Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WHAT a.k.a Seru

WHAT a.k.a Seru

Seru

ocena:7
Rok prod.:2011
Reżyser:Woo Ming Jin, Mohd Pierre Andre
Kraj prod.:Malezja
Obsada:Pierre Andre, Nora Danish, Awal Ashaari, Cut Mutia, Azman Hassan, Sharnaaz
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

We wstępie do recenzji malezyjskiego horroru “Twilight” napisałem o renesansie kina grozy z tego egzotycznego kraju, podając jako przykład „nowej fali” właśnie ten omawiany film. Ale chyba jeszcze lepszym przykładem pozytywnych zmian zachodzących w horrorze z Malezji, jest inny przedstawiciel tamtejszego kina grozy – „What” („Seru”) w reżyserii Woo Ming Jina oraz Pierre`a Andre. Jest wiele powodów by uznać ten horror za symbol wiatru odnowy, który przewietrzył w ostatnich latach rodzime kino grozy uwikłane w nużące opowieści o duchach i popularnych istotach, wywodzących się z miejscowego folkloru (pontianak, pocong itp.). Choćby forma obrazu Woo i Andre, który korzysta z popularnego na Zachodzie subgatunku mockumentaries (tzw. fałszywy dokument) a nie z rodzimej konwencji folklorystycznego horroru. Także spora dawka przemocy, raczej rzadko spotykana w malezyjskim horrorze (wyjątkiem w tym względzie jest „Histeria” Jamesa Lee). Z tego też powodu „What” określany jest jako „pierwszy slasher z Malezji”, co jednak nijak ma się do stanu faktycznego. I to nie tylko dlatego, że namiastką miejscowego teenage slashera był pochodzący z 2004 r. „I Know What U Did Last Raya”, lecz przede wszystkim dlatego, że horror dwojga twórców nie jest w istocie slasherem. Czym zatem jest? Odpowiedź znajdziecie w dalszej części recenzji.

Ekipa filmowa na czele z reżyserką Liną i producentem Bobem realizuje zdjęcia do horroru. Jak wiadomo film grozy wymaga specyficznej scenerii, dlatego też na plan zdjęciowy zostaje wybrane odludne miejsce położone w sercu dżungli. Zdjęcia przebiegają bez większych komplikacji, aż pewnego wieczoru asystentka reżyserki, Sari dostaje niespodziewanego ataku epilepsji ( co zdecydowanie wygląda na opętanie), charakteryzatorka Julie zaś z niewiadomych przyczyn znika w gęstym lesie, otaczającym plan zdjęciowy. Dwoje członków ekipy wyrusza, aby odnaleźć Julie, pozostali zaś zajmują się Sari, która zapadła w dziwny katatoniczny stan. Udaje się sprowadzić mieszkające w pobliżu starsze małżeństwo, które odprawia specjalny rytuał w celu odpędzenia złego ducha – przyczyny dziwnego zachowania asystentki. Po tym rytuale dziewczyna zdaje się wracać do zdrowia, niemniej producent decyduje, że zostanie odwieziona do szpitala. Wkrótce jednak okazuje się, że Sari nie tylko nie poczuła się lepiej, ale zamieniła się w oszalałą psychopatkę, mordującą członków ekipy.

Moda na paradokumentalne horrory trwa w Azji w najlepsze. Swoje własne wersje „The Blair Witch Project” i „Paranormal Activity” mają już Japończycy, Koreańczycy, Hongkończycy, Chińczycy a nawet Hindusi, Singapurczycy, Indonezyjczycy i jak się okazuje także Malezyjczycy. Powód popularności tego patentu na kino grozy jest prosty – oszczędność. Realizując film w całości nakręcony kamerą reporterską oszczędza się na przede wszystkim na scenografii ( mockumentaries kręci się w naturalnych wnętrzach albo plenerach) a także na sprzęcie (np. krany filmowe, wózki itp.), a nawet na muzyce i montażu. Poza tym tego rodzaju filmowanie z ręki wzmacnia wrażenie realizmu przedstawianych zdarzeń (przynajmniej w teorii), a nic tak nie służy grozie jak wmówienie widzowi, że ogląda historię „z życia wziętą”. Niestety szybko okazało się, że formuła „fałszywego dokumentu” ma swoje poważne ograniczenia. Wielokrotnie pisałem o nich przy okazji recenzji z różnych azjatyckich mockumentaries, więc pozostanę przy ogólnym stwierdzeniu, że gro tych filmów jest przeraźliwie nudna. Gro, ale nie omawiany „What”.

Być może porównanie, które zamierzam dokonać wyda się niektórym nad wyraz karkołomne, lecz uważam, że nie jest ono zupełnie pozbawione podstawa. Otóż film Woo i Andre można potraktować jako malezyjską wariację na temat światowego hitu prosto z Hiszpanii, czyli „[Rec]” Balugero i Pazzy. Są rzecz jasna znaczące różnice miedzy hiszpańskim horrorem a malezyjskim, ale zwróćmy uwagę na podobieństwa. Po pierwsze dość nietypowe potraktowanie konwencji mockumentary wyznaczonej zwłaszcza przez takie klasyki jak „The Blair Witch Project” i „Paranormal Activity’. Filmy tego rodzaju stawiały przede wszystkim na nastrój i stopniowo narastającą grozę, co często wiązało się z powolnym tempem narracji i wieloma scenami, które miały tworzyć klimat swojskości (i które zazwyczaj był przegadane i nudne). W „[Rec]”, jak wiemy, po kilkunastu minutach wstępu rozkręca się akcja tak przepełniona napięciem grozą i makabrą, że większość widzów nawet nie zauważyło, że hiszpański horror jest wtórny do bólu i dziurawy niczym szwajcarski ser. Powodzenie horroru z Hiszpanii, co nawet ja zaciekły wróg tego film – muszę przyznać – tkwiło w niebywałej kinetycznej sile tego filmu, w sugestywnie ukazanej atmosferze wszechobecnego zagrożenia i klaustrofobii. I właśnie kinetyzm świata przedstawionego, osaczenie i bezradność ofiar pracuje na korzyść malezyjskiego horroru. W „What” te cechy są dodatkowo podkręcane przez wyjątkowo intensywne nagromadzenie elementów nadnaturalnych: opętanie, czarną magię, upiory, tajemnicze pisane krwią słowa na ścianie budynku, zniknięcie członkini ekipy filmowej i wreszcie atak szału jednej z bohaterek (dokładnie tak jak w „[Rec]”, w którym zwykli ludzie zmieniali się w bestie). Rzecz jasna, nie sposób nie wspomnieć też o jeszcze jednym faktorze napędzającym emocje tryskającego z tego filmu – nocnej scenerii autentycznej dżungli, w której nawet niewinne drzewa czy krzaki przywołują przerażające obrazy.

Analogia z filmem Balugero i Pazzy nie kończy się niestety tylko na pozytywach. Tak jak w „[Rec]” pełna napięcia akcja, potęgowaną grozą miejsca i efektami gore (bardzo realistycznymi) maskuje w istocie nielogiczności filmowej intrygi. Nie chce się o nich rozpisywać, bo wiązałoby się to z koniecznością większych lub mniejszych spoilerów. Ale część widzów może poczuć się nieco zorientowana niektórymi zachowaniami bohaterów czy rozwojem akcji. Można by się przyczepić także do końcowych scen, które wydają się niepotrzebnie przedłużone i w istocie niczego, a w każdym razie, niewiele wyjaśniają. Różnie jest także z wrażeniem realizmu, na którym opiera się przecież zasadniczy pomysł horroru paradokumentalnego. Co prawda pod tym względem jest o wiele lepiej niż w oglądanym niedawno przez mnie japońskim „Paranormal Activity 2: Tokyo Night”, lecz i tak facet uciekający z kamerą przed napastnikiem jest mało realistyczny.

Mimo wszystkich tych zarzutów powinniśmy mieć świadomość, że horror podobnie jak komedia ma za zadanie przede wszystkim wywoływać emocje, a nie wzbudzać podziw precyzyjnie i logicznie poprowadzoną intrygą. W takim razie „What” jako dostarczyciel emocji z całą pewnością nas nie zawiedzie.

Screeny

HO, WHAT a.k.a Seru HO, WHAT a.k.a Seru HO, WHAT a.k.a Seru HO, WHAT a.k.a Seru

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jeden z najlepszych azjatyckich przedstawicieli horroru paradokumentalnego
+ akcja
+ napięcie i makabra
+ sceneria dżungli
+ atmosfera osaczenia
+ dostarcza wielu emocji

Minusy:

- czasem bywa nielogicznie
- niepotrzebnie przeciągnięte końcowe sceny
- bywają problemy z realizmem przedstawianych wydarzeń

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -