Top

Menu Zaloguj się (dla użytkowników forum)



Poster:WATAHA

WATAHA

Wataha

ocena:5
Rok prod.:2011
Reżyser:Wiktor Kiełczykowski
Kraj prod.:Polska
Obsada:Jacek Dewódzki, Robert Wrzosek, Piotr Mocarski, Anna Jażdżyk, Marta Łącka, Robert Oleszczuk
Autor recenzji:Krzysztof Gonerski
Ocena autora:5
Ocena użytkowników:--
Głosów:0
Inne oceny redakcji:

Polski horror jaki jest każdy widzi. A raczej nie widzi, bowiem oficjalnie nie istnieje. Ostatecznym gwoździem do trumny z napisem „polskie kino grozy” okazała się klapa „Pory mroku” (2008) Grzegorza Kuczeriszki, na której fani horroru nie pozostawili suchej nitki. A jednak choć na ekranach kin panuje filmowa susza, kino grozy w Polsce nie umarło. Gatunek horroru ma olbrzymią rzeszę miłośników w naszym kraju, którzy nie tylko oglądają, komentują i dyskutują, ale często biorą sprawy w swoje ręce i kręcą filmy, które chcieliby zobaczyć na ekranach kin. Większość to produkcje realizowane domowymi metodami, z pomocą znajomych, technicznie dalekie od doskonałości, ale zdradzające ogromną pasję ich twórców. Wśród polskich horrorów „drugiego obiegu” pojawiają się od czasu do czasu projekty realizowane przez profesjonalistów, najczęściej absolwentów szkół filmowych. Czytelnikom Horror Online dobrze jest znana choćby twórczość Patryka Jurka, absolwenta warszawskiej Akademii Filmu i Telewizji, bowiem młody reżyser zrealizował kilka filmów do scenariuszy zainspirowanych opowiadaniami zamieszczonymi na łamach Horror Online. Tę samą warszawską Akademię ukończył także inny młody adept sztuki filmowej, Wiktor Kiełczykowski, który na film dyplomowy wybrał ulubiony gatunek – horror.

Nieodległa przyszłość. Świat pogrążył się w wojennym chaosie. Nieudane eksperymenty naukowe przyczyniły się do powstania śmiertelnie niebezpiecznej choroby, przemieniającej ludzi w krwiożercze zombie. Wkrótce zaraza rozprzestrzenia się na cały świat. Czworo dezerterów z frontu zachodniego przedziera się przez tereny opanowane przez „przemienionych”, szukając bezpiecznego schronienia. W rozciągającym się na kilometry lesie, samochód, którym do tej pory przemieszczali się, ulega awarii. Aby przeczekać noc, muszą znaleźć miejsce na nocleg. Natrafiają na samotny pensjonat, zamieszkały przez ojca i dwie córki. Jednak nie są w nim bezpieczni. Pośród drzew przemykają „przemienieni”, wyczuwając zapach ludzkiego mięsa. Ale zło tkwi także w sercach ukrywających się ludzi.

Półgodzinny horror Wiktora Kiełczykowskiego, „Wataha” to film dyplomowy. Nie mam pojęcia jak ocenili go wykładowcy, ale wieść, że zdolny student Akademii Filmu i Telewizji ma zamiar zrealizować horror zombie przebiegła polski Internet wzdłuż i wszerz, wzbudzając powszechne wśród fanów grozy zainteresowanie. Wszak, gdy polski filmowiec zabiera się za tematykę zombiastyczną serce każdego horromaniaka zaczyna bić szybciej. Czy to będzie wreszcie „to”? Czy w końcu się uda? A po seansie emocje opadają i fani zostają z zawiedzioną nadzieją. Niestety „Wataha” tej nadziei nie przywraca.

Ale zacznę od tego, co wyróżnia horror Kiełczykowskiego od mnóstwa niezależnych, amatorskich, półamatorskich produkcji grozy made in Poland. Już po kilku chwilach orientujemy się, że możemy odetchnąć z ulgą. Realizacyjna nieudolność, tandeta, drętwe dialogi, drewniane aktorstwo i przypadkowe kadry - tego nie zobaczymy w omawianym obrazie. Nie ta klasa. „Wataha” bowiem to profesjonalnie sfilmowana profesjonalnymi kamerami (Sony, Canon) historia, z przemyślanymi kadrami, z precyzyjnym montażem i wysmakowanymi zdjęciami i trafnie dobraną ścieżką dźwiękową. Nie sposób też zarzucić cokolwiek reżyserii: aktorzy nie szarżują i grają to, co mają grać a kilka scen (np. gdy zombiaki wybiegają spośród drzew) jest z wyczuciem gatunkowej materii zainscenizowanych. Warto wspomnieć również o grze aktorskiej, która w produkcjach niezależnych jest zawsze najsłabszym ogniwem. Kiełyczkowski osadził jednak w głównych rolach obytych ze sceną wykonawców. Dowódcę zagrał znany muzyk rockowy, autor tekstów dla m.in. Big Cyca i Dżemu, Jacek Dewódzki; w roli twardziela Waltza wystąpił Piotr Wrzosek, aktor związany z wieloma scenami teatralnymi; piękną i seksowną odpowiedniczkę Ripley, Marinę – modelka i aktorka Anna Jażdżyk, a psychopatycznego Rocha – uwaga! niespodzianka – kabareciarz Piotr Mocarski, tworząc bodaj najbardziej zapadającą w pamięć postać. Profesjonalne obycie wymienionych artystów aż nazbyt wyraźnie odbija się na pozostałej nieprofesjonalnej obsadzie. W gruncie rzeczy to drobiazg, bowiem potoczystość narracji i sprawność reżyserii sprawiają, że „Watahę” ogląda się bardzo dobrze.

Mimo tych wszystkich pozytywów po seansie filmu odczuwałem ogromny zawód i niedosyt. Co się stało? Odpowiedź jest prosta: scenariusz. Niestety „Wataha” cierpi na tę sama słabość, co prawie każdy polski horror. Ma po prostu kiepsko napisaną historię. Już zarys fabuły niczego dobrego nie zapowiadał, bo filmów o tajemniczej chorobie, przemieniającej ludzi w mięsożerne zombie, w ostatnich latach namnożyło się tyle, że każdy fan kina grozy co najmniej raz na jeden z nich się natknął. Ale i wtórność da się przełknąć, w końcu horror to gatunek, który żywi się samym sobą od zarania swych dziejów. Gorzej, że Kiełyczykowski (autor scenariusza) nie oferuje niczego w zamian. Wątek dezerterów, którzy znaleźli chwilowy azyl w samotnym pensjonacie, przeplatany jest sceną przesłuchiwania jedynej ocalałej. Łączyłem spore nadzieję z tym wątkiem. Po cichu liczyłem, że rzuci on inne albo odmienne światło na retrospekcję, ukazujące zmagania ludzi z zombiakami i samym sobą, ale nic tego. „Wataha” to film bez żadnej niespodzianki, bez puenty, bez zaskoczenia i w końcu bez oryginalnego, nośnego pomysłu. A przecież w nieszablonowym pomyśle tkwi siła niezależnego kina i krótkiej formy. Dla końcowej zaskakującej puenty lubię oglądać filmy krótkometrażowe, ale tej nie znajdziemy w obrazie Kiełczykowskiego, fabularnie do bólu przeciętnym.

Jest też drugi zarzut. Być może z perspektywy fana horrorów nawet poważniejszy. Skoro „Wataha” zamierzona została jako polski zombie movie, to można zapytać gdzie tryskająca krew, odcięty kończyny, wypadające wnętrzności, wyjadane mózgi? Ba! gdzie gnijące trupy? Wszystkie te pytania mają, niestety, charakter retoryczny. Kilka umazanych na czerwono twarzy nie wystarczy by zrobić z kogoś wygłodniałego zombie, a dwa, trzy ujęcia, całkiem efektowne odstrzelonych głów „przemienionych”, nie ratuje sytuacji. Jest jeszcze scena, gdy jeden z bohaterów dobija nieprzemienionego, ale już się przemieniającego księdza, ale w tym przypadku chodzi o kontekst niż o czyste gore. I wspominam o poetyce krwawej odmiany horroru, nie dlatego, że uwielbiam makabrę dla makabry, ale dlatego, że przemoc jest wpisana w konwencje zombie movies, stanowiąc jej fundamentalny element, a często jedyną atrakcję. Może Kiełczykowski bał się pójść na całość, by nie popsuć dobrego smaku wykładowcom i bez stresu zrobić dyplom, a może chciał być ambitny i uchronić swe dzieło przed bezsensowny epatowaniem przemocą? Co do pierwszego przypuszczenia – nie wiem, co do drugiego, to nie sposób nie zauważyć, że przez film przebija się potrzeba powiedzenia kilku ważnych i niemiłych rzeczy o ludzkiej naturze, która tylko powierzchownie odróżnia „przemienionych” od tych „normalnych”. Tyle tylko, że o tym mówił już George A. Romero w „Nocy żywych trupów” w pierwszym współczesnym horrorze o zombie. Dla przypomnienia – z 1969 r.

„Wataha” – film, który zdradza niewątpliwą biegłość warsztatową Kiełyczkowskiego, pozostaje jednak obrazem nie spełnionych obietnic. Ale mam nadzieję, że reżyser, mój Facebookowy znajomy, potraktuje ten film jako pierwszą poważną lekcję kina gatunkowego a moje krytyczne uwagi jak dobre rady, które spożytkuje w przyszłości z lepszym skutkiem. W każdym razie szczerze mu tego życzę. Bo fani kino grozy pragną dobrych polskich horrorów jak kania dżdżu.

Screeny

HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA HO, WATAHA

Zaloguj się aby móc oddać swój głos na film.
Plusy:

+ profesjonalnie zrealizowany
+ sprawnie wyreżyserowany i opowiedziany
+ przemyślane kadry
+ dwie, trzy sceny warte szczególnej uwagi
+ w większości przyzwoita gra aktorska

Minusy:

- zaskakująco mało elementów zombie movies jak na film o zombie
- prawie w ogóle pozbawiony efektów gore
- historia jakich dziesiątki
- żadnej niespodzianki, która zaskoczyłaby widzów
- wtórność

Horror Online 2003-2015 wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie fragmentów lub całości opracowań, wykorzystywanie ich w publikacjach bez zgody twórców strony ZABRONIONE!!!

- - - -