Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:DON'T BE AFRAID OF THE DARK

DON'T BE AFRAID OF THE DARK

Nie bój się ciemności

ocena:5
Rok prod.:2010
Reżyser:Troy Nixey
Kraj prod.:USA / Australia / Meksyk
Obsada:Katie Holmes, Guy Pearce, Bailee Madison
Autor recenzji:Adach
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Guillermo Del Toro to uznana „firma”, która zjednała sobie fanów grozy na całym świecie. „Nie bój się ciemności” to horror firmowany nazwiskiem hiszpańskiego mistrza. Pojawia się on nie tylko na plakacie reklamującym, ale także, a właściwie przede wszystkim, w roli scenarzysty i producenta. Taki udział wzmógł u mnie dosyć spore oczekiwania. Tym bardziej że do seansu skutecznie zachęcał także zwiastun (choć wiadomo, one potrafią wprowadzać w błąd), który zapowiadał podróż w ulubione rewiry twórcy „Labiryntu fauna”.

Akcję „Nie bój się ciemności” umieszczono w starej dziewiętnastowiecznej posiadłości, do której wprowadza się Alex wraz z narzeczoną oraz córką z poprzedniego małżeństwa. Mężczyzna zajmuje się odnawianiem podupadłych domostw. W tym zatrzymają się, dopóki nie zostanie odrestaurowane i sprzedane. Wiele lat temu w mieszkał tutaj artysta, który zaginął wraz z córką w niewyjaśnionych okolicznościach. Sally, córka Alexa, jest skrytą dziewczynką, która w dodatku niezbyt lubi narzeczoną ojca. Zaprzątnięty własnymi sprawami mężczyzna nie potrafi odpowiednio zająć się dzieckiem. Dziewczynka mimo zakazów wielokrotnie odwiedza piwnicę, w której słyszy tajemnicze głosy, proszące ją o uwolnienie i obiecujące przyjaźń. Wkrótce przekonuje się, że ich właścicielami są stworzenia nastawione wrogo do niej i innych ludzi.


Stary, wiktoriański budynek, coś złowrogiego czającego się w piwnicy. Brzmi zachęcająco. Niestety, to ta atrakcyjniejsza strona recenzowanego obrazu. Już na samym początku - w czołówce, twórcy zdradzają tajemnicę, z jakimi stworzeniami przyjdzie zmierzyć się bohaterom obrazu. A szkoda, bo tego typu niewiadoma bardzo by się przydała. Co zresztą jest widoczne w miarę postępu filmowych wydarzeń. To istotna wada, która jednym z pierwszych sygnałów, że tym razem hiszpański twórca się nie popisał. Wcześniej tych oznak było więcej, jak choćby nazwisko reżysera – nikomu nieznanego debiutanta. Oczywiście chodzi w tym wypadku o sam fakt firmowania produkcji swoim nazwiskiem przez Guillermo Del Toro, bo przecież tym razem twórca „Labiryntu fauna” nie zasiadł w fotelu reżysera.

Po wspomnianym początku, na szczęście dalej jest już nieco lepiej. Spore wrażenie robi już na pierwszy rzut oka posiadłość i dom. Warto wspomnieć, że akcja filmu toczy się jesienią, zatem aura również sprzyja fabule. Lokacja i scenografia to piętno niewątpliwie odciśnięte przez Del Toro, porównując je z miejscami, w których toczyła się akcja „Labiryntu fauna” i „Kręgosłupa diabła”. Skrzypiące schody i drzwi oraz tajemnicze głosy wydobywające się z zakamarków budynku to największy atut obrazu, zyskującego dzięki nim na tajemniczości i grozie, na lękach obecnych w naszym (i nie tylko naszym) świecie, gdy byliśmy małymi dziećmi. Takie założenie zresztą przyświecało Hiszpanowi oraz Matthew Robbinsonowi, z którym współtworzył scenariusz do recenzowanego horroru. Panowie współpracowali już w przeszłości, choćby przy „Mimic”. Amerykański twórca zresztą posiada już spore doświadczenie, miał nawet swój wkład w powstanie scenariusza „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”.

„Nie bój się ciemności” jest remakiem produkcji telewizyjnej z 1973 roku. Mam wrażenie, że scenarzyści chcieli oddać ducha tamtego obrazu, nie tworzyć nic nowego, a cofnąć się w czasie o 40 lat. Do jednej z nielicznych, a zarazem znaczących zmian należy postać Sally, która w pierwowzorze była żoną Alexa. Dodatkowo panowie mieli jeszcze jeden niewątpliwy argument, czyli Olivera Stapletona, doświadczonego operatora kamery, który pokazał rzemiosło najwyższej klasy. Obiektyw jego kamery to kolejny olbrzymi atut. Szkoda tylko, że muzyka, choć dobrze podkreśla fabułę, to jest jednak bardzo sztampowa.

Scenariusz z zastrzeżeniami także należy zapisać na plus. Odnoszę wrażenie, że Del Toro i Robbins przerabiając oryginalny skrypt, zdawali sobie sprawę, iż wprowadza on ich na pewne pułapki fabularne, wskutek czego recenzowany obraz zawiera sporo nieścisłości. Chyba nadmiernie zaufali reżyserowi, licząc, że poradzi sobie z odpowiednim prowadzeniem fabuły. Przeliczyli się. Reżyseria to spory mankament produkcji. Niestety debiutujący w tej roli Nixey nie poradził sobie. Luki scenariusza, zamiast maskować – uwypukla, a akcja siada czasem zbyt mocno. Jakby nieszczęść było za mało, fabuła w zasadzie nie zaskakuje. Na dobre dwadzieścia minut przed końcem seansu przewidziałem jego zakończenie. Twórcy na początku próbowali podsycić emocje może ze dwiema brutalniejszymi scenami, ale potem zapomnieli o tym prawie do finału.

Do atutów, a szkoda, nie zaliczają się także nasi mali bohaterowie, skrzaty, gnomy, czy jakkolwiek nie nazwać te małe, wredne istoty. Mnie one rozśmieszały, zwłaszcza gdy wydobywały ze swoich gardzieli groźne pomruki. Ale trzeba przyznać, że ich zachowanie, psychopatyczna chęć zaszkodzenia ludziom, robi wrażenie. Z pozostałymi aktorami też nie do końca było lepiej. Guy Pearce zagrał na przyzwoitym poziomie, choć jego postać miała większy potencjał, zwłaszcza dramatyczny. Całkowicie zawiodła Katie Holmes, przeraźliwie wychudzona, w zasadzie tylko obecna na ekranie, nie jest do niego atrakcyjnym dodatkiem, choć tak sugerowałby scenariusz. W zasadzie to jedyna większa wpadka Del Toro, bo to postać w zasadzie zbędna, przynajmniej w tej roli. Część jej obowiązków scenicznych mógł z powodzeniem przejąć Guy Pearce. Pozytywne wrażenie pozostawiła po sobie jedynie Bailee Madison (Sally). Doprawdy jestem zdumiony jej grą, bo wiem, że to jej zasługa, a nie niedoświadczonego reżysera.

„Nie bój się ciemności” to przeciętniak, obraz pełen wad wynikających z realizacji. Scenarzyści nie silili się na stworzenie przełomu, czegoś całkowicie nowego. Być może dobrze. Źle, że z takim założeniem nie poradził sobie reżyser (choć nie zmarnował na szczęscie całego potencjału filmowej opowieści), i że zastosowano tyle sztampowych chwytów, które miały na celu straszyć, jednak zamiar ten rzadko był skuteczny. Mimo wszystko dałem temu obrazowi aż pięć czaszek Dlaczego? Może nie jest to największy straszak, ale losy bohaterów mimo wszystko wciągają (zasługa głównie młodej aktorki), fabuła nie nuży, nie można również narzekać na mroczny, ponury nastrój i filmowy dom, do którego w realu chętnie poszedłbym szukać mrocznych wrażeń.

Screeny

HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK HO, DON'T BE AFRAID OF THE DARK

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ lokacja
+ scenografia
+ scenariusz
+ kamery
+ Sally

Minusy:

- nie zaskakuje
- błędy i klisze fabularne
- czołówka
- „potworki”

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -