Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:CHERNOBYL DIARIES

CHERNOBYL DIARIES

Czarnobyl. Reaktor strachu

ocena:6
Rok prod.:2012
Reżyser:Bradley Parker
Kraj prod.:USA
Obsada:Ingrid Bolsø Berdal, Dimitri Diatchenko, Olivia Dudley, Jesse McCartney, Nathan Phillips, Jonathan Sadowski
Autor recenzji:Ireneusz Gajek
Ocena autora:6
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Pod koniec kwietnia 1986 roku europejskie agencje informacyjne doniosły o awarii w elektrowni atomowej na Ukrainie. Od tamtego czasu słowo Czarnobyl stało się symbolem katastrofy budzącej większą grozę niż atak jądrowy, którym straszyli siebie i świat uczestnicy zimnej wojny. Do dzisiaj strach przed kolejnym Czarnobylem nie zniknął. Co roku w rocznicę tragedii media ku przestrodze pokazują zdjęcia z Prypeci – całkowicie wyludnionego pięćdziesięciotysięcznego miasta położonego najbliżej feralnej elektrowni. Budzące uzasadniony lęk Miasto Widmo stało się także inspiracją dla twórców horrorów. W pierwszej połowie 2012 roku premierę miał film „Chernobyl Diaries”. Pomysłodawcą całego przedsięwzięcia jest Oren Peli, reżyser słynnego „Paranormal Activity”.

Historię opowiedziana w „Chernobyl Diaries” zakrawa wręcz o banał. Czworo młodych Amerykanów postanawia zorganizować sobie tour po Europie. Po Londynie, Paryżu, Berlinie i Pradze postanawiają udać się do Moskwy. Wcześniej jednak odwiedzają Kijów. Tam poznają Urija, który po zainkasowaniu pewnej sumy pieniędzy zabiera bohaterów i dwójkę innych „zachodnich” turystów do opuszczonego miasta położonego nieopodal Czarnobyla (nie wiedzieć czemu, nazwa Prypeć w filmie nie pada). Na miejscu okazuje się, iż rozległe blokowiska wcale nie są niezamieszkałe.

Początek „Chernobyl Diaries” przypomina cieszące się ostatnio dużą popularnością filmy „found footage”. Jeden z bohaterów dzierży kamerę rejestrując poczynania trójki swoich przyjaciół. Ci albo mizdrzą się do kamery, albo zaaferowani czymś nie zauważają, że są filmowani. I kiedy akcja wejść ma na właściwie tory i bohaterowie zamiast szczerzyć się będą zmuszeni zetknąć się wreszcie z czymś przerażającym, twórcy ni stąd, ni zowąd rezygnują z konwencji „found footage” (wcześniejsze zdjęcia okazują się być plikami zarchiwizowanymi na tablecie). Jako że Oren Peli (twórca „Paranorml Activity”) jest autorem scenariusza do „Chernobyl Diaries”, trudno nie potraktować tego zabiegu jako „programowego” zakończenia swojej przygody z konwencją, która przyniosła mu rozgłos i pewnie niemałe pieniądze. Zresztą, to nie pierwsze „pożegnanie z „found footage”. Niedawno na podobny chwyt zdobył się Paco Plaza w „[REC]³: Génesis”. A jego gwiazda błysnęła przecież dzięki gigantycznej popularności „[REC]” (zrealizowanego w zespół z Jaume Balagueró).

Czytając opinie o filmie Bradley’a Parkera spotkałem się z osądem, iż najsłabszym ogniwem „Chernobyl Diaries” jest beznadziejny i odarty z jakiejkolwiek oryginalności scenariusz. Na forach tematycznych zarzuca mu się brak intrygujących rozwiązań fabularnych oraz małą ilość dalekich od oczywistości zwrotów akcji czyniących fabułę nieprzewidywalną. Tyle że gdybyśmy powyższe słowa krytyki odnieśli do każdego horroru, okazałoby się, że zdecydowana większość z nich to kino infantylne, by nie powiedzieć śmietnikowe. A horror porywać ma nie wysublimowanymi chwytami estetycznymi czy wyszukaną formą, a odwagą w podejmowaniu tematów oraz rozpalającym wyobraźnię i emocje klimatem. Nie twierdzę, iż obraz Parkera to dzieło tej miary co chociażby „Blair Witch Project”. W kilku jednak powodów warto na niego zwrócić uwagę.

Cała historia rzeczywiście do szczególnie wyszukanych nie należy – dla znawcy gatunku motyw kilkorga młodych ludzi, którzy w oddalonym od cywilizacji miejscu zmierzyć się muszą z budzącym grozę niebezpieczeństwem, ze względu na częstotliwość wykorzystywania wydawać się może wręcz trywialny. W „Chernobyl Diaries” młodociane towarzystwo nie przekonuje ani wyrazistością, ani godnymi zapamiętania charakterami. Ot, kolejni dwudziestoparolatkowie, którzy w obliczu zagrożenia najpierw zaczną się kłócić, by później jeden za drugim w dość niezwykły sposób umierać. Co zatem przydaje filmowi Parkera wartości? Od momentu, kiedy bohaterowie zapuszczają się najpierw w kijowskie lasy, później zaś eksplorują opuszczone przez mieszkańców ulice Prypeci, opowieść nabiera odpowiedniego i bardzo przyjemnego w odbiorze tempa. Wszystko zaczyna się od szczegółów – pewnego epizodu nad skażoną rzeką, ujęć sugerujących, iż bohaterowie są obserwowani, wreszcie pewnych drobnostek „podrzucających” myśl, że najprawdopodobniej miasto nie jest wyludnione. W pewnej chwili jednak akcja nagle przyspiesza i nie zwalnia do ostatnich sekund seansu. Twórców „Chernobyl Diaries” pochwalić także trzeba za umiejętne budowanie napięcia. Obserwując młodych ludzi zafascynowanych zwiedzaniem zamkniętego przed światem miasta, tylko czekamy na to, kiedy wreszcie przyjdzie im stanąć oko w oko ze ścinającym krew w żyłach nieznanym. Gdy w końcu to następuje, przez długi czas autorzy filmu ukrywają przed nami, z kim tak naprawdę turyści będą musieli się zmierzyć. Co do niektórych aspektów fabuły trzymani jesteśmy w niepewności aż do ostatnich sekund filmu.

Ale największym atutem filmu Parkera jest miejsce, w którym rozgrywa się zdecydowana większość wydarzeń. Znalezione w Serbii i na Węgrzech plenery filmowcom udało się zaaranżować na tyle wiarygodnie, by nie mieć większych wątpliwości, co do tego, gdzie toczy się akcja i dlaczego przestrzeń ta wygląda tak, a nie inaczej. Nawet w świetle dnia opuszczone miasto budzi lęk. Pozostawione przez mieszkańców przedmioty codziennego użytku sprawiają, iż tylko czekamy, aż ich właściciele zaraz wyłonią się z mroku i wrócą do swojego życia. Szkoda, że autorzy „Chernobyl Diaries” nie do końca wykorzystali potencjał tkwiący w tak charakterystycznym miejscu, jakim jest ukraińskie Miasto Widmo. Dużo ująć bowiem postanowiono nakręcić w zamkniętych przestrzeniach – zrujnowanych halach fabrycznych, tunelach, piwnicach, we wnętrzach budynków. Z tego typu scenami mamy do czynienia w co drugim filmie grozy. Zaś przypominające cmentarzysko miasto, w ruinach którego od czasu do czasu widać przemykające chyłkiem postacie – takie obrazy (trochę rodem z twórczości Zdzisława Beksińskiego) zawsze będą robiły wrażenie.

Wyświechtana fabuła w bardzo ciekawej i oddziałującej na wyobraźnię scenerii – tak najkrócej scharakteryzować można „Chernobyl Diaries” Bradley’a Parkera. Nie zdziwię się więc, jeśli ktoś uzna, iż intrygujące lokalizacje to za mało, by film określić mianem interesujący. Założę się jednak, iż znajdą się tacy, dla których prosta historia oprawiona w pozbawioną fajerwerków formę będzie stanowić tylko o sile oglądanego na ekranie filmu.

Screeny

HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES HO, CHERNOBYL DIARIES

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ miejsce akcji
+ tempo narracji
+ praca kamery
+ klimat

Minusy:

- mało ciekawi bohaterowie
- trochę scenariuszowych bzdurek
- nie do końca wykorzystany potencjał wyludnionego miasta
- mogło być bardziej drapieżnie

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -