Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta

LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta

Hiszpański cyrk

ocena:7
Rok prod.:2010
Reżyser:Alex de la Iglesia
Kraj prod.:Hiszpania
Obsada:Carlos Areces, Antonio de la Torre, Carolina Bang
Autor recenzji:Adach
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:7
Głosów:1
Inne oceny redakcji:

Na każdy nowy film Alexa de la Iglesii czekam z utęsknieniem. To właśnie dzięki temu twórcy i jego obrazowi - „Dzień bestii”, zostałem fanem grozy z przymrużeniem oka. Do gustu przypadły mi także inne filmy Hiszpana, niezwykle zabawne komedie, które, choć z grozą nie miały nic wspólnego, wyzwalały u mnie dreszczyk emocji i salwy śmiechu. Swoimi dziełami reżyser nie tylko rozśmieszał, warto nadmienić świetną „Perditę Durango” (1997), którą współtworzył Barry Gifford, scenarzysta współpracujący z Davidem Linchem przy „Dzikości serca” i „Zagubionej autostradzie”. W 2006 roku ukazał się „Pokój dziecięcy”, dwa lata później „The Oxford Murders”, obrazy wyznaczające nowy, poważniejszy kierunek twórczości hiszpańskiego mistrza komedii. Pierwszy ze wspomnianych filmów był częścią cyklu „Filmy, które nie dadzą ci zasnąć”. Obraz zawiera chyba nieco zbyt wiele nawiązań do klasyki, flirtuje także z japońskimi produkcjami spod znaku „Ringu” Nakaty. Wraz z nowym obrazem, recenzowanym „Hiszpańskim cyrkiem” reżyser wraca do komedio – horroru. Czy na pewno?

„Dzień bestii” rozpoczyna się prologiem, w którym małomiasteczkowy ksiądz odkrywa, że w Boże Narodzenie pojawi się w Madrycie antychryst. Udaje się zatem do stolicy. Introdukcja występuje również w recenzowanym obrazie. Jednak w tym wypadku geografia nie gra roli a czas. Opowieść rozpoczyna się w 1937 roku, ukazując początki hiszpańskiej wojny domowej, wcielenie do rebelii, aresztowanie i uwięzienie klowna, który jest ojcem (małego wówczas) Javiera. Właściwie niewiele wiadomo o tym, co się z chłopcem działo w czasie frankistowskich rządów. Fabuła przenosi się do roku 1973, a więc schyłkowego okresu rządów Franco. Javier podejmuje pracę jako „smutny” klown w cyrku, idąc tym samym w ślady ojca i dziadka, czyli wielopokoleniowej tradycji. Tam poznaje piękną akrobatkę, Natalię. Między nimi rodzi się zakazane uczucie. Zakazane, bo kobieta jest związana z sadystycznym Sergio, „wesołym klownem”, który właściwie rządzi cyrkiem. Gdy mężczyzna odkrywa zdradę Natalii, ciężko bije Javiera. Po krótkim pobycie w szpitalu „smutny” klown oddaje z nawiązką odniesione rany, potwornie szpecąc twarz rywala. Dla obu mężczyzn to pewien koniec. Javier musi uciekać przed policją, a szpetny Sergio nie może już pracować jako klown. Koniec dotychczasowego życia to także początek innego, naznaczonego w obu wypadkach krwawą ścieżką przemocy.


Seans „Hiszpańskiego cyrku” był dla mnie w pewnym sensie szokiem. We wcześniejszych obrazach Iglesia nigdy nie osiągnął takiej skali przemocy, nie tworzył tak krwawych i brutalnych obrazów. Nigdy w końcu nie nawiązywał w taki sposób do historii własnego kraju. Jego bohaterowie to byli zazwyczaj ludzie przeciętni – zwykły ksiądz, lokator, sprzedawca, rodzina, wtrąceni w niecodzienną spiralę wydarzeń. Oczywiście istnieją pewne odstępstwa - „Perdita Durango” czy „800 kul”. Podobnie jest w przypadku „Hiszpańskiego cyrku”, którego bohaterowie dalecy są od zwyczajności, normalności - dwóch klownów – jeden brutal, drugi nieśmiały, ale ciężko doświadczony przez los, maltretowana dziewczyna, trupa cyrkowa. Zwykli Hiszpanie są tylko tłem. Obraz Iglesii ciekawie prezentuje się na tle twórczość Guillermo del Toro, którego hiszpańskie horrory „Kręgosłup diabła” i „Labirynt Fauna” są „zakorzenione” w czasach hiszpańskiej wojny domowej.

Fabuła zawsze były mocną stroną Alexa de la Iglesii. To się nie zmieniło. Duża ilość dobrze napisanych dialogów, dynamiczna akcja i świetna reżyseria. Czy można chcieć czegoś więcej? Można, bo horror reżysera „Kamienicy w Madrycie” nie jest idealny. Obraz rozpoczynają brutalne sceny walk, w których na pierwszy plan wysuwa się klown z maczetą. Siecze on wojsko przeciwnika, leje się krew. To wyraźny ukłon w stronę dorobku Tarantino i Rodrigueza, choć nawiązań do innych twórców także nie brakuje. O ile wspomnianą scenę można potraktować jako dobry, bo faktycznie świetnie nakręcony, filmowy cytat, o tyle niestety cały obraz jest po wielkim wpływem ostatnich dokonań nadmienionych reżyserów. To ich europejski odpowiednik, choć znacznie bogatszy w treści niż rozrywkowa „Macheta” lub „historyczne” „Bękarty wojny”. Przyjęta estetyka nie oznacza, że Iglesia całkowicie odszedł od własnego stylu. Pozostaje wspomniana obfitość dialogów i sposób sytuacyjnego budowania humoru, ograniczonego w tym wypadku tylko do groteski, w której najczęściej dramat spotyka się z komizmem. Na swój przewrotny sposób Iglesia prawie na samym początku to sygnalizuje słowami Sergio, który opowiada szpitalny żart o noworodku. Całe towarzystwo się zaśmiewa oprócz Javiera i widzów, bo faktycznie ten fragment budzi niesmak. Później sytuacja się odwraca i to my się śmiejemy, zastanawiając się czasem, czy wypada. Na tym nie koniec. Podobny do niektórych wcześniejszych obrazów jest sposób rozwijania fabuły, oparty na częstych zmianach scenerii, momentów kulminacyjnych, które odmieniają losy Javiera. Takie podejście pozytywnie wpływa na dynamikę akcji, której tempo niestety spada po pierwszej godzinie, by ponownie przyspieszyć w niezwykle monumentalnym finale.

Fabuła „Hiszpańskiego cyrku” intryguje. Pozornie zwykły trójkąt miłosny to jeden z punktów wyjścia do zbudowania wartkiej akcji, choć nie jedyny. Wspomniane wcześniej tło historyczne nie jest zbyt przejrzyste dla osób innej narodowości niż reżyser, bo przecież ilu z nas stosunkowo dobrze zna historię innych nacji. Iglesia nie dokonuje rozrachunku z tym okresem, choć okrucieństwo wojny domowej i zniszczenie kraju są aż nadto widoczne. One także świadczą o sile scenariusza, gdyż reżyser wszystko, co chciał na ten temat przekazać, właściwie ograniczył do prologu oraz relacji w czarno – białej telewizji i wspaniałej scenografii przedstawiającej zrujnowane miasto w sposób niemalże postapokaliptyczny. To wystarcza, by w uniwersalny sposób ukazać tło historyczne, bez nadmiernej ilości słów, dodatkowych scen, które spowolniłyby akcję.

Scenografia nie służy jednak tylko „historii”. Często się zmienia, podkreślając również surrealistyczne oblicze filmu, w którym ponure życie Javiera spotyka się z jego zazwyczaj barwnymi wizjami. To one wprowadzają nowy zestaw zachowań klowna i motywują go do kolejnych działań. Warto podkreślić, że bogata oprawa wizualna, niewątpliwy plus obrazu, jest znakomicie uzupełniana przez ścieżkę dźwiękową – różnorodną, doskonale dostosowaną do sytuacji.

Trójkąt miłosny to motor napędowy fabuły, którą można opisać jako piękna i bestia, i bestia. Spirala autodestrukcji obu mężczyzn pod wpływem kobiety postępuje w miarę rozwoju fabuły, ale nie jest sztampowa. Nie chodzi tylko o samą brutalną estetykę, ale także Natalię, która nie jest całkowitym tłem dla dwóch walczących o nią, nie o jej względy, klownów. Nie jest też typową femme fatale. Owszem kieruje mężczyzn ku upadkowi, ale zarazem jest od nich uzależniona (być może bardziej niż oni od niej), od każdego z nich na innych sposób. Javier, Sergio i Natalia to postacie wielowymiarowe, rozwijające się w miarę postępu fabuły. Szczególnie zachwyca, nie tylko urodą, ale także talentem, Carolina Bang – Natalia, która zagościła na dłużej w kolejnych obrazach Iglesii. Nie jest ona doświadczoną aktorką, właściwie recenzowany obraz to jej pełnometrażowy debiut, jednak w roli, z którą przyszło jej się zmierzyć wypadła bardzo naturalnie, dobrze wypełniając zadania powierzone jej przez reżysera.

„Hiszpański cyrk” to obraz bardzo nietypowy w przekroju twórczości hiszpańskiego mistrza. Z pewnością zawiedzeni będą fani jego komedii, bo to najmroczniejszy obraz reżysera, którego nie łagodzi groteska czy surrealizm. Zawód może spotkać także „horrorowych” fanów mistrza, którzy woleliby, aby obraz nie był tożsamy twórczością panów Tarantino i Rodrigueza. Z drugiej strony to naprawdę mocna opowieść, destrukcyjna, nihilistyczna, nakreślona śmiechem i łzami naraz, czyli maską „smutnego” klowna.

Screeny

HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta HO, LAST CIRCUS, THE a.k.a Balada triste de trompeta

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ reżyseria
+ scenariusz
+ Natalia
+ muzyka
+ fabuła

Minusy:

- Tarantino i Rodriguez
- brak lekkości żartu
- fani reżysera mogą się zawieść

Na forum:

Podyskutuj o filmie tutaj: Forum HO

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -