Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DON’T LET HIM IN

DON’T LET HIM IN

Don’t Let Him In

ocena:4
Rok prod.:2011
Reżyser:Kelly Smith
Kraj prod.:Wielka Brytania
Obsada:Sophie Linfield, Sam Hazeldine, Gordon Alexander, Gemma Harvey, Rhys Meredith, Esther Shephard, Jason Carter
Autor recenzji:Drakul
Ocena autora:4
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Są takie filmy, że człowiek się zastanawia usilne po co je właściwie zrobiono. Są też takie, które do tego stopnia kopiują swoich lepszych poprzedników, że do ostatniej minuty trudno uwierzyć, że ktoś do tego stopnia popełnił plagiat. Nie opuszcza mnie, podobnie jak z pewnością wielu z Was przeczucie, że gatunek zwany horrorem dopadła poważna choroba. Nie jest może ona śmiertelna, ale z pewnością mocno nadwątli kondycję tego nurtu i narazi wielbicieli na dalsze zapaści na zdrowiu. Film, o którym będzie tu mowa, to kolejny dowód na to, że horrory mogą kojarzyć się przede wszystkim ze szmirą i tandetą.

Oto opowieść o czwórce młodych ludzi, którzy wybierają się wspólnie na weekendowy wypad na wieś, aby uciec od cywilizacji. Jedna para to szczęśliwie zakochani Paige i Calvin, a druga to Mandy (siostra Calvina i mocno niedojrzała emocjonalnie osóbka) wraz z nowo poznanym „weekendowym kochankiem” Tristanem, który jest mocno szemranym typem. Tristan dostaje się do tej paczki niejako na „przyczepkę” i od początku budzi spore wątpliwości co do swojej osoby. Cała czwórka ląduje w zupełnie malowniczej angielskiej wsi, która jest z dala od wszystkiego i od wszystkich. Już na samym początku miejscowy policjant ostrzega ich, że w okolicy grasuje seryjny zabójca i lepiej zamykać na noc dom. Żebyśmy jednak od razu nie skoncentrowali się w oczekiwaniu na krwawą jatkę, reżyser stosuje dywersję i zagłębia się w wątek Tristana. Okazuje się bowiem, że ten wysoce antypatyczny i wyniosły typ (pracuje na giełdzie, co tylko potwierdza panujący stereotyp o brokerach i maklerach) jest wmieszany w ciemne sprawki. Dodatkowo wychodzi na jaw, że miał coś wspólnego z nagłą śmiercią swoich rodziców. Eksplorowanie tego wątku trwa ponad jedną trzecią filmu, a wydarzenia zyskują na gęstości, gdy nocną porą do domku zawita niespodziewany gość: ranny mężczyzna. Od tej chwili zaczyna się dobrze wszystkim znany spektakl mordu i szlachtowania. Jedynie pytanie jako pozostało jeszcze do zadania brzmi: co tym razem wymyślą twórcy filmu, aby zdobyć naszą uwagę?

Odpowiadam, że tym razem chodzi o duchy mieszkające w drzewach, który natchnęły pewnego jegomościa do zabijania i ćwiartowania ludzi, którzy postanowili się zapuścić w te strony. Pomysł to tyleż idiotyczny, co nie budzący najmniejszego zdziwienia, bo nie z takich to już powodów ludzie mordowali na ekranie innych ludzi. Szkoda tylko, że pan Kelly Smith nie zadbał o choćby szczątkowy suspens, logikę czy zwroty akcji, abyśmy mogli poudawać, że coś nas zaskoczyło. Akcja toczy się właściwie ślamazarnie i dość wcześnie wkrada się nuda: nie tylko zgadnąć można kto jest kim i co zrobi, ale także natychmiast widać, że akcja zmierza do szybkiej konfrontacji z mordercą, a nas czekają gonitwy po lesie. Po wyczerpaniu „wątku Tristana” pozostaje nam już tylko czekać na festiwal zabijania. Niektórym to się może podobać, ale moim zdaniem pokazanie wydarzeń w lekko ironicznym świetle i nieco angielskim poczuciem humoru nie przydaje filmowi ani krasy, ani waloru komediowego. Jest tak nudno, jak tylko może być: wszyscy mordują wszystkich, a sens i logika nie mają tu miejsca dla siebie. Już samo zachowanie seryjnego zabójcy, który powinien napędzać akcję jest chwilami tak niewiarygodne, że nawet śmiać się nie chce. Do tego dochodzi bardzo nierówna gra aktorska, gdzie aktorzy czasem pokazują chęć i zaangażowanie w wykreowanie interesujących postaci, aby potem zagrać schematami i udowodnić, że ich bohaterowie są żywi tylko na kartach scenariusza. Poczucie ogólnego rozczarowania i zażenowania pogłębiają tylko sceny mordowania, które rażą nie tylko niedostatkami warsztatowymi, ale są chwilami zupełnie zbędne (dotyczy to zwłaszcza szeregu bezsensownych scen w „jamie zabójcy”).

W filmie nie ma za grosz grozy, co dla każdego filmu mieniącego się horrorem jest wyrokiem śmierci. Szczęśliwie całość trwa ledwie 75 minut, więc ci najwytrwalsi powinni przetrwać do końca, o ile zastosują odpowiednie środki zapobiegawcze, np. duże ilości alkoholu, po których taki film będzie uzupełnieniem dobrej imprezy. Wszystkim innym odradzam, chyba że wielbiciele angielskiego horroru muszą z definicji zaliczać każdy tytuł z tego kraju.

Screeny

HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN HO, DON’T LET HIM IN

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ przeciętniak, który nie razi nadmierną miernotą i niedoróbkami warsztatowymi
+ do wytrzymania, jeżeli w danej chwili nie wymagamy od filmu niczego szczególnego

Minusy:

- nuda, nuda, nuda...
- przewidywalność
- ileż razy oglądaliśmy już to samo...

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -