Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:THING, THE (2011)

THING, THE (2011)

Coś

ocena:7
Rok prod.:2011
Reżyser:Matthijs van Heijningen Jr.
Kraj prod.:USA / Kanada
Obsada:Mary Elisabeth Winstead, Joel Edgerton, Ulrich Thomsen
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:7
Ocena użytkowników:6.75
Głosów:4
Inne oceny redakcji:

Po raz kolejny na Antarktydzie źle się dzieje. Tym razem puszkę Pandory otwierają nie Amerykanie, a brodaci i nieokrzesani Norwegowie, ale schemat pozostaje dokładnie ten sam. Spod lodu wyrywa się uśpiony od lat obcy organizm, a wszyscy mieszkańcy norweskiej stacji badawczej już wkrótce pożałują, że nie woleli pojechać na safari.

Powiem to wprost i bez owijania w bawełnę: jestem ogromnym fanem „The Thing” z 1982 roku. To, co John Carpenter zrobił w tamtym obrazie, uważam za jedno z największych osiągnięć filmowego horroru. Może i fabuła miała dziury, może i po latach niektóre elementy rażą swoją naiwnością, ale przy odrobinie dobrej woli film ten wciąż potrafi wystraszyć na śmierć. Uzyskanego tam klimatu nie udało się odtworzyć w żadnym innym horrorze, a doskonały pomysł wyjściowy wciąż pozostaje świeży i interesujący.

Najwyraźniej tak samo pomyśleli twórcy nowego „The Thing”, bo po prawie 30 latach od premiery filmu Carpentera doczekaliśmy się jego prequela. Jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek, co tak naprawdę wydarzyło się na norweskiej stacji badawczej, gdzie Kurt Russell i jego towarzysze całkiem przypadkiem natknęli się na coś nie z tego świata, ten film odpowie na Wasze pytania. Malkontenci jeszcze na długo przed premierą twierdzili, że ta próba nie będzie miała nawet szans równać się z oryginałem. Chciałoby się zapytać, czy za oryginał uważają film Carpentera, film Hawksa z lat 50-tych, czy opowiadanie Johna Campbella, z którego wszystkie dotychczasowe ekranizacje czerpią garściami. Tak czy inaczej, ja miałem nadzieję jedynie na przyzwoitą rozrywkę z kilkoma odwołaniami do filmu sprzed lat. Nie zawiodłem się.

Wredny obcy z początku przyjmuje obciachową formę olbrzymiego chrząszcza (!), ale na szczęście dość szybko okazuje się, że potrafi kopiować cokolwiek zechce. Załoga stacji przestaje ufać sobie nawzajem i patrzy nerwowo na ręce kolegów – bo przecież każdy może nieoczekiwanie wypuścić macki i przetransformować się w coś dużego i bardzo obcego. Atmosfera nieufności gęstnieje, a nasz przebiegły kosmita tylko na tym korzysta. Sytuację stara się ratować wezwana na pomoc dzielna Amerykanka, grana brawurowo przez równie brawurową Mary Elizabeth Winstead. Dziewczyna radzi sobie całkiem nieźle w swojej roli, co jest tym bardziej zastanawiające, bo jej postać – podobnie jak wszystkie pozostałe – została napisana zupełnie bez polotu.

Momentami nowy „The Thing” wydaje się stworzony bardzo na siłę, bez żadnego świeżego pomysłu. Początek, kiedy opowiadający sprośne kawały Norwegowie wpadają w lodową szczelinę i znajdują w niej statek kosmiczny, to koszmarnie słabe otwarcie. Na szczęście im dalej, tym lepiej – w miarę postępu fabuły coraz mniejszy nacisk kładziony jest na naiwne dialogi, a większy na budowanie napięcia. To zaś idzie twórcom bez zarzutu. Nie są to te same progi, co Carpenter, ale nie wymagajmy zbyt wiele; przynajmniej nie można powiedzieć, że twórcy zapomnieli o korzeniach. Opowieść wciąż jest bardzo mroczna i ciężka, klaustrofobiczna atmosfera osaczenia bardzo dobrze przedstawiona, zaś tajemniczy obcy w wysokiej formie i równie bezlitosny, co poprzednio.

Film nie obył się jednak bez poważnych wad. Scenariusz jest dziurawy jak sito, ale w sumie raczej nie spodziewałem się, że twórcy będą poprawiać cokolwiek po Carpenterze – szkoda tylko, że do jego błędów dodali kilka swoich, jeszcze bardziej rzucających się w oczy. Dialogi często trącą banałem, zaś pod koniec filmu schemat goni schemat, skutecznie zabijając napięcie. Najlepiej wypada środkowa część filmu, choć paradoksalnie pod względem struktury jest ona prawie żywcem skopiowana z dzieła Carpentera. Mamy tu te same wydarzenia, tylko zamieszane i oprawione w nową, z założenia lepszą formę. Niestety, ani efekty specjalne nie są szczególnie zachwycające, ani nowe rozwiązania tak naprawdę niczego nie wnoszą. Mnie osobiście podobały się przede wszystkim niektóre transformacje tytułowego Cosia, a także rozwiązanie, które w prosty i naturalny sposób zastąpiło carpenterowskie badanie krwi. Scena nie budzi co prawda takiego napięcia, ale i tak uważam ją za całkiem udaną.

Czy nowy „The Thing” nie zawiódł? Trudno powiedzieć. Z jednej strony mamy powtórkę z rozrywki na zadowalającym poziomie, z drugiej jednak mimo wszystko nie może się ona równać z poprzednią wersją. Po seansie byłem rozdarty – nie spodziewałem się niczego dobrego, ale mimo wszystko chyba liczyłem, że będzie trochę lepiej. Moje wygórowane nadzieje nie mają jednak nic do rzeczy: film oceniam jako przyzwoity i wart obejrzenia, choć zawsze warto przypomnieć sobie najpierw ekranizację z lat 80-tych.

Screeny

HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011) HO, THING, THE (2011)

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ wciąż przyzwoity klimat
+ osaczenie i izolacja
+ sporo napięcia w środkowej części filmu
+ projekty form obcego

Minusy:

- luki fabularne
- słabe dialogi
- fabuła za bardzo kopiuje Carpentera
- nic nowego

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -