Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:LADDALAND

LADDALAND

Laddaland

ocena:8
Rok prod.:2011
Reżyser:Sopon Sukdapisit
Kraj prod.:Tajlandia
Obsada:Saharat Sangkapreecha, Piyathida Woramuksik, Atipit Chutiwatkajornchai, Sutadta Udomsil
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:8
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Niewdzięczna jest rola scenarzysty w horrorach. Bo kto by pamiętał twórców, których jedyny wysiłek sprowadza się do poskładania w miarę spójną całość sprawdzonych schematów, konwencji i klisz, którymi kino grozy żywi się od dziesiątków lat. A nawet jeśli film nieoczekiwanie odniesienie sukces komercyjny i artystyczny, to i tak osoba scenarzysty pozostaje w cieniu aktorów, reżysera a nawet autora zdjęć. Chyba, że scenarzysta jest zarazem reżyserem jak było to np. w przypadku Stanley Kubricka i jego „Lśnienia”. Ale czy ktoś pamięta nazwisko scenarzysty: „Psychozy” albo „Nie oglądaj się teraz”? A wszak są to filmy wybitne dla gatunku. Tymczasem to w głównej mierze od wymyślonej przez scenarzystę historii zależy, czy obraz będzie powtórką z rozrywki czy zaskoczy widzów nieoczekiwanym podejściem do tematyki poruszanej w filmie. O wadze scenarzysty w procesie twórczym filmu dobitnie świadczy postać Sopona Sukdapista, którego egzotyczne nazwisko zapewne kompletnie nic nie mówi nie tylko osobom nieinteresującym się horrorem azjatyckim, ale nawet jego zagorzałym fanom. A tymczasem jest to człowiek, który jest rzeczywistym autorem wszystkiego, co najlepsze w tajlandzkim kinie grozy i bardzo prawdopodobne, że stanie się twórcą, który odmieni oblicze rodzimego horroru. Sukdapisit jest bowiem scenarzystą i „The Shutter-Widmo”, i „Alone” oraz noweli „The Last Fight” z „Phobia”, a od kilku lat z powodzenie, realizuje własne filmy. W tajlandzkim kinie grozy jest w tej chwili bodaj jedynym twórcą, który dogłębnie rozumie istotę filmowego straszenia i doskonale wie, jak wykorzystać konwencję horroru do opowiadania historii, wykraczających poza sztywne ramy gatunku. Pochodzący z 2011 r. „Laddaland” jest tego wyśmienitym przykładem.

Laddaland do dzielnica domków jednorodzinnych w Chang Mai, na północy Tajlandii. To właśnie do tego miasta i do tej dzielnicy przeprowadza się z Bangkoku rodzina Thee: jego żona Parn, nastoletnia córka Nan oraz kilkuletni syn Nat. Wszyscy zamieszkują w eleganckim dwupiętrowym domu w cichej, spokojnej dzielnicy, lecz Parn martwi się ratami, które będą musieli spłacać. Thee zapewnia jednak, że ma dobrze płatną pracę, więc nie powinni się zamartwiać a nawet mogą pozwolić sobie na zatrudnienie birmańskiej pokojówki. Parę dni później Laddaland wstrząsa tragiczna wiadomość: służąca zostaje zamordowana ledwie kilka domów od rodziny Thee. To początek serii niepokojących wydarzeń, które mają miejsce w dzielnicy. Podczas pogrzebu pokojówki jeden z buddyjskich mnichów wpada w konwulsje wywołane śmiertelnym przerażeniem; jeden ze stróżów, patrolujących dzielnicę dostrzega na ulicy zamordowaną pokojówkę, a do domu Thee ma miejsce włamanie. Jednak uwagę Parn przyciągają sąsiedzi. Kobieta zauważa, że żona sąsiada Somkiata nosi ślady po pobiciu, a mały synek sąsiadów, bawiący się wspólnie z Natem, zachowuje się dziwnie i wyraźnie boi się ojca. Parn przeczuwa, że może stać się coś niedobrego, lecz nie może powstrzymać, wiszącej w powietrzu tragedii. Któregoś dnia Somkiat zabija strzałami z pistoletu całą swą rodzinę i popełnia samobójstwo. Tymczasem Thee przeżywa własne problemy rodzinne: nie może porozumieć się z dorastającą córką oraz – co gorsza – jego firma upada a on zostaje bez pracy i grosza. Jednak prawdziwy koszmar zaczyna się, gdy zmarli powracają do świata żywych, zagrażając Thee i jego rodzinie.

„Laddaland” to ghost story, ale niepodobna do żadnej innej tajlandzkiej produkcji grozy. Jeśli bowiem chodzi o horror, to w Tajlandii panuje – z nielicznym wyjątkami – dość nużąca monotonia. Opowieści o duchach są najbardziej rozpowszechnią i najpopularniejszą odmianą horroru: duchy wciskają się tam nawet do slasherów i komedii, często z małostrawnym skutkiem. Powszechność i popularność ghost stories ma swoje głębsze uzasadnienie w kulturze i religii Tajlandczyków, dla których istnienie bytów nadnaturalnych jest zupełnie… naturalne. Nic więc dziwnego, że rodzima publiczność nie odczuwa zmęczenia, oglądając kolejne opowieści o mściwych duchach. Ale „Laddaland” – jako się rzekło - to obraz, zaskakujący jak na miejscowe standardy. Podkreślam ten lokalny koloryt, ponieważ na horror Sopona Sukdapisita, warto spojrzeć przez pryzmat innych tajlandzkich produkcji grozy, by w pełni docenić jego walory.

Bo w zasadzie nie ma niczego szczególnego, że groza łączy się z dramatem rodzinnym. Czyż podobnej symbiozy nie widzieliśmy w „Lśnieniu”, „Egzorcyście”, „Nie oglądaj się teraz” czy – pozostając w obszarze kina azjatyckiego – w licznych koreańskich filmach grozy? Z tajlandzkich horrorów do głowy przychodzi mi tylko „Memory”, w którym jednak nie mieliśmy do czynienia z pełną rodziną, lecz jedynie z matką samotnie, wychowującą dziecko. Inaczej mówiąc horror przyrządzony ze składników dramatu rodzinnego i horroru, to rzadkość w tajlandzkim kinie grozy, co rzecz jasna należy zapisać na korzyść twórców „Laddland”. Nie jedyne to pozytywne odstępstwo od rodzimego kanonu filmowej grozy.

Trudno w to uwierzyć, ale obraz Sukdapisita obywa się całkowicie bez komputerowych efektów. Tajlandczycy są zakochani w CGI i w niemal każdym filmie wciskają je bez względu czy są uzasadnione (bardzo rzadko) czy nieuzasadnione ( prawie zawsze). Jeśli chodzi o kino grozy, to miejscowi twórcy upodobali sobie wykorzystywanie grafiki komputerowej do tworzenia filmowych upiorów, co jest zupełnie sprzeczne z podstawową zasadą horroru mówiącą, że im bardziej jest realistycznie, tym straszniej. Tymczasem u Sukdapisita jest inaczej. On ma pełną świadomość, że komputerowy duch może i jest efektowny, ale niestraszny. Co więcej twórca „Laddaland” wie również, że dosłowność w istocie zabija grozę, dlatego u niego duchy przez większość trwania filmu są mrocznymi widmami, ponurymi cieniami, filmowanymi fragmentarycznie postaciami. Znakomita jest pod tym względem scena pogrzebu pokojówki, podczas której na krótką chwilę ukazują się nam nogi ducha. Podoba mi się ta wstrzemięźliwość w ukazywaniu istot z zaświatów, która przypomina nieco strategię stosowaną przez wybitnego japońskiego reżysera Kiyoshi Kurosawę („Pulse”), u którego duchy albo zewnętrznie nie różnią się od śmiertelników, albo są nieodgadnioną, niedpowiedzianą siłą uosabianą przez fantomalne byty.

Sukdapisit dopiero pod koniec filmu decyduje się na większą szczegółowość w opisie postaci duchów, tym razem wzorując się na Takashim Shimizu i jego „Klątwie Ju-on”, w której zmarli przypominali raczej okaleczone, ożywione ludzkie zwłoki niż eteryczne widma. W „Laddaland” charakteryzacja nie ustępuje tej z japońskiego horroru, więc nawet, gdy reżyser rezygnuje z niedopowiedzeń, duchy prezentują się znakomicie. A przecież Sukdapisit nie tylko potrafi istoty nadprzyrodzone umiejętnie pokazywać, ale na dodatek potrafi inscenizować popisowe sceny grozy. Jest ich w „Laddaland” sporo, ale największe wrażenie zrobiły na mnie dwie: wspominania już scena pogrzebu pokojówki, w której groza, napięcie i chaos narasta w sposób mistrzowski, by znaleźć kulminację w kilkusekundowym ujęciu nóg kobiety, której pogrzeb właśnie się odbywa. Druga natomiast scena, z którą z pewnością na długo zapamiętam, to scena rozgrywająca się na posesji sąsiadów-duchów, pośród rozwieszonej bielizny suszącej się na dziedzińcu. Automatycznie na myśl przychodzi skojarzenie kompletnie niezwiązane z horrorem, bo scena śmierci Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu”, ale tak jak ta scena z filmu Wajdy przeszła do historii kina, tak ta z tajlandzkiego horroru powinna przejść co najmniej do historii rodzimego kina grozy. W obu przytoczonych scenach (ale także kilku pozostałych) Sukdapisit daje się poznać jako mistrz grozy, który bezbłędnie buduje atmosferę, rozkłada akcenty i filmuje scenę tak długo, jak tego wymaga.

Rozpisuję się o horrorze w … horrorze, a tymczasem jest on na dobra sprawę jednie dodatkiem do dania głównego - dramatu rodziny Thee. Ów drugi składnik „Laddaland”, jak zorientowałem się po niektórych recenzjach, przeszkadza widzom. A ja uważam, że właśnie dzięki niemu ów film wybija się ponad przeciętność. Choć powinienem być bardziej precyzyjny i napisać, że nie dzięki domieszce dramatu, lecz dzięki umiejętnemu spleceniu elementów dramatu i horroru. Nie ma zgrzytów między opowieścią o duchach, nawiedzających żywych, a problemami rodziny Thee, które zaskakują swą prozaicznością, lecz właśnie dzięki niej brzmią niezwykle prawdziwie i wiarygodnie. Bohater boryka się bowiem z kłopotami, które nękają większość rodzin. Mężczyzna nie potrafi dogadać się z dorastającą zbuntowaną córką; nie potrafi wyzbyć się zazdrości wobec żony, która w przeszłości była w zażyłych stosunkach ze swym szefem; nie jest w stanie też utrzymać rodzinny, tracącą pracę i ukrywając fakt bezrobotności przed bliskimi (tutaj kolejny punkt styczny z Kurosawą i jego „Tokijską sonatą”). Jak na horror i kino rozrywkowe zaskakująco sporo udało się tajlandzkiemu twórcy przemycić treści społecznych. Wszak poruszony zostaje temat niestabilności na rynku pracy, bezrobocia, a także przemocy domowej i konfliktu pokoleń.

W gruncie rzeczy bowiem obraz Sukdapisita jest opowieścią o rozpadzie rodzinnych więzów w społeczeństwie, które przeżywa głęboki kryzys nie tylko ekonomiczny, ale także moralny, a może nawet kulturowy. W tym wszystkim duchy nie są już jedynie przysłowiowym królikiem wyciąganym z kapelusza dla uciechy gawiedzi, ale współuczestnikami rozgrywającego się dramatu. Duchy już nie tylko starszą, ale niosą dla żywych ponure przesłanie, że ci, którzy nie potrafią kochać za życia, także po śmierci nie zaznają miłości.

„Laddaland” to obraz, który nie jest wolny od wad: znajdzie się kilka irytujących nielogiczności a intryga nie przebiega tak gładko i bezboleśnie, jak można byłoby się spodziewać po reżyserze, który połamał zęby na pisaniu scenariuszy, ale ja Sukdapisitowi wybaczam te potknięcia, bo zrealizował film z zapadającymi w pamięć scenami grozy, a nadto miał odwagę przyprawić go wzruszającymi, wręcz poetycko smutnymi scenami. Zaskarbił też moją sympatią na pozór mało znaczącymi drobiazgami jak znakomitym motywem… kubków, przedstawiających członków rodzinny czy też zaskakującą, pesymistyczną puenta w finale. W zasadzie lista zalet jest w „Laddaland” tak długa, że tych kilka scenariuszowych dziur jest w rezultacie bez znaczenia. Dla mnie to jak do tej pory najlepszy azjatycki horror obejrzany w tym roku.

Screeny

HO, LADDALAND HO, LADDALAND HO, LADDALAND HO, LADDALAND HO, LADDALAND HO, LADDALAND

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ jeden z najlepszych tegorocznych horrorów azjatyckich
+ realizacja bez zarzutu
+ ghost story nie podobna do żadnej innej tajlandzkiej opowieści o duchach
+ udany melanż horroru z dramatem rodzinnym
+ wiele znakomicie zainscenizowanych scen grozy
+ w nietypowy sposób ukazane duchy
+ gra aktorska
+ wzruszające momenty
+ finał
+ skłania do smutnych refleksji nad kondycją współczesnej rodziny

Minusy:

- scenariusz miejscami bywa dziurawy
- niektórzy mogą wynudzić się na fragmentach filmu typowych dla rodzinnego dramatu

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -