Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:HEADER

HEADER

Header

ocena:6
Rok prod.:2009
Reżyser:Archibald Flancranstin
Kraj prod.:USA
Obsada:Jake Suffian, Elliot V. Kotek, Dick Mullaney
Autor recenzji:Paweł Waśkiewicz
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Edward Lee powoli zbiera w naszym kraju całkiem zasłużony rozgłos, choć wydane w Polsce powieści wcale nie są najlepszym uzasadnieniem dla nazywania go królem ekstremalnego horroru. Podczas gdy naprawdę koszmarne książki Lee, takie jak zrecenzowany przeze mnie odrażający The Bighead, pozostają jeszcze poza zasięgiem przeciętnego polskiego czytelnika, w naszym nadwiślańskim kraju nadarzyła się okazja zakosztować jedynej jak dotąd ekranizacji jego twórczości – czyli legendarnego w pewnych kręgach filmu „Header”.

Projekcja miała miejsce na konwencie fantastycznym Polcon 2012 i zgromadziła całkiem pokaźny tłumek. Film został krótko zapowiedziany przez samego autora, a potem zgasły światła i zaczęło się piekło. Żartuję oczywiście, ale można to rozumieć dwojako: jedni stanęli przed problemem bariery językowej – gdyż film nie ma tłumaczenia, a specyficzny akcent aktorów i brak podpisów wcale nie ułatwiały zrozumienia mniej wprawnym słuchaczom – inni zaś wyszli z seansu już po pierwszej mocnej scenie. Na sali równie często zdarzały się jęki obrzydzenia, co histeryczne śmiechy; ja sam byłem zdecydowanie bardziej rozbawiony niż przerażony, ale o tym za chwilę.

„Header” to ekranizacja owianej specyficznym kultem mini-powieści Edwarda Lee, która w Polsce, rzecz jasna, jak dotąd nie ujrzała światła dziennego. Co ciekawe, z powodu niewielkiego nakładu jest ona także produktem niezwykle trudno dostępnym w Stanach Zjednoczonych. Na forach takich wydawnictw jak Deadite Press można było niedawno napotkać wpisy ludzi pytających, czy aby nie nadchodzi wznowienie „Headera”; ta krótka książeczka stała się bowiem niemałym rarytasem, nie tylko dla fanów Lee, ale także dla miłośników horrorowego ekstremum w ogóle.

No dobrze, ale o co właściwie chodzi z tym „Headerem”? Co jest w nim takiego okropnego? Cóż, mówiąc w skrócie jest to film poruszający temat… wieśniackich porachunków, uprawianych w jeden z najbardziej odrażających sposobów, jakie można sobie wyobrazić. Tytułowe zwyrodnienie polega na złapaniu przypadkowej ofiary, wydrążeniu jej w głowie dziury wiertarką, rozcięciu mózgu nożem, po czym… zgwałceniu jej w otwartą czaszkę. Właśnie tak. To chyba powinno starczyć za wyjaśnienie, dlaczego po kilku minutach sala znacząco się wyludniła.

Fabuła filmu nie jest jednak prostym ciągiem krwawych mordów, choć z początku wszystko wskazuje na podobny obrót spraw. Na szczęście oprócz uprawiania seksu z podziurawionymi głowami w filmie tym znajdziecie także wątki obyczajowe i sensacyjne, które pomagają utrzymać uwagę widza. Dzięki nim „Header” nie nudzi; niestety to wciąż nie znaczy, że stoją na naprawdę dobrym poziomie. Nie da się ukryć, że nie jest to produkcja wysokobudżetowa. Samo w sobie takie stwierdzenie może być nawet uznane za zaletę, bo przecież wiele znakomitych horrorów wyróżniało się minimalistycznym podejściem i zerowym budżetem. Jednak „Headera” ogląda się trochę jak polskie kino offowe: aktorstwo momentami prezentuje się znośnie, ale przez większość czasu jest równie wiarygodne, co standardowa obietnica polityczna. Praca kamery również nie zachwyca, czasami korzystając z bardzo ogranych chwytów, a czasami dodając na siłę gwałtowne zbliżenia i inne niedopasowane do sytuacji zabiegi.

Nie zrozumcie mnie źle: w przypadku dzieła takiego jak to garażowe wykonanie ostatecznie urasta do jednej z głównych zalet. Przez to mamy poczucie, że oglądamy film dla bardzo wąskiego grona; film, za który nasze matki obcięłyby nam kieszonkowe (no dobra, seans był dla osób pełnoletnich, więc może to nie do końca trafione wyrażenie), a społeczeństwo skrzywiłoby się na nas z niesmakiem. Z pewnością produkcji tej udaje się zbudować specyficzny klimacik horrorowego podziemia, które kiedyś mogło się kojarzyć z tanimi wypożyczalniami kaset wideo. Jednak fakty pozostają faktami – od strony technicznej „Header” to film zrobiony kiepsko i po partyzancku.

Miłośnicy prozy spod znaku krwawego horroru powinni być jednak zadowoleni: w jednej ze scen pojawiają się tu Edward Lee oraz jego przyjaciel Jack Ketchum. Panowie występują w roli, która wyciśnie łezkę wzruszenia z każdego zapalczywego czytelnika; niewątpliwie jest to jeden z bardziej zabawnych momentów filmu. Wypowiadane ze śmiertelną powagą kwestie w ustach dwóch pisarzy brzmią rozbrajająco; a warto zauważyć, że panowie pod względem poziomu gry aktorskiej nie odbiegają nawet znacząco od reszty obsady…

Jak już wspominałem, „Header” to film o gwałtach dokonywanych na otwartej czaszce. Równie absurdalnego i odrażającego punktu wyjścia nigdy nie byłbym w stanie wymyślić, ale w końcu na tym polega popularność Edwarda Lee – ten człowiek nie boi się przekroczyć żadnej granicy. Jeśli pociąga Was taka stylistyka, „Headera” warto obejrzeć. Co prawda to film budżetowy i nie najlepiej nakręcony, ale ma swój specyficzny urok. Mam wrażenie, że to zabawa w ekstremum w rodzaju „Ludzkiej stonogi” – tylko bardziej pokręcona, nasycona histerycznym humorem i wyprodukowana garażowymi metodami. Jeśli kogoś to bawi, powinien spróbować.

Screeny

HO, HEADER HO, HEADER HO, HEADER HO, HEADER

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ chory pomysł
+ chory klimat
+ chore poczucie humoru
+ Lee & Ketchum

Minusy:

- słabe wykonanie
- …nie, naprawdę bardzo słabe wykonanie

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -