przemocy, co w eksponowaniu postępowania istoty ludzkiej w obliczu upadku cywilizacji.

Screeny

HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01) HO, WALKING DEAD, THE  (SEASON 01)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ ciekawa i wciągająca historia
+ sposób prowadzenie narracji z licznymi zwrotami ku przeszłości
+ wizja świata opanowanego przez zombie
+ świetne zdjęcia
+ efektowne monstra
+ sporo zapadając w pamięć ująć i sekwencji
+ świetnie się ogląda

Minusy:

- nie do końca wiarygodny pod względem psychologicznym i socjologicznym
- zbyt delikatny i wygładzony w kwestii motywacji bohaterów
- raczej sztampowe i papierowe postacie
- za dużo „political correctness”

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -