Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LET ME IN

LET ME IN

Pozwól mi wejść

ocena:7
Rok prod.:2010
Reżyser:Matt Reeves
Kraj prod.:USA / Wielka Brytania
Obsada:Kodi Smit-McPhee, Chloe Moretz, Richard Jenkins, Elias Koteas
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:7
Głosów:5
Inne oceny redakcji:

Trzy lata temu zarówno widzowie jak i krytycy zajmujący się filmowym horrorem zaliczyli szwedzki „Let the Right One in” autorstwa Tomasa Alfredsona do grona najlepszych obrazów grozy, jakie powstały po roku 2000. Vox populi, vox Dei można by rzecz. Paradoks tej sytuacji polega na tym, iż jakkolwiek skandynawskie dzieło miało w sobie znamiona filmu wyśmienitego, niewiele w tym było zasługi użytej w „Let the Right One in” konwencji grozy. Film Alfredsona miał być bowiem nie tyle horrorem, co próbą pokazania ludzkich lęków i potrzeb w świecie, w którym podstawą funkcjonowania społeczeństw jest egoizm i konformizm. Od razu było wiadomo, iż powstająca w Stanach Zjednoczonych ekranizacja prozy Johna Ajvide Lindqvista nie będzie mógła mieć takiego kształtu jak obraz skandynawski. Matt Reeves („Cloverfield”) stanął więc przed nie lada wyzwaniem – oddać ducha jednej z najlepszych, ale także bardzo niejednoznacznej powieści grozy, czyniąc jednocześnie swój film rasowym horrorem. Na mnie dużo większe wrażenie zrobiła adaptacja Alfredsona, nie mniej jednak „Let Me In” (najlepszy horror 2010 roku według Stephena Kinga) jest obrazem jak najbardziej godnym uwagi.

Akcja filmu Reevesa rozgrywa się na początku lat 80. ubiegłego wieku w Los Alamos, niewielkim mieście położonym w północnej części stanu Nowy Meksyk. Jego bohaterem jest Owen, 12-letni introwertyczny chłopiec, który w szkole zmaga się z agresywnie nastawionymi do niego rówieśnikami, w domu zaś przeżywa piekło stworzone mu przez rozwodzących się rodziców. Dojmująca samotność powoduje, iż bohater coraz bardziej zamyka się w sobie. Dobrze czuje się jedynie na pustym placu zabaw, jedynym miejscu, w którym nie czyha na niego żadne zagrożenie. To właśnie tam pewnego wieczoru poznaje Abby, tajemniczą, lecz także zjawiskową dziewczynkę, która z czasem staje się jego jedyną, ale jak mu się wydaje, najprawdziwszą, przyjaciółką. Okazuje się jednak, iż nowa znajoma Owena jest wampirem. Przyjaźń z nią okupiona zostanie wydarzeniami, o których chłopiec nie sił w najgorszych koszmarach.

W gruncie rzeczy, pomimo inspiracji tą samą powieścią oraz podobieństw w fabule, „Let Me In” Matta Reevesa jest obrazem zupełnie innym od tego, jaki nakręcił Tomas Alfredson. Amerykanin na rzecz wyeksponowania wątku, na razie nazwijmy go przyjaźni dwojga głównych bohaterów, zrezygnował z innych, które w skandynawskiej wersji odgrywały dość znaczącą rolę - wegetacji mieszkańców szwedzkiego osiedla czy bardzo dwuznacznej roli Håkana, opiekuna Eli. To spowodowało, iż w obrazie Reevesa praktycznie nie ma sceny, poza tymi poświęconymi policyjnemu śledztwu, w których stracilibyśmy z oczu Owena i Abby. Oprócz tego niektóre elementy swojej filmowej układanki amerykański reżyser postanowił zintensyfikować, co sprawiło, iż jego obraz o wiele bardziej niż „Let the Right One in” Alfredsona pasuje do ram gatunkowych horroru. Wreszcie twórca „Cloverfield” zdecydował się nadać swojemu filmowi wyraźny kontekst polityczny, nie tylko sytuując jego akcję na początku lat 80. ubiegłego wieku, lecz także w dość znaczący sposób eksponując jednego z dwóch najpotężniejszych polityków tamtego okresu, Ronalda Reagana.

Najważniejsza różnica między dwiema adaptacjami powieści Lindqvista tkwi, moim zdaniem, w interpretacji związku między głównymi bohaterami. W filmie Alfredsona mieliśmy do czynienia z dwojgiem outsiderów, z istotami, które społeczeństwo wyrzuciło poza nawias, z innym i „obcym”. Nic więc dzianego, iż samotność Oskara i Eli stała się czynnikiem zbliżającym ich do siebie. Inaczej w moim przekonaniu sprawa wygląda w „Let Me In”. Otóż Abby w filmie Reevesa przede wszystkim jest bestią - śliczną, pełną uroku, może na swój sposób czarującą i powabną, ale jednak istotą, dla której najważniejszym aspektem egzystencji jest przeżycie. Owen nie miał być przyjacielem, kimś, kto pomoże na nowo odkryć świat ludzkich uczuć i emocji, lecz kolejnym gotowym na wszystko „opiekunem”, który przez następne kilkadziesiąt lat będzie z oddaniem chronił czarującą, w pełnym tego słowa znaczeniu, wampirzycę.

Intrygujący, choć dla polskiego odbiorcy zbyt wieloznaczny, jest polityczny kontekst „Let Me In” Matta Reevesa. Na pewno nieprzypadkowo amerykański reżyser na czas akcji wybrał rok 1983, a więc dwa lata po objęciu prezydentury Stanów Zjednoczonych przez Ronalda Reagana. Nazwisko tego ostatniego też pada nie bez kozery. Wszak początek filmu okraszony jest jego przemówieniem podkreślającym fundamentalną rolę chrześcijaństwa w regulacji tego, co w państwie jest dobre, a co złe. No i tu do rozstrzygnięcia pozostaje kwestia – co znaczyć ma ta wypowiedź? Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy jest to krytyka konserwatywnego modelu społeczeństwa, w którym każdy inny, niepasujący do reszty jest zagrożeniem, czy też może wprost przeciwnie, tęsknota za czasami, kiedy określenie tego, co jest dobre, a co złe, kto jest prawdziwym patriotą, a kto komunistycznym sługusem (a dzisiaj zakamuflowanym terrorystą) było bardzo proste.

A jak „Let Me In” sprawdza się jako horror? Ta kwestia to, niestety, najsłabszy punkt filmu Reevesa. U Alfredsona elementy konwencji grozy stanowiły tło dla całej opowieści. Wszystkie wydarzenia charakterystyczne dla gatunku działy się gdzieś na drugim planie, nie decydowały o wymowie filmu jako całości. Amerykanin może według własnego uznania, a może na skutek presji producentów, zdecydowanie mocnej wyeksponował horror w swoim filmie. Jak wspomniałem wcześniej, z głównej bohaterki, Abby, uczynił drapieżnika, któremu instynkt podpowiada, jak przeżyć we wrogim sobie środowisku. Wizualnie jednak motyw ten nie sprawdza się w ogóle. Reeves bowiem postanowił przestraszyć nas w sposób najprostszy z możliwych, mianowicie za pomocą bardzo słabych, w moim przekonaniu, efektów specjalnych (wręcz zabawne czasami wampirze harce wygenerowane za pomocą komputera) oraz kreowanego przez muzykę nastrojowi zwiastującemu nadciągającą grozę. Tak dzisiaj stroją emocje widzów wszyscy twórcy horrorów, nawet tych najgorszych.

Film „Let Me In” jest wynikiem kompromisu między autorską próbą odczytania powieści Johna Ajvide Lindqvista (wcale nie najgorsza w moim przekonaniu), a oczekiwaniami widzów i producentów. Momentami efekt tego „zmagania” widać gołym okiem. Niemniej jednak obraz Matta Reevesa i tak warto zobaczyć. Choćby dlatego, iż w porównaniu z większością horrorów zza oceanu, nawet ze wszystkimi swoimi wadami i tak jest lepszy od nich.

Screeny

HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN HO, LET ME IN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ świetna, intrygująca historia
+ dobrze napisana i nakręcona opowieść
+ solidne aktorstwo
+ zmusza do refleksji
+ próba innego odczytania powieści Lindqvista

Minusy:

- bardziej jednoznaczny niż obraz Alfredsona
- niedobre efekty specjalne
- zbyt sztampowa, typowo „horrorowa” muzyka

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -